12 stycznia 2012: MANILA - HONG KONG - TORONTO
Jak się skończyła cała historia? Szczęśliwie. Wszyscy dotarli do domów cali i zdrowi. Jedni wcześniej, inni trochę później. w Winnipegu było -16, w Toronto -10, w Chicago -2, w Nowym Jorku -1, a w Miami 23 stopnie Celsjusza. Na Mindoro nieustannie 30, różnica więc w większości "naszych" miejsc była niemniej drastyczna jak różnica czasu. Manilę, stolicę Filipin, jak zgodnie doszliśmy do wniosku - można by zaorać - takich korków nie ma chyba nawet w New Delhi. Ładna jest starohiszpańska zabudowa - katedra, kilka klimatycznych uliczek. Byłoby jeszcze ładniej, gdyby nie amerykańskie bomby, które zniszczyły lwią część manilskiego piękna. Poza starówką - kłębi się w kurzu jedenaście milionów ludzi, którzy przybyli do stolicy w poszukiwaniu lepszego bytu. Takie to czasy, że kto ma pieniądze ucieka z miasta na wieś, gdzie kupuje kawałek świętego spokoju, a kto pieniędzy nie ma - gnieździ się w mieście wierząc w łatwiejszy zarobek. Filipiny wciąż postrzegane są jako kraj trzeciego świata. W stolicy, w oparciu o tanią siłę roboczą, pełną parą produkują: Philips, Honda Motors, Husqvarna, Dagg Kortejn, Danone czy Wrangler. A pracować jest komu - filipińskie rodziny należą do jednych z najliczniejszych na świecie. Bohater narodowy tego kraju - Jose Rizal - urodził się w połowie XIX wieku jako siódme z kolei dziecko w jedenastoosobowej rodzinie. Moda na wielodzietność trwa na Filipinach do dziś, co nie zostaje wprawdzie bez wpływu na problem przeludnienia, ale ma jedną, podstawową zaletę - Filipińczycy są nadzwyczaj uprzejmi i serdeczni. Poza Manilą, która w godzinach szczytu staje się piekłem - Filipiny przypominają raj na ziemi. Gdyby nie huragany i zatrzęsienie rosyjskich wycieczek można by uwierzyć, że trafiło się dziwnym zrządzeniem losu do Edenu, Arkadii czy innej mitycznej Krainy Szczęśliwości. Dziś, siedząc już za biurkiem w Toronto, karmię zmarznięte spojrzenie zamkniętą w fotografiach bielą piaszczystych plaż Boracay, zamiast sycić się bielą śniegu za oknem. I chyba trochę rozumiem jak czuli się Ewa i Adam, gdy dawno, dawno temu ktoś wyrzucił ich z Raju.
8 - 10 stycznia 2012: FILIPINY: CLARK – WYSPA MINDORO, SABANG
Z Kota Kinabalu do Clark, położonego półtorej godziny na północ od stolicy Filipin Manili, wykonaliśmy ostatni lokalny przelot. Rano jeszcze niektórzy próbowali na niedzielnym malezyjskim targu kupić dwa koty za 500 ringitów, wieczorem koty z Borneo zastąpiły luzońskie kotki z Fields Avenue. Clark przez lata służyło jako amerykańska baza wojskowa. I choć Zbawiciele Świata jakiś czas temu się stąd wynieśli zostały po nich hangary, lotnisko (dziś służące jako cywilne choć na takie nie wyglądające) i tęskne spojrzenia czarnych, lekko skośnych oczu. Smutne są nocne kluby w Clark. Dziewczyn czekających na białasów z wypchanymi portfelami, którzy wróżą lepszy byt na kilka dni dla ich malutkich dzieci, jest ogrom. Nie tańczą jak Rosjanki i Ukrainki w torontońskich klubach go-go, nie robią striptizu ani magicznych sztuczek, w których przodują Tajki w Bangkoku. Filipinki w Clark stoją w skąpych strojach kąpielowych, smętnie poruszając biodrami, smutne, czekające na Dolarowego Księcia w Potrzebie. Do spółkowania z podtatusiałymi Książętami (to ci z kategorii: „znowu w życiu mi nie wyszło”) zmusza je najczęściej bieda – dla własnej rodziny są w stanie zrobić bardzo dużo. Rodzina na Filipinach znaczy wszystko. Już w centrum handlowym rzuca się to wyraźnie w oczy. Oprócz butików, sklepów i stoisk mnóstwo jest mini placów zabaw dla dzieci – kąciki plastyczne, huśtawki, trampoliny, zamki i baseny z piłeczkami, a nawet jeżdżąca po całym centrum kolorowa ciuchcia. Nie bez powodu w Toronto filipińskie nanie mają świetną opinię – tu dzieci ma się wcześnie i sporo.
W poniedziałek z Clark ruszyliśmy przez sakramenckie korki odrapanej, zaniedbanej Manili do Batangas, gdzie w porcie na fali kołysały się bancas – łodzie wyważone bambusowymi palami tak, by łatwiej trzymały się na, często wzburzonym, morzu. Sabang – filipińska mekka płetwonurków - okazał się małym, klimatycznym, przybrzeżnym miasteczkiem, ze świetnym salonem masażu i SPA, pobliskimi pustymi, pięknymi plażami, namiastką nocnego życia Clark i chmarą sprzedawców sztucznych pereł. Zanim zapadł zmrok zdążyliśmy jeszcze popływać i pogrzebać w piasku w poszukawaniu morskich dziwów.
Dziś na cały dzień wybraliśmy się w góry czterema pojazdami made in Philipippines, nazywanych jeepney. Kto Filipiny zna z turystycznych wysp Boracay czy Bohol – nie zna ich wcale. To tak, jak pojechać do Cancun i twierdzić, że było się w Meksyku. Prawdziwe życie w każdym miejscu na świecie toczy się daleko od wielkich miast i zadeptanych ścieżek. Na Mindoro udało nam się dziś zobaczyć coś autentycznego – codzienność górskich wiosek. Bieda tu porażająca. Domy to zazwyczaj sklecone z desek, liści palmowych i bambusa chatki, bez okien, drzwi, z klepiskiem zamiast podłogi. Nie ma płotów, zamków i alarmów. Nie ma złodziei bo nie ma co ukraść. Kilka kur, dwie świnie i mnóstwo pięknych, dorodnych kogutów, które każdego ranka niemiłosiernie się wydzierają. Strzeliste plamy kokosowe, kawa, kakaowce, papaje, mango, limonki, gujawy, nieprzebrana, soczyście zielona ściana dżungli za każdą mijaną wioską. Z każdego okna bez szyby, zza każdej prowizorycznej firanki, z każdego ogródka – szeroki uśmiech, przyjazne machania dłonią. Straszna tu bieda - mówimy, tak jakby ciężko było nam przyznać – ile tu szczęścia. W wiosce rdzennej ludności Mangyan, obserwując obdarte, umorusane dzieci wyciągające łapczywie rączki po słodycze, które zachęcani przez przewodnika próbujemy rozdawać, jedyne co mogę zrobić by zupełnie się nie rozkleić to schować się na lufą nikona i trzaskać kolejne zdjęcia. Skąd w tak małej wiosce tyle dzieci? Nie wiem. Chwilę wcześniej, kiedy wracaliśmy po kąpieli w wodospadach, z miejsca znawego laguną, ktoś opowiadał, że tu niektóre rodziny mają nawet po szesnaścioro dzieci. Że troje to naprawdę mało. Drogę do wodospadów niektórzy przebyli pieszo, nie raz nie dwa pokonując wartki nurt rzeki, inni – prostymi wozami zaprzęgniętymi w muły. Obiad już dawno nie smakował tak wyśmienicie, jak wioskowe, grilowane kurczaki, wieprzowina i świeżo złapane ryby. A wieczorem – ku uciesze terapeutek miejscowego SPA – w znacznej większości relaksowaliśmy się na masażach i zabiegach upiększających - ceny wciąż są tu bardzo konkurencyjne. Tacy piękni i wyluzowani jeszcze nie byliśmy. Jutro jeszcze poranne plażowanie a potem już Manila i nieunikniony koniec kolejnej przygody.
7 stycznia 2012: KOTA KINABALU
Straciliśmy rachubę który to już samolot. Na lotniskach czujemy się jak ryby w wodzie (bynajmniej płotki), do mistrzostwa opanowaliśmy sztukę szybkiego pakowania dwudziestokilogramowych walizek i choć sporo jeszcze miejsc i przygód przed nami, powoli zaczyna do nas docierać, że coś, dzień po dniu, dobiega końca. Na szczęście jeszcze zdążymy nałapać słońca przed powrotem w kanadyjskie śniegi. Dzisiejszy przelot z Labuan (jakoś nie dziwi mnie, że Jery, nasz brunejski przewodnik, nazwał to miejsce swoim prywatnym rajem na ziemi – alkohol w sułtanacie zabroniony tu jest niewyobrażalnie tani i powszechnie dostępny) do Kota Kinabalu zajął nam ledwo pół godziny – przejazd autobusem po malezyjskich drogach zająłby około dziesięciu. W porcie czekały superszybkie łodzie, a potem piaszczyste, białe plaże, szmaragdowa, ciepła woda – zasłużony relaks pod palmami. Udzieliło nam się leniwe tempo wyspiarskiego życia, a powrót do hotelu grzbietami całkiem sporych fal otwartych wód Morza Południowo-Chińskiego dosypał szczyptę adrenaliny do woka, w którym wolno bulgotał kończący się dzień. Wieczorem, zanim uderzyliśmy w nocne miasto, oglądałam na jakimś lokalnym kanale tv program o rafie koralowej gdzieś u wybrzeży Afryki - płaszczki wielkości minibusa, drapieżne koralowce, rekinia rodzina – te klimaty. Nagle ryby zniknęły w połowie zdania lektora i pojawił się głos zawodzącego muezaina. Siódma wieczorem, czas na modły, Allah jest jedynym bogiem i tak dalej. Po jakiś pięciu minutach zniknęli malezyjscy kosmonauci, pociągi, wnętrza meczetów, wierni i krajobrazy zachodzącego słońca – rybki wróciły w urwanym momencie i przerwanej sylabie. Srytne – zamiast przerw na reklamę – przerwa na „zdrowaśkę”, ciekawe kiedy u nas, w kraju nad Wisłą wejdą takie regulacje do państwowej telewizji. Jak się okazuje - w niektórych rejonach świata tego typu praktyki są zupełnie normalne.
6 stycznia 2012: BRUNEI DARUSALAM
Wydawać by się mogło, że kraj, w którym nie płaci się podatków, służba zdrowia i szkolnictwo (łącznie ze stypendiami na zagranicznych uczelniach, takich jak Oxford) są bezpłatne, a król kocha poddanych z wzajemnością - istnieją tylko w bajkach. Tymczasem okazuje się, że takie państwo – niewielkie, ale jak najbardziej prawdziwe – istnieje na naszej planecie! Tyle, że nasz świat nie ma nic wspólnego z bajką, stąd musi istnieć także druga strona medalu – nawet w przypadku Brunei Darussalam. Przyznaję – cztery lata temu nie miałam za bardzo świadomości istnienia Brunei, a zlokalizowanie go na mapie byłoby wydarzeniem mocno przypadkowym, nawet jeśli to jedno z najbogatszych państw świata. Brunei śpi na ropie naftowej, a że jest krajem naprawdę mikroskopijnym, zajmującym 1% powierzchni wyspy Borneo (trzecia pod względem wielkości na świecie), zamieszkiwanym przez niecałe pół miliona poddanych – łatwiej było tu podporządkować sobie społeczeństwo, ustalić pewne reguły, wyznaczyć granice moralności, prawa i dobrego smaku. Łatwiej niż w zepsutych krajach Zachodu. Dwudziestodwukaratowe złoto zdobiące kopuły meczetu sułtana oraz przepych królewskiej posiadłości (powierzchnia podłóg wynosi około 200 000 m2, a rezydencja mieści 1788 pokoi, 257 łazienek, 18 wind, 5 basenów, klimatyzowane stajnie dla kilkuset wierzchowców, salę bankietową na 5000 osób oraz meczet na 1500 osób oraz 3 podziemne garaże na 2 tysiące najwspanialszych samochodów świata – m.in 500 Rolls-Royce’ów i 200 Aston Martinów) kontrastują z zaniedbaną, parującą od upału wodną wioską, którą ciągnie się kilometrami wzdłuż rzeki. Tradycja budowania domów na palach sięga tu XIV wieku, a ludzie mieszkający w tych blaszano-drewnianych parnikach są ponoć szczęśliwi i dumni ze swojej spuścizny dziedziczonej z dziada pradziada. W Brunei nie można napić się nawet piwa, nie ma dyskotek ani pubów, za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci. 69% społeczeństwa to ortodoksyjni muzułmanie. Sułtan ma luksusowy jumbo-jet, helikoptery, jachty i okręt podwodny, a w połowie grudnia kupił w Polsce 12 śmigłowców Black Hawk. Nie uznaje ochroniarzy, wychodząc z meczetu brata się z plebsem i raz do roku, przez trzy dni po Ramadanie, otwiera podwoje swojego pałacu dla poddanych – każdy może najeść się wtedy do syta, uścisnąć prawicę Sułtana, dzieciaki dostają drobne prezenty. Nie ma buntów, nie ma strajków, nie ma praktycznie bezrobocia. Każdy kocha Sułtana, kocha Allaha i kocha turystów. Podobno, bo w rzeczywistości spotkała nas tylko opryskliwość stróża meczetu zamkniętego dla innowierców w piątki, który złośliwie przeganiał nas jak najdalej od miejsc, gdzie zrobić można było dobre zdjęcia. Kto wyobrażał sobie przepych, szerokie aleje, nienaganny porządek i złocone klamki supermarketów znów musiał zderzyć się ze zgoła odmienną rzeczywistością. Czy komentarze takie jak: Eee, to najnudniejsze państwo na świecie, wina do obiadu nie ma... czy też: strasznie smutne takie życie na wodzie – z rzeczywsitością mają coś wspólnego – nie mnie oceniać. Co kraj, to obyczaj, jak to mówią. Według naszego przewodnika – jeśli głowa pracuje sprawnie/robi dobrze rzeczy – ogon podąży za nią. W Brunei się to sprawdza – ogon-społeczeństwo ślepo podąża za głową–Sułtanem. I wszyscy zdają się być z takiego obrotu spraw zupełnie zadowoleni. Tak czy inaczej – jeden dzień w zupełności wystarcza na poznanie naftowego imperium, dlatego nocujemy w bezcłowej strefie miasta Labuan (z powrotem w Malezji, puszka piwa kosztuje tu ledwo dolara) po przepłynięciu morza południowo-chińskiego promem, o którego istnieniu Sułtanowi Brunei nigdy się nie śniło.
4 - 5 stycznia 2012: KUALA LUMPUR
Pomyślałam lądując w Kuala Lumpur – o matko, kolejne duże miasto. Bo w sumie trochę hałasu o Petronas Tower i co dalej? A jednak dalej robiło się coraz ciekawiej. Im ciemniej tym ciekawiej. Izy, nasza malezyjska przewodniczka, wspomniała podczas zwiedzania o chińskim targu, gdzie sprzedaje się stuprocentowo oryginalne podróbki największych światowych marek. Zakupowy szał niektórym przyćmił nawet piękno nocnych bliźniaczych wież. Bo Petronas Tower dopiero po zmierzchu robią naprawdę piorunujące wrażenie – rozświetlone srebrzyście przypominają dwa idealnie ociosane kryształy. Za dnia najlepiej prezentują się z Menara Tower, gdzie obchodziliśmy przy wystawnym lunchu urodziny Tamary i dwóch Krzyśków, które wypadły akurat w trakcie wycieczki. Spokój znaleźliśmy w meczecie, jednym z niewielu otwartych dla zwiedzających, a nie tylko dla muzułmanów, jak bywa w większości przypadków. Początki miasta i prosperity kraju wyłoniły się z dymu towarzyszącemu wyrabianiu rękodzieła ze stopu cyny z ołowiem (pewter). A i tak najistotniejszym aspektem naszego pobytu w stolicy Malezji było zwolnienie tempa, wolny poranek przed wyjazdem na dalszą część zwiedzania, piękny hotel w samym centrum i możliwość skorzystania z niedrogich, a bardzo relaksujących zabiegów SPA. Jesteśmy więc wyspani, wypoczęci i gotowi do dalszej drogi!
3 stycznia 2012: YOGYAKARTA
Czasem zdarza się tak, że trzeba wstać, kiedy za oknami dopiero zaczyna rozrzedzać się mrok, by złapać samolot w jakieś miejsce. 3.30 am jako godzina wstawania na normalnym zegarku nie istnieje, stąd kiedy wylądowaliśmy kilka minut po 6 am w Jogjakarcie każdy przecierając zaspane oczy zastanawiał się czy to jawa czy sen. Jednak Jawa. Znaleźliśmy się w magicznym pierścieniu ognia, najeżonym wulkanami i kipiącymi lawą historiami rodem z filmów katastroficznych. Kiki – nasz kolejny przewodnik, którego rodzice nieświadomi zupełnie jego przyszłego fachu przewodnika, wiążącego się z obcowaniem z mocno międzynarodowym towarzystwem, niezbyt roztropnie nazwali Facky – obudził naszą jaźń historią wulkanu Krakatau, położonego między Jawą a Sumatrą. Jego erupcja w 1883 uważana jest za jedną z najpotężniejszych w dziejach Ziemi – huk wybuchu słychać było w Australii. Wulkan Merapi (najbardziej aktywny wulkan w Indonezji), u podnóża którego leży największy na świecie buddyjski kompleks świątynny Borobudur, w listopadzie 2010 wypluł z siebie tak ogromne ilości pyłów, głazów i lawy, że zniszczył nie tylko kilkaset domów, ale i słynny zabytek UNESCO przykył dwuipółcentymetrową warstwą pyłu wykluczając go z turystyki na kilka dni. Borobudur, uznany za jeden z Siedmiu Cudów Świata, zdobi 2672 pełnych znaczeń i przypowieści płaskorzeźb i 504 posągi Buddy, z których większość uśpiona jest w kamiennych, ażurowych stupach. Drugi powód, dla którego do Jogjy ściągają tłumy turystów to Prambanan – największa w Indonezji świątynia hinduistyczna, pochodząca, podobnie jak Borobudur, z IX wieku. Dla kontrastu najszerzej wyznawaną religią w Indonezji jest dziś islam, a okutane chustkami kobiety, nastolatki i małe dziewczynki to zupełne powszechny w Jogjakarcie widok. Przy turystycznych atrakcjach roi się od sprzedawców wszelkiej maści pamiątek. Atakują sforą, znają niektóre zwroty po polsku, są nieustępliwi, za wszelką cenę próbują cokolwiek sprzedać. Pamiątka, bardzo ładna pamiątka przegrała z łyżką do kartofli, a i tak konkurs znajomości polszczyzny wygrał zawodnik, który na Pawłową odmowę kupna jawajskiej maski zakrzyknął targuj się! Rzadkim, a nawet niespotykanym zjawiskiem na ulicach tego siedmiuset tysięcznego miasta są natomiast psy. Muzułmanom religia zabrania hodowania psów czy też trzymania ich w domach, stąd najbardziej popularnym domowym zwierzątkiem są tu śpiewające i gadające ptaki, które kupić można na przydrożnych straganach. Z zabytków pozawyznaniowych w Jogjakarcie zobaczyć można pałac sułtana Kraton i Taman Sari Water Castle – królewski ogód z systemem basenów gdzie w XVIII wieku pluskały (ciężko stwierdzić czy aby radośnie) 32 żony sułtana. My wieczorem (absolutnie radośnie) pluskaliśmy się natomiast w przyhotelowym basenie, kilka osób skorzystało z możliwości relaksu w SPA, inni pochowali się w tropikalnym, parującym ogrodzie by przy kuflu piwa zapomnieć o trudach podróży. Melia Purosani to idealne miejsce w Jogjy by zebrać siły na kolejny etap – jutro Malezja i Kuala Lumpur!
2 stycznia 2012: BALI
Wyspa skradła mi kawałek serca. Bali już po trzech dniach znalazło się na mojej prywatnej liście: miejsca, do których chciałabym wrócić, gdzieś pomiędzy Japonią, Nepalem i Brazylią. Jakże się tu nie zakochać w wyspie, gdzie żaden budynek nie może być wyższy niż palma kokosowa, czarne dachy mogą mieć tylko świątynie, wiara w sekretne numery, mikro i makro kosmos oraz karmę jest bardzo silna, nie istnieją ograniczenia prędkości na drogach, a ludzie chodzą z sercem na dłoni? Jakże nie zakochać się w miejscu, gdzie wszyscy żyją życiem prostym a szczęśliwym, a przy tym są wyjątkowo uzdolnieni plastycznie – wykonują przepiękne, kunsztowne (słynne na całym świecie) balijskie rzeźby, batiki, obrazy i ozdoby ze srebra. Któregoś dnia chciałabym tu wrócić. Pożyczyć motor i wypuścić się w kręte, górzyste drogi, wyjść na wulkan Batur, przepłynąć promem na Lombok, posiedzieć na schodach świątyni Besakih albo na omszałych głazach koło Goa Gajach (Jaskini Słonia), patrzeć w niebo, chłonąć spokój i romantyzm kiełkujący na polach ryżowych. Bo nawet jeśli Bali nie sprostało wyobrażeniom kilkorga z naszej grupy – moje zupełnie przerosło.
Całodzienne zwiedzanie zakończyliśmy w gorących źródłach w okolicach jeziora Batur, uprzednio odwiedziwszy unikatowy w skali świata... cmentarz. Należący do malutkiej wioski leżącej na brzegu jeziora u stóp wulkanu, charakteryzyje się tym, że umarłych nie grzebie się tu w ziemi ani nie kremuje. Zwłoki przykrywa się bawełnianym całunem i składa na gołej ziemi, przynosząc różne ofiary. Po kilku miesiącach, gdy ciało się rozłoży, sprząta się kości i robi miejsce dla następnego umrzyka. Tu doczesne szczątki po śmierci tracą jakiekolwiek znaczenie i nikt nie darzy ich żadnym szacunkiem czy estymą – stąd walające się w kupie śmieci piszczele, fragmenty kręgosłupa, kości miednicy czy pokaźna kolekcja ludzkich czaszek. Takie właśnie ekstremalne przykłady pomagają zrozumieć jak bardzo różnimy się od siebie i jak bardzo różnorodność kulturowa jest światu potrzebna. Z samego rana opuszczamy Bali, aby kolejne przygody wyśnić na Jawie.
1 stycznia 2012: BALI
Po hucznej sylwestrowej imprezie dzień zaczęliśmy z lekkim poślizgiem, chwilę przed południem. Kuta nawet w pierwszy dzień nowego roku, kiedy wszyscy młodzi Australijczycy leczą kaca po nocnych szaleństwach, jest niezwykle ruchliwa i zakorkowana. Mekka surferów i luzaków jest miejscem gdzie lokalni restauratorzy zostali już tak zepsuci przez turystykę, że próbują klientowi wcisnąć irish coffee bez whiskey i zdziwieni są gdy się o wkładkę upomnisz. Przemysł pamiątkarski za to kwitnie. Zamiast targować się na straganach wystarczy wejść do pamiątkowego outlet’u gdzie wszelkie balijskie kurzołapy i suweniry kupić można za grosze. Balijczycy nie obchodzą Nowego Roku w jakiś specjalny sposób. Ciekawym zjawiskiem są przydrożne mini-dyskoteki na otwartym powietrzu, gdzie przy piwie i araku, w rytm nowoczesnej muzyli pop, kiwa się kwiat męskiej młodzieży. Dziewczyn nie widać, bo porządne dziewczyny na Bali nie piją, nie palą i nie imprezują. Słynna plaża Jimbaran o tej porze roku tonie w śmieciach. Mieszkańcy Bali latami odpadki żywnościowe zawijali w liście bananowca i wyrzucali w tak zwane „byle gdzie”. Organiczne opakowania szybko się rozkładały i poza zapachem nie stwarzały żadnego problemu. Potem liście bananowców zastąpiono plastikiem i niestety zmiana ta nie nastąpiła równolegle ze zmianą nawyków mieszkańców wyspy – śmieci nadal wyrzucają byle gdzie. Plastik rozkłada się dziesiątki lat, szybciej więc radzi sobie z nim deszcz, który w tych szerokościach geograficznych i o tej porze roku (na Bali jest środek lata) pojawia się dość regularnie, krótko acz treściwie. Śmieci lądują na plażach. Zanim Balijczycy, przyzwyczajeni chyba przez pokolenia do ręcznej pracy przy upawie ryżu, zdążą całe to wysypisko posprzątać, kolejny deszcz przynosi kolejne śmieci. I tak wkoło Macieju przez całe lato. Kiedy ustają deszcze – ustają śmieciowe powodzie i plaże (przynajmniej niektóre) wracają do bardziej pocztówkowego stanu. Niektóre, bo najbardziej znana plaża w Kucie nigdy ponoć nie wraca do względnie czystej formy. Za dużo turystów, za dużo śmieci.
Świątynia Uluwatu zbudowana na stromym klife, zamieszkała przez towarzyskie, sprytne małpy–złodziejki to miejsce, gdzie o zachodzie słońca odbywa się pozak tańców kecak. Wydarzenie ma pierwotne brzmienie, nie pojawiają się żadne instrumenty, muzyka tworzona jest przez tancerzy wydających z siebie dziwaczne, ekstatyczne dźwięki. Na myśl przywodzi to sceny z filmów i bajek o wielkich odkrywcach nieznanych lądów, którzy przybywali na tropikalne wyspy zamieszkałe przez tubylcze plemiona. Dzikość, autentyzm, pewien nawet atawizm drzemie w tańcu kecak. Pojawia się motyw, jakże pierwotnego, ognia i motwy, jakże niechcianego, deszczu padającego na widownię.
Wspomniane małpy, szczególnie maluchy, mają miękkie łapki, choć bardziej pasowałoby użyć określenia – dłonie – w dotyku podobne do poduszek na łapkach małego kociaka, o wiele bardziej jednak czepliwe, wyciągające się chętnie po banany i ciasteczka. Pyton w dotyku też jest zaskakująco gładki, wręcz aksamitny i wcale nie tak oślizgły jakby mogło się wydawać. Najdziwniejsze jednak uczucie towarzyszy trzymaniu za rozpięte skrzydła oswojonego nietoperza. Zdjęcia z wczorajszej popołudniowej sesji można obejrzeć w galerii. Nadal nie mamy żadnych doświadczeń z durianem. Jutro ostatni dzień na Bali, duża więc szansa, że w końcu ktoś się przełamie i kupi na przydrożnych straganie tego legendarnego śmierdziela.
31 grudnia: BALI
Na lotnisku w Denpasar utknęliśmy w niekończącej się kolejce do odprawy paszportowej, co szybko uświadomiło nam, że Nowy Rok u progu. Tabuny młodych, opalonych, wysportowanych Australijczyków wybrało Kutę na miejsce sylwestrowej balangi. Czym się kierowali? Może relatywną bliskością wyspy (z Australii przecież wszędzie jest bardzo daleko), może przystępnymi cenami (w Australii przecież wszystko jest kilkakrotnie razy droższe) a może, co po opowieściach naszego balijskiego przewodnika nabrało głębszego sensu – dostępnością magicznych grzybków. W Indonezji bowiem, w przeciwieństwie do Spingapuru, zamiast systemu kar lepiej sprawdza się system łapówek. Na Bali nie ma prawa regulującego prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, co dziwne – nie ma też wcale wypadków. Żeby dostać pracę w policji czy wojsku indonezyjskim nie trzeba mieć niczego poza kasą – po uiszczeniu odpowiedniej sumy u władz dostaje się mundur i zatrudnienie. Zainwestowane w karierę zawodową pieniądze trzeba jednak jakoś odzyskać, najłatwiej oczywiście przez pobieranie łapówek. Dzieciaki na Bali do szkoły dojeżdżają na motorynkach, choć w ich wieku i bez prawa jazdy nie jest to dozwolone. Wiedzą jednak, że z panem policjantem wszystko można załatwić w inny sposób. Skorumpowany jest też oczywiście rząd, zrzesztą Indonezja w rankingach światowych na liście „najbardziej skorumpowane kraje” zajmuje zaszczytne drugie miejsce. Twarde narkotyki i zioło są tu nielegalne – legalne natomiast (co, jak sądzimy przyciąga młodych Aussies) są magiczne grzybki (magic mashrooms), z których robi się magiczny napój o smaku truskawkowym lub pomarańczowym o lekkim działaniu halucynogennym. W zależności od nastroju, w jakim jest on spożywany można dostać głupawki lub zalać się łzami na kolejne dwie godziny. Grzybki rosną na krowim łajnie, ale to jak widać nikomu specjalnie na Bali nie przeszkadza.
Pomimo tego, ze 80% społeczności wyspy wyznaje hinduizm – klimaty są tu zgoła odmienne od indyjskich. Święte krowy nie wylegują się na środku ulicy, ludzie są uprzejmi uprzejmością szczerą a nie wyrachowaną, gościnni i mili i chociaż pod względem czystości daleko Indonezji do Singapuru równie daleko jej do Indii. Z kokosa produkuje się 45% arak, odkryliśmy też świetne, lokalne, mocno cytrusowe w posmaku, białe wino, które wyśmienicie uzupełniło atmosferę zachodu słońca ostatniego dnia roku 2011 przy świątyni Tanah Lot.
Balijczycy są niezwykle rodzinni i przywiązani do swojej wyspy. Mało kto wyjeżdża poza jej obszar, a nawet jeśli za chlebem trafi do Ameryki – zawsze wraca do siebie. Ludzie żyją prosto, uprawiają ryż, kukurydzę i różne owoce – od pysznych, słodkich rambutanów, przez bardzo tu popularne mangostany po śmierdzące zgnitym jajem duriany, których na razie nikt z nas nie miał odwagi skosztować (jesteśmy na etapie „wąchania przez skórkę”). Co ciekawe i dla wyspy charakterystyczne – ludzie na Bali nie mają nazwisk. Istnieje system nadawania określonych imion nowonarodzonym dzieciom w zależności od tego czy to pierwszy, drugi, trzeci czy czwarty potomek. I tak pierworodny nazywać się może Wayan, Putu, Gede, lub Ni Luh, drugie dziecko będzie nosiło imię Made, Kadek lub Nengah, trzecie: Nyoman lub Komang, czwarte: Ketut. Jeśli urodzi się piąte – wraca się z powrotem do pierwszej listy imion. To imię – nadawane jako pierwsze – zastępuje tu nazwisko, drugie i trzecie – nadawane według gustu i uznania rodziców dookreśla indywidualność jednostki. Według balijskiego systemu, jako pierworodna córka mogłabym nazywać się Putu Kaja Maria, a Paweł, jako drugie dziecko w rodzinie – Kadek Paweł Piotr.
Wyobrażenia, jakie mamy o danym miejscu nie zawsze zbiegają się w jednym miejscu z zastaną rzeczywistością. Jeśli ktoś myśli o Bali w kategoriach karaibskich plaż, niestety się rozczaruje. Od pierwszego momentu jednak wyspa zachwyca bogactwem roślinności, uprzejmością mieszkańców i oryginalnym pięknem tutejszych świątyń. Ryżowe tarasy, niekończąca się zieleń, góry i chmurne wulkany - dla mnie Bali ma to coś, co już teraz, po ledwo pierwszym dniu, sprawia, że chciałabym tu kiedyś wrócić na dłużej.
29 - 30 grudnia: SINGAPUR
Trzy w jednym – wyspa, państwo i miasto, chociaż ma ledwo 42x22 km – to miejsce z kategorii „naj”. Najczystsze, najbezpieczniejsze i najgęściej zaludnione w skali świata. SINGAPUR. Najwięcej tu też osobliwych kar, które grożą za żucie gumy, śmiecenie, jedzenie i picie w miejscach publicznych, takich jak np. stacje metra, czy zakaz jedzenia durianów, o których naturze wkrótce mieliśmy się dowiedzieć więcej na Bali. W poszukiwaniu romantyzmu zachodzącego słońca, po przelocie Hong Kong - Singapur, wyjechaliśmy na taras widokowy Marina Bay Sands - potężnego kompleksu hotelowo-rozrywkowo-hadlowego projektu Moshe Safdie, który przez niektórych postrzegany jest jako symbol miasta-państwa. Symbol to jednak młody bo ledwo półtoraroczny, oddany do użytku w czerwcu 2010. 50 kondygnacji, 2560 pokoi, zajmujące 4 piętra kasyno i 6 mld zainwestowanych dolarów muszą robić wrażenie. Prawdziwym symbolem miasta jest – wypluwający potoki wody na drugim brzegu na przeciwko Marina Bay – Merlion – kamienny lew. Według malajskiej legendy, dawno temu książę Sumatry odwiedził wyspę Temasek. Szukając schronienia przed burzą, spotkał lwa. Potraktował to jako dobrą wróżbę i założył Singapurę - Miasto Lwa. Singapur, choć silnie zurbanizowany w prawie połowie porośnięty jest dziką, zieloną, bujną, okołorównikową roślinnością – stąd do równika już tylko 137 km. Dzielnica ambasad i pobliski ogród botaniczny oddalone kilkadziesiąt minut jazdy od betonowej dżungli centrum to zupełnie inny świat. Na wyspie Sentosa, gdzie zlokalizowano rozrastający się wciąż park rozrywki polatać można w specjalnej komorze na symulatorze skydiving, odwiedzić studio Universal Pictures albo - tak jak my – przejechać gondolą nad portem i zrelaksować się przy kawie tudzież na jednej z miejskich plaż.
To co w Singapurze zachwyca (poza niebywałą wręcz czystością) to na pewno kuchnia. Niezwykle popularne są food courts, nie mające oczywiście nic wspólnego z tymi w centrach handlowych Ameryki. Fast foodów tu nie uświadczy, znaleźć natomiast można przedziwne i przepyszne potrawy kuchni chińskiej, malajskiej, japońskiej, indonezyjskiej i singapurskiej - cała kulinarna Azja w jednym miejscu. Bohaterem Singapuru został Piotruś – pogodny, wychudzony przewodnik wegetarianin, posiadacz cudownie abstrakcyjnego poczucia humoru i zaraźliwego chichotu. Kolejny samolot, tym razem linie Jet Star zabrał nas na drugą stronę równika – do Indonezji, która szybko okazała się zupełnym przeciwieństwem Singapuru.
28 grudnia: Macau
Człowiek przez stulecia najpiękniejsze budowle wznosił zawsze bogu. Nie miało i nie ma większego znaczenia czy jest to Shiwa, Allach, Jezus, Budda czy Pieniądz. Świątynią tego ostatniego bez wątpienia można by nazwać Macau. Terytorialnie niewielkie, ale od Chin niezależne, jest stolicą hazardu całej Azji. 34 kasyna to podręcznikowe przykłady nowoczesności, przepychu i kiczu wzorowanego na amerykańskim Las Vegas. Wszystko tu nowe, błyszczące, nocą pulsujące tysiącem neonów, iluminacji, brzęczące mamoną, jęczące przeciąganymi kartami kredytowymi, wiecznie żywe. Miasto, które nigdy nie zasypia, miasto, które każdego dnia przetrawić portafi średnio 20 tys turystów - głównie zakochanych w hazardzie Chińczyków. Nic nie kusi tak, jak zakazany owoc – hazard w Chinach jest nielegalny i jedynie Macau stanowi enklawę, gdzie można poddać swoje szczęście wątpliwej próbie zostania milionerem.
Milioner jest jeden. Nazywa się Stanley Ho i do niego należy przynajmniej połowa wyspy, najstarsze kasyno i hotel Lisboa, które powstały na początku lat 70., liczne hotele, firma promowa, kilka innych lukratywnych biznesów i cztery żony, z których najmłodsza nie ma jeszcze pięćdziesiątki. Sam Król Hazardu w tym roku skończył lat 90. Jego najnowszą, niedawno zakończoną inwestycją jest hotel i kasyno Grand Lisboa, które już – dzięki ciekawej architekturze - zyskało status jednego z symboli miasta. Sam Stanley Ho jest najsłynniejszą postacią tego rejonu świata. I trudno się dziwić – przez 40 lat miał monopol na hazard, co pozwoliło mu zbudować finansowe imperium. Na wyspie Taipa jak na drożdżach rosną kolejne kasyna, tak jakby zupełnie nie było logiki w tym, że skoro jeden dorobił się gigantycznej fortuny wielu musi swoje fortunki stracić by odwieczna zasada równowagi została zachowana. Galaxy ma w potężnym, cukierkowo rozświetlonym hallu wielką fontannę, z której co godzinę, przy podniosłych dźwiękach na myśl przywodzących ścieżki dźwiękowe z filmów o podboju kosmosu, wyłania się potężny, plastikowy, efektownie błyszczący diament, mający przynieść szczęście kolejnym śmiałkom marzącym o szybkiej, niewymagającej wysiłku, dużej gotówce. Venetian jest (na chwilę obecną) największym, 40-piętrowym, kasynem w Macau, należącym dla odmiany do Las Vegas Sands i stąd – stanowiącym lustrzane niemal odbicie pierwowzoru amerykańskiego. Tu kicz sięga zenitu – jest plac św. Marka, kanały weneckie, po których kursują gondole, markowe sklepy i kapiące złotem, barokowe freski. Rozmach, przepych i marmury. Wszystko dla Pieniądza. Kiedy już człowiek otrzepie się z tej dziwnej mieszanki zachwytu i szoku refleksja nachodzi go taka – Pieniądz jest bez wątpienia ulubionym bogiem naszego gatunku.
Macau to jednak nie tylko karty, black jack, ruletka i snujący się smętnie, siny papierosowy dym. Niezwykły klimat tego miejsca tworzy osobliwe połączenie kultury chińskiej i widocznych wciąż wpływów portugalskiego kolonializmu. Wieczorem, kiedy oczy już bolą od migotliwego blasku kasyn, przyjemnie jest przespacerować się uliczkami najstarszej części Macau, pamiętającej portugalskich kupców, artystów i kaznodziejów, wstąpić na congee – tradycyjną chińską ryżową zupę z różnymi dodatkami – do lokalnego baru, albo spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy – z wieży Macau Tower. Stąd miasto wydaje się zupełnie małe i niepozorne. Dla żądnych mocniejszych wrażeń Macau Tower ma najwyższe na świecie bungee jumping – sześciosekundowy lot z predkością 180 km/h wykonać można z 233 metrów. Przeżycie to niezwykłe. Wiem co mówię, bo sprawdziłam ;-)
Po całodziennym zwiedzaniu i przepychaniu się przez bożonarodzeniowe tłumy Kitajców nikt nie miał już siły składać ofiar w kasynach. Szybki i treściwy sen, pakowanie maneli i w drogę do Singapuru – najbezpieczniejszego i najczystszego państwa świata, gdzie kary płaci się nawet za wwóz gumy do żucia, a z życiem pożegnać można się szybko za szereg wykroczeń, w tym – posiadanie narkotyków, rozboje i korupcję (wśród urzędników).
26-27 grudnia: Hong Kong - Macau
Chyba w okolicach Syberii wessało nas drugi dzień Świąt. Wylecieliśmy z Toronto w niedzielę (25.12) o 14:50 (z czterdziestominutowym opóźnieniem spowodowanym odladzaniem skrzydeł) i wylądowaliśmy na wyspie Lantau w Hong Kongu w poniedziałek (26.12) chwilę po 19. Jak na prawie szesnastogodzinny lot - poszło gładko, a Cathay Pacific okazały się (ku naszemu zaskoczeniu) jednymi z lepszych linii, jakimi nam do tej pory przyszło latać. Pomimo zmęczenia, nocą wybraliśmy się jeszcze w miasto, bo Hong Kong by night to widok niezwykły, a ilość świątecznych dekoracji dodaje mu jeszcze więcej kolorów i klimatu. A to po wielkim drapaczu chmur zasuwają świetlne renifery, a to pada neonowy śnieg - po gmachu banku św.Mikołaj pruje w saniach i ma się wrażenie, że lada moment zderzy się z wściekle pomarańczowym smokiem na ścianie sąsiedniego budynku. Ludzi jak mrówek. Na okres świątecznych ferii do Hong Kongu przyjeżdża mnóstwo Chińczyków, głównie w poszukiwaniu okazji w sklepach i rozrywki, która w kontynentalnym Państwie Środka wciąż jest mało dostępna. Następnego dnia rano, skoro świt, pustymi zupełnie ulicami wracamy z wyspy Hong Konga na wyspę Lantau odebrać z lotniska lwią część grupy. W pełnym składzie 33. osób wyruszamy na zwiedzanie miasta. Powoli opada poranna mgła, robi się cieplej, choć na Alei Gwiazd w porcie półwyspu Kowloon mocno wieje od morza. Odciski dłoni na spacerowej promenadzie i pomniki bohaterów chińskiego przemysłu filmowego (poza Jackie Chanem i Brucem Lee) niewiele mi mówią. Naszpikowane niebotycznymi wieżowcami centrum finansowe po drugiej stronie zatoki powoli wyłania się z szarości. W Aberdeen Village oglądamy pływające domy rybaków skonstuowane na barkach, przycumowane ciasno jeden obok drugiego, największą pływającą restaurację na świecie Jumbo i przepiękne, nowoczesne, potężne jachty, których ceny sięgają nawet miliona dolarów. Na Stanley Market przerwa na lunch i czas na buszowanie wśród kramów pełnych... pamiątek made in China. Czyli zmienia się niewiele, bo praktycznie gdzie się nie ruszymy wszędzie znajdujemy pamiątki produkcji chińskiej, tyle, że tutaj akurat jest to jak najbardziej uzasadnione. W buddyjskiej świątni dusimy się od dymu kadzideł i nijak nadziwić się nie możemy wyobraźni architektów projektujących budownictwo mieszkalne. Bloki są tak wysokie, że trzeba zadzierać mocno głowę, by dojrzeć ostatnie piętra, strzeliste i jakieś takie... chude. Mnogość mieszkań (15 m2 to tutaj standard w metrażu) przywodzi na myśl ogromne kopce termitów, jakie niedawno widziałam w Parku Narodowym Chitwan w Nepalu. Dużo uroku tej nowoczesnej, do niedawna brytyjskiej, metropolii z betonu i szkła dodaje górzystość terenu; drogi są wąskie i kręte, zatoka Victorii i Repulse Bay migają raz po raz między drzewami, plaże kuszą, ale jeszcze za zimno na kąpiel - poczekamy aż temperatura z 20 stopni skoczy na 30. Najgorętszy adres w mieście? 99 Repulse Bay Road - jakby komuś przyszła ochota odwiedzić Jackie Chana ;-). Widoki z Góry Victorii zostawiamy sobie na późne popołudnie, a przed zaokrętowaniem na superszybki prom do Macau udaje nam się jeszcze (tym razem całej grupie) zobaczyć Hong Kong rozświetlony świątecznymi neonami. Po godzinie, nie ukrywajmy - spania, ukołysani falami Morza Południowochińskiego (romantyzm tego zdania zabiło nasze zmęczenie podróżą i całodziennym zwiedzaniem) - dobijamy do portu w Macau (kolejne po HKG niezależne terytorium należące do Republiki Chińskiej) - jedynym miejscu w Chinach, gdzie hazard jest legalny. Las Vegas Azji zostawiamy sobie jednak na kolejny dzień. Wrażeń mamy mnóstwo i teraz każdy marzy tylko o gorącym prysznicu i łóżku i wygodnym.
25 grudnia: Toronto - Hong Kong
Gdzieś, pewnie nawet niedaleko, trwają Święta. Wigilia, trzask opłatka, rzewne kolędy, karp, grzybowa, groch z kapustą, kluski z makiem. U nas świąteczne były tylko porządki, a potem zwyczajowe już pakowanie walizek, drukowanie tony dokumentów, przewodniki, mapy, sunscreen, paszporty. Plany na pierwszy dzień Świąt? YYZ - HKG operated by Cathay Pacific. Lecimy dziesięcioosobową grupą, reszta dolatuje dzień później i zaczynamy Wielką Noworoczną Przygodę. 2012 powitamy na Bali. Powietrze znów pachnie Przygodą. Ponoć (w końcu) idzie zima - najwyższy czas odlecieć do ciepłych krajów!
English version






