Znajdujesz się tutaj: Blog Indie - Nepal, listopad 2011
 
 

Indie - Nepal, listopad 2011

Indie 19 - 20 listopada: Kathmandu - New Delhi

Rano na lotnisku czekając na lot widokowy nad Himalaje oglądaliśmy z zapartym tchem gęstą mgłę, modląc się w duchu do wszystkich możliwych 330 milionów silnych i wspaniałych, żeby ją sobie jednak zabrali. Nie zabrali. Pojechaliśmy więc zwiedzać okolice Kathmandu. Za Nagarkot, niewielką miejscowością położoną wśród zielonych, górskich a zarazem rolniczych przestrzeni, na platformie widokowej otworzyła się w końcu przed nami upragniona panorama najwyższych gór świata. Stanęliśmy twarzą w twarz z potęgą Langtang i sąsiednich szczytów, które wyłoniły się z mgły, chmur i smogu. Tylko jedno przyszło mi do głowy - wrócić. jak najszybciej tu wrócić. Jeszcze bardziej spektakularne widoki mieliśmy dzień poźniej lecąc z Kathmandu do New Delhi. Tymaczasem sobota zaczęła się całkiem obiecująco - z Nagarkot zjechaliśmy wśród terasów porośniętych rzepakiem i ziemniakami do Bhaktapur – niezwykłego miejsca, uznawanego za kulturalną stolicę Nepalu. Miasto w kształcie muszli pamiętające czasy VII w. w listopadowe, zalane słońcem popołudnie, pełne sklepików zaopatrujących ludność w pobliskich wiosek, z trzema pięknymi placami, zachwycającymi świątyniami, misternie rzeźbionymi ornamentami i matrą „Om Mani Padme Hum” dobiegającą z każdego kramu z pamiątkami – klimat powstał magiczny. Stanęłam na Duttatraya Square, zamnęłam oczy – to jedna z tych chwil, które chce się zapamiętać na zawsze. Wieczór zastał nas przy Bouddhanath – największej buddyjskiej stupie w Nepalu i jednej z największych na świecie. Nieparzysta liczba okrążeń zgodnie z ruchem wskazówek zegra w tłumie mnichów buddyjskich, chrześcijańskich zakonnic, hindusek i turystów (nieparzysta liczba czyli 1 ;-). Wieczorem w Nepali Ciauli zjedliśmy ostatnią, pożegnalną, wspólną kolację zakrapianą winem ryżowym, przeplecioną pokazem lokalnego folkloru. A potem zaczęliśmy wracać. Powrót do domu z końca świata nie jest bowiem wcale taki prosty i różnymi wiedzie drogami. Do Toronto wracamy przez Amsterdam, Bangkok, Tokio, Seoul i Singapur w różnych dniach i godzinach, ale wszyscy cali, zdrowi na ciele i umyśle, bez problemów żołądkowych, lekko podziębieni, z walizkami pełnymi orientalnych cudów i wspomnień, z odebraną ważną lekcją – naprawdę nie mamy w życiu powodów do narzekania. Namaste.

 

Indie 17 - 18 listopada: Pokhara - Kathmandu

Pokharę opuściliśmy we mgle. Przejazd przez góry do Kathmandu zajął nam prawie cały dzień, bo drogi kręte i strome, ale nie dłużył się wcale. Ze wszystkich zaplanowanych i niezaplanowanych postojów najfajnijeszy był ten z okazji nepalskiego wesela. Przywitani zwyczajowym „namaste”, z czołami usmarowanymi czerwonym ryżem, obserwowaliśmy przygotowania pana młodego i jego rodziny przed udaniem się do domu przyszłej żony. Był też przystanek przeznaczony na zakup mandarynek, spacer po wiszącym moście, lunch, banany i ostatni – w stolicy. Dziś od rana zwiedzialiśmy Kathmandu, chaotyczne, zakorkowane, brudne miasto, które i tak przy całych Indiach wydaje się oazą spokoju. Zaczęliśmy od Swayambhunath – buddyjskiej stupy i świątyni, znanej wsród turystów jako świątynia małp. Faktycznie – zgraje skaczących, ciekawskich małp tworzą niepowtarzalny klimat świętego wzgórza, a dodatkowe wyzwanie stanowią stada sprzedawców próbujących upchnąć turystom wszystko - od bransoletek począwczy na rzeźbach skończywszy. Najciekawszą ze światyń, jaką przyszło nam dziś zobaczyć była jednak świątynia Kumari – żywego wcielenia boginii. Kumari to dziewczynka (obecnie 7,5 letnia), którą co kilka lat, w oparciu o specyficzne reguły, wybiera grupa kapłanów. Kumari ma między 4 a 6 lat kiedy zaczyna swą „boska karierę” i służba kończy się gdy dostaje pierwszą miesiączkę. Wraca wtedy do społeczeństwa i swojej śmiertelnej postaci i żyje dalej jako zwykła ziemianka. Przez lata, kiedy jest wcieleniem boginii nie może praktycznie (poza świętami religijnymi) opuszczać swojej świątyni, wyznawcy hinduizmu mogą natomiast przychodzić do niej i oddawać jej cześć. Dla osób z naszego kręgu kulturowego idea wydawać się może mocno kosmiczna i niepojęta. Kiedy chwilę potem na Patan stadko czarnych, młodych kóz prowadzone jest siłą do świątyni, gdzie skończy jako ofiara dla bogów – człowiek zaczyna zastanawiać się czy to naprawdę XXI wiek, czy też może jakimś cudem udało nam się przenieść do średnowiecza. Nazwać zacofaniem czy nieuświadomieniem pewne zjawiska jest nam łatwo, nie zmienia to jednak faktu, że w Nepalu (nawet w Kathmandu) rozwody są zupełnie niepopularne, co więcej – wdowa nie może po raz drugi wyjść za mąż. A to i tak nic w porównainiu do szesnastowiecznych praktyk, kiedy po śmierci mężczyzny jego żony żywcem kremowano na stosie ofiarnym, tylko po to by jak najszybciej znalazły się blisko swojego męża. Do Pasupatinah, najważnieszej w Kathmandu świątyni Shiwy, usytulowanej nad brzegiem Bagmati, dotarliśmy chwilę przed zmrokiem, akurat by zobaczyć z bliska ceremone pogrzebowe – kremację zwłok na gathach. Tamel wieczorową porą to najlepsze miejsce na zakupy w stolicy Nepalu. Dobrze, że dobijamy do końca wyprawy, bo już wszyscy poważnie spłukali się z kasy na te wszystkie orientalne cuda-niewidy.

 

Indie 16 listopada: Pokhara

A jednak Shiwa, który jest silny, tym razem nie do końca nam sprzyjał. Pobudka o piątej rano wynagrodzona została nam widokiem na potężne, białe, niekończące się pasmo... chmur. Przestało wprawdzie padać, ale wschodzące słońce nie zdołało przebić się przez grubą, skłębioną, z pary wodnej utkaną zasłonę. Góry otaczające Pokharę pozostają więc dla nas na razie zagadką. Na szczycie punktu widokowego, grzejąc się herbatą z prądem, o wprowadzeniu której do asortymentu o dziwo pomyślał tamtejszy sprzedawca, obejrzeliśmy wszystkie szczyty na plakacie zakupionym przez jakiegoś sprytnego Koreańczyka. Rzut oka na plakat, kolejny na białą ścianę chmur, szybka wizualizacja i oto masyw Annapurny staje przed oczami wyobraźni. Po śniadaniu objechaliśmy najciekawsze zakątki miasta – ulicę z kilkoma zachowanymi jeszcze najstarszymi domami Pokhary, niesamowity wąwóz w środku miasta i pobliską jaskinię z maleńką świątynią Shiwy, regionalne muzeum etnologiczne i najważniejsze wzgórze świątynne. Podczas rejsu łódkami po jeziorze Fewa (Phewa) – tym, w którym przy ładnej pogodzie odbija się ostry szczyt Machapuchare (Fishtale) Piotr wykrakał małą katastrofę. Łódki były cztery. Wioślarzy było trzech. I jedna wioślarka. W drodze na wyspę Piotr bez przerwy ponoć powtarzał, że baba przy wiośle przynosi pecha, nie powinna w ogóle wykonywać takiej pracy i że to się źle skończy. No i skończyło się tym, że przy wychodzeniu na brzeg Jola w dziwny sposób straciła równowagę na chyboczącej się łajbie i wpadła do (na szczęście ciepłej i płytkiej) wody, mocząc się równo po pas. Postanowiła jadnak heroicznie kontunuować rejs po jeziorze, wszyscy jednak zgodnie odmówili ponownego wejścia na pokład feralnej łódki napędzanej babskim wiosłem. Sprawnie ulokowali się po pięć osób w trzech pozostałych łódkach, a ta przeklęta została dla mnie i naszych dwóch opiekunów/przewodników. Przy większej dozie pecha grupa mogła stracić nas wszystkich na raz, na szczęście do kolejnego wypadku nie doszło i niecałą godzinę później wszyscy postawili suchą stopę na brzegu (poza Jolą, która nie zdążyła wyschnąć). Popołudnie upłynęło nam na buszowaniu po nadbrzeżnej ulicy, gdzie pełno jest sklepów z wszelkiego rodzaju pamiątkami, rękodziełem, literaturą górską, mapami i sprzętem trekkingowym. Marki takie jak North Face kupić tu można za bezcen. Nikt nie wierzy oczywiście w oryginalność pochodzenia tych ciuchów, ale za takie pieniędze nie warto sobie głowy zawracać kwestią domniemanej oryginalności. Czas kurczy się nam coraz szybciej, jutro już jedziemy do Kathmandu, w niedzielę kończymy wyprawę i wracamy do Toronto. Wciąż przed nami najwyższe góry, wciąż jeszcze jest szansa, że Ganesha lub Lakshmi zlitują się nad nami i przesuną chmury poza horyzont. Być w Nepalu i nie zobaczyć Himalajów – brzmi zbyt nierealnie by mogło być prawdą.

 

Indie 15 listopada: Chitwan National Park - Pokhara

Po wczorajszych hulankach przy grillu, w okrojonym składzie, bladym świtem ruszyliśmy na obserwację ptaków w towarzystwie wioskowej watachy rudych kundli. Mgła wisiała nisko i ptaków widzieliśmy niewiele, a jeśli jakieś – to z daleka, za to w rzece wylegiwał się wielki nosorożec, a rześki chłód poranka szybko wszystkich postawił na nogi. Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę do Pokhary – mekki fascynatów pieszych, górskich wędrówek. Czterogodzinny przejazd tym razem zupełnie się nie dłużył bo i krajobrazy nijak się miały do hinduskiego, przydrożnego chaosu. Górska droga wiła się jak i rzeka w dolinie poniżej, wśród porośniętych tropikalną roślinnością ostrych, prawie pionowych szczytów. Małe, schlude wioski, wąskie wstęgi wodospadów, zielonkawa woda idealna pod rafting, piaszczyste łachy i błogi spokój górskiego odludzia. W Pokarze dopadł nas deszcz. Na szczęście miasto ma bogate zaplecze restauracyjno-barowo-sklepowe, można więc wreszie zaspokoić zakupowy głód, na co do tej pory nie było za bardzo czasu. Dopadł nas też jakiś wirus, o dziwo wcale nie pokarmowy – w dużej większości jesteśmy zakichani i zasmarkani, a ja zupełnie straciłam głos i już nie mogę nikogo poganiać, bo na migi mnie nie słychać. Jeśli do rana się wypada mamy szansę zobaczyć wschód słońca nad Himalajami. Zobaczyć coś takiego w kompletnej ciszy – bezcenne.

 

Indie 14 listopada: Chitwan National Park

Rano na rzece panował niewykły spokój. Jeszcze lekko zaspani nie mieliśmy energii robić hałasu, który tak łatwo potrafi zniszczyć nastrój i magię dalej chwili. Chybotliwymi, wydłubanymi z pni drzew czółnami płynęliśmy z nurtem oglądając zupełnie nieruchome, wyglądające jak atrapy, krokodyle muggers i wodne ptactwo. Spacer przez nabierającą wilgoci i ciepła dżunglę dobrze nam zrobił. W Elephant Breeding Centre widzieliśmy słonie bliźnięta i zupełnie małe, pięciomiesięczne, pocieszne słoniątko, które jako jedyne chodziło swobodnie po wybiegu – reszta słoni była przywiązana łańcuchami do potężnych słupów. Słonie jedzą 200-300 kg pokarmu dziennie, w co wchodzi kilo soli, kilo melasy, kilo ryżu, a reszta to trawa i gałęzie, wypijają ponad sto litrów wody, wydalają 8 kg guano, śpią na stojąco i żyją mniej więcej tak długo jak ludzie. Mają grubą choć bardzo wrażliwą skórę i jeszcze bardziej wrażliwe organy wewnętrzne i nie mogą leżeć dłużej niż pół godziny, bo doszłoby do ich uszkodzenia. Są mądre, słuchają komend, potrafią trąbą podnieść z ziemi dwudziestopięciocentówkę. Koło południa odbywa się w Chitwan kąpiel słoni, w której udział brać mogą także ludzie. Sławek, Jan i Tadeusz jako trzech odważnych z naszej całej grupy zażyli takiej słoniowej kąpieli – siedząc na ich grzbietach najpierw przeszli przez prysznic prosto z trąby, a potem wszyscy skończyli w rzece, zrzuceni przez zanurzające się w całości w wodę słonice. Te same słonice po lunchu zabrały nas na safari do dżungli. Buszując wśród gałęzi, kołysami dostojnym, powolnym krokiem, widzieliśmy sporo różnego gatunku jeleni, krokodyle, dzikie koguty i pawie. Bardzo ciekawa jest też sama wioska Chitwan zamieszkała przez lud Tharu. Tharu żyją w chatkach z gliny, zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą zwierząt domowych, mają czyste, zamiecione, schludne małe gospodarstwa. Kobiety na głowach noszą tu stosy chrustu na opał, a mężczyźni wieczorami tańczą dla zagranicznych turystów w lokalnym domu kultury, tak jak dla nas wczoraj. Dziś wieczorem atrakcji też nie zabrakło - przepijaliśmy rumem kurczaka i whiskey dziką świnię przy barbeque zorganizowanym przez naszych opiekunów i gospodarzy. Jutro ruszamy w stronę gór, do Pokhary, u stóp masywu Annapurny.

 

Indie 11 - 13 listopada: Varanasi - Lumbini - Chitwan National Park

Jak to było? Expect unexpected? Nasz pociąg, jak i podobno kilkadziesiąt innych, spóźnił się dobre cztery godziny z powodu... mgły. Co ma piernik do wiatraka nie mam pojęcia, mgła jaka jest każdy widzi i każdy wie, że przeszkadza samolotom, a tu się okazuje, że także pociągom w Indiach. 11.11.11 w Varanasi był więc dla nas dniem mocno oderalnionym, a nocny rejs po Gangesie i ceremonie Aarthi odprawiane nad brzegiem świętej rzeki każdego wieczora przez głęboko wierzący lud Hindu, miały dziwnie oniryczne, baśniowe zabarwienie. Spaliśmy krótko, bo bladym świtem wypływaliśmy znów na wody Gangi by tym razem obejrzeć rytuały porannego prania i kąpieli. Nikomu nie wystarczyło odwagi by dołączyć do autochtonów. Wokoło płonęły zwłoki na ghatach, kapłani przy wtórze kogutów śpiewali poranne pieśni, pojawiły się święte krowy. Przeszliśmy plątaniną wąskich ulic starego Varanasi obijając się a przeraźliwie chudych ludzi idących w transie do świątyń, kolejne święte krowy, próbując uciec spod kół pojawiających się niewiadomo skąd motocykli. W Sarnath, miejscu gdzie Budda doznał oświecenia, obejrzeliśmy eksponaty w muzeum archeologicznym pamiętające czasy III i IIw przed Chrystusem, ruiny monastyrów i stupę, po czym ruszyliśmy do Nepalu drogą, którą od 401 na Scarborough dzielą lata świetlne. 350 km pokonaliśmy w dziesięć godzin po dziurach, wybojach, w hinduskim chaosie drogowym i donośnym wyciu klaksonów. Granica przerosła nasze wyobrażenia – dantejskie ciemności, łyskający białkówkami oczu, niemiłosiernie obtargani rikszarze czekający jak sępy na nasze bagaże, oficer hinduski z latarką wbijający nam pieczątki wyjazdowe z kraju Maharadżów, Bollywood i masala dosa, potem formalności nepalskie (wizy – tu już przy świetle żarówki – wydał nam przemiły oficer, który dwóm dziewczynom, które nie miały potrzebnej fotografii skopiował pierwszą stronę paszportu twierdząc , że takie ksero zdjęcia mu wystarczy) i głęboki oddech. Okazało się, że magiczna linia dzieląca Indie i Nepal oznacza mniejszy ruch, względną ciszę na drodze o (sic!) normalnej, równej nawierzchni, lepsze powietrze i dziwny spokój. Nagle 40 minut oznacza znów 40 minut, a nie trzy godziny, w hotelu jest darmowe wi-fi i mniej jest napiwkowej nachalności. Dziś rano w Lumbini, miejscu gdzie narodził się Budda, zwiedzając świątynie cisza aż kłuła po uszach. Niezwykły spokój poranka, pierwszego od tygodnia bez ulicznego zgiełku, pozwolił się nam wyciszyć i odetchnąć z ulgą. Jest noc i za oknem grają cykady. Popołudnie w Chitwan National Park to kolejne kroki w spokój, zieloność i Naturę. Oprócz słoni wiedzieliśmy dwa nosorożce i wieczorny pokaz lokalnych tańców w wykonaniu miejscowych mężczyzn. Jutro czeka nas całodniowe safari a potem najwyższe góry świata. Na usta ciśnie nam się jedno - Incredible India!

 

Indie 10 listopada: Agra - Varanasi

O świcie (może nie bladym, ale świt sam w sobie jakoś tak romantycznie brzmi, a o romantyzm w Indiach trudno) stanęliśmy twarzą w twarz z jednym z Siedmiu Cudów Świata – Taj Mahal. Potęga tego miejsca tłumaczy fascynację tłumów, które ciągną do tego niepojętego kraju o każdej porze dnia i roku. Taj Mahal jest zaprzeczeniem wszystkiego, co widać na ulicach – nieskazitelna biel marmuru, idealna symetria, zamysł, logika, porządek. To, co opisywał Salman Rushdie w „Dzieciach Północy” odwołując się do Taj z początku ubiegłego wieku, nijak się ma do rzeczywistości. Taj to miejsce czyste, wolne od naganiaczy, sprzedawców i żebrzących dzieci, wypielęgnowane, przycięte, wykoszone, pełne kolorowych turystów fotografujących się w różnych konfiguracjach z pałacem. Aż żal, że władca Shah Jahan nie zrealizował pomysłu budowy repliki z czarnego marmuru po drugiej stronie Yamuny. Jeśli faktycznie Taj Mahal powstał w hołdzie dla żony Jahana Mumtaz Mahal, która zmarła w połogu wydając na świat czternaste dziecko – siła miłości mogolskich władców musi być niezwykła. Z drugiej strony obserwując Hindusów przez szybę autobusu trudno uwierzyć, że to właśnie oni wymyślili Kamasutrę. W tym chyba właśnie leży cała niezwykłość i magia tego kraju – tu wszystko jest zaprzeczeniem znanych nam zasad logiki, estetyki i człowieczeństwa. Jak ogarnąć 360 milionów bogów, z czego jeden mieszka w bazylii, drugi w krowie a trzeci w żelazie? Jak zrozumieć festiwal czczenia ciężarówek, rowerów i samochodów (a właściwie ich żelaznych części)? I to, że pół wioski może umrzeć z głodu mieszkając nad rzeką pełną ryb nie mogąc ich złowić, bo akurat na tym odcinku rzeka ta uważana jest za świętą? Zachodni świat żyje obrazami z filmów Bollywood, mitologią, jogą i hare kriszna. ”Slumdog milionaire”, nawet jeśli zmienił wizerunek Indii w oczach świata, nie robi takiego wrażenia jak bezpośrednie obcowanie z tą kulturą. Indie są dla twardzieli. Dla ludzi o otwartych umysłach. Ciekawych świata, tolerancyjnych, przygotowanych na wszysto co nieprzewidywalne. Expect unexpected – jak pisało w jednym z naszych przewodników.

Z nieskazitelności i perfekcji Taj Mahal przenieśliśmy się do innego wymiaru – okrutnego, smutnego, poruszającego, ale pełnego miłosierdzia – do przytułku dla kobiet i sierot Matki Teresy. Szkliły się oczy i otwierały się portfele. Przytułek, jak na tutejsze warunki, jest zadziwiająco czysty, przytulny i kolorowy. Dzieci zadbane, nakarmione, tłuką się o zabawki i dominację na placu zabaw, serce ściska przy łóżeczkach z noworodkami. Z przytułku znów w marmury – tym razem na prezentację inkrustacji, niezwykle czaso- i pracochłonnej techniki, za pomocą której stworzono wszystkie zdobienia Taj Mahal. Potem już w drogę do Delhi. Zamykamy przy pełni księżyca Złoty Trójkąt Delhi – Jaipur – Agra – Delhi i nocnym pociągiem sypialnym jedziemy do jednego z siedniu świętych miast hinduizmu – Varanasi. Jutro magiczna data – 11.11.11 – w sam raz na rejs po Gangesie i palenie zwłok na kremacyjnych stosach Ghats.

 

Indie 9 listopada: Jaipur - Agra

Z Różowego Miasta od rana tniemy na Agrę. Shiwa traci cierpliwość do symboli i zabobonów – po drodze widzimy pierwszy wypadek – kraksę tuk-tuka z niewielką osobówką. Karetka mija nas dobre dwadzieścia minut później. Kilka razy stajemy, żeby zapłacić frycowe - a to za „autostradę” a to podatek prowincyjny – z Rajastanu wjeżdżamy do Uttar Pradesh. Pan Edward stwierdza, że na tę drogę nie wyjechałby nawet ruskim czołgiem. Przydrożne życie kwitnie – handel, śmieci i słodkie nieróbstwo. Niechcianie święte krowy zawzięcie żują foliowe siatki. Teraz przynajmniej wiadomo skąd się bierze paczkowane mleko. W Fatehpur Sikri oglądamy potężny fort zbudowany przez władcę Akbara w 1574 roku i porzucowny niecałe piętnaście lat później z braku wody.

Historia Gulabo Rani, którą potem w autobusie opowiada Ujjwal, ma w sobie dramatyzm Bollywoodu i grozę, jaką budzą opowieści osadzone w obcych, odmiennych kulturach. Indie nadal są krajem bardzo patriarchalnym i nadal narodziny chłopca w rodzinie to większy powód do szczęścia niż narodziny dziewczynki. Niecałe pięćdziesiąt lat temu w Rajastanie niechciane noworodki płci żeńskiej po prostu zabijano i produkowano kolejne, z nadzieją na chłopca. Jedna z dziewczynek chwilę po urodzeniu została zakopana żywcem przez rodziców, którzy jej nie chcieli. Pojawił się jednak bezdzietny, daleki wujek, który zdążył niemowle odkopać zanim się udusiło i wychować. Dziewczynka, kiedy urosła, nie chodziła do szkoły, bo szkoły były tylko dla chłopców. Uczyła się za to tańca. Dziś jest najsłynnijeszą na świecie tancerką z Rajastanu. Kultywuje tradycyjne tańce i walczy o prawa kobiet. Całe Indie są z niej niezwykle dumne, choć to kultura tego właśnie kraju o mały włos unicestwiłaby kolejne, nic nie znaczące, życie. Tu święte są krowy, szczury i bazylia, bogowie przybierają postacie małp i słoni, dokarmia się papugi, chipmunki i małpy, a człowiek zdaje się nie mieć żadnego znaczenia. To może wlaśnie jest równowaga dla zamerykanizowanych społeczeńst gdzie liczy się tylko człowiek i nic poza nim.

Czerwony Fort w Agrze położony nad Yamuną w cieple zachodzącego słońca nabiera odcienia ciepłego, pastelowego różu, a biały marmur łagodnieje i zdaje się nawet przytulny. W oddali widać piękną, osławioną kopułę Taj Mahal. To nasz kierunek na jutrzejszy poranek. Kolejny z Siedmiu Cudów Świata przed nami!

 

 

Indie 8 listopada: Jaipur

Słoni jest sto. Pracują codziennie od ósmej do jedenastej przed południem. Każda słonica, bo tylko samice pracują tu w turystyce, zabiera po dwie osoby i zaturbanionego poganiacza. Wymalowane w kolorowe kwiaty, mniej agresywne niż osobniki męskie, kołysząc się z boku na bok, posłusznie stąpają pod górę, gdzie położony jest Fort Amber. Zanim jednak taką słonicę się dosiądzie trzeba odstać swoje w turystycznej kolejce. Tu jednak nawet stanie w kolejce jest niezwykle zajmujące. Szybko okazuje się na przykład, że komary nie są wcale najbardziej natrętnymi istotami żyjącymi na Ziemi. Handel, czy też jego próby, kwitnie. Kapelusze, koszulki, wszelkiego rodzaju pamiątki od turbanów przez książki, biżuterię, drewnianie figuki kurzołapki, aż po... łyżki do butów w kształcie pawi. Usłyszeć wypływające z ust hinduskiego sprzedawcy bezbłędne „łyżka do butów” to niecodziennie zjawisko. I to jest właśnie ta druga strona medalu – bo z jednej strony ta nachalność i próba wyłudzenia jak najwyższej ceny, a z drugiej jakby nie było spory wysiłek włożony w naukę kilkuset słów w kilkunastu językach. Nachalność czy determinacja, trudno powiedzieć – wielu z tych sprzedawców zapewne tylko w ten sposób może zarobić na utrzymanie całej rodziny. Ich cierpliwość i spostrzegawczość jest niespotykana – zdjęcia, które robią setkom turystów podróżujących na słoniach do Fortu Amber każdego dnia, wywołują błyskawicznie, czekają przy wyjściu z Fortu i potrafią bezbłędnie wyłapać w tłumie z morza głów te uwiecznione na fotorgafii. Potem, jak spod ziemi, pojawiają się przy Pałacu Maharadży w Jaipur i dalej próbują przehandlować wszystkie zdjęcia. Każdy ma jakiś biznes, każdy próbuje zarobić na czymkolwiek. Dziewczynki plotą kiczowate bransoletki i malują dłonie henną, chłopcy pokazują magiczne sztuczki (niektóre naprawdę świetne), dorośli handlują wszelkiej maści pamiątkami. Biznes można zrobić nawet posiadając tylko kuchenkę polową i stary, aluminiowy imbryk – przyrządzając na ulicy kawę i herbatę. Najlepszy zarobek jest jednak z napiwków. Wystarczy fajnie się przebrać i pozować do zdjęć. A jak z biznesem i napiwkami nie wypali to jeszcze zostaje żebranie, które przecież niczym od pracy się nie różni, skoro przynosi dochód.

Zgiełk każdego dnia jest taki sam. Nie sposób do niego przywyknąć. Nie sposób zamknąć oczu i nie patrzeć – tu wszystko jest tak inne i niepojęte. Nawet Fort Amber – potężny, piękny, z Pałacem Maharadżów o tej samej nazwie, tysiącem zaułków, schodów, tajnych pasaży, korytarzy i przejść – miejsce magiczne, gdzie łatwo się zgubić i trudno odnaleźć - gdyby znalazł się na terenie jakiegokolwiek innego kraju wyglądałby zupełnie inaczej. Bo przecież szczerniałe mury można by odmalować, rezerwuary mające kumulować wodę na czas suszy wodą zalać, powiesić wspomnianie przez przewodnika kurtyny, draperie i zasłony... tyle, że wtedy nie byłby to już ten sam Fort i trudno przewidzieć czy na takiej przemianie więcej by zyskał czy stracił.

Jaipur z perspektywy obrotowej restauracji na wieży OM, gdzie wyjechaliśmy na lunch, wygląda jak zupełnie zwyczajne miasto. Dopiero zejście na ziemię ujawnia prawdę – to nie jest zupełnie zwyczajne miasto. To Incredible !ndia. Stare miasto faktycznie jest różowe. Żółte było zanim przyjechała tu z wizytą brytyjska królowa Victoria i na jej cześć Maharadża kazał przemalować miasto na kolor, który dla mnie nie istnieje. Jest trochę smutku i ogrom uroku w podniszczonym fasadach, odrapanej farbie, zrujnowanych wieżyczkach, gdzie masowo gnieżdżą się gołębie. Gdyby tak ten kraj posprzątać, odmalować, umyć, odczyścić i ogarnąć mogłoby się okazać, że magiczny świat hinduskich legend, maharadżów, magików i cudów istnieje naprawdę. Tymczasem współczesny Maharadża ma funkcję wyłącznie reprezentacyjną, 12 lat i mamę za doradcę. Mieszka w Pałacu Maharadży w sercu Różowego Miasta. Osobliwym miejscem okazał się Jantar Mantar – królewskie obserwatorium astronomiczne, pełne dziwacznych budowli mających określać czas, ruchy planet, a nawet horoskopy. Jak swkitował nasz Doktor – bez wódki nie razbjerjosz.

 

Indie 7 listopada: New Delhi - Jaipur

Kiedy o 9.30 wyruszyliśmy w drogę z Delhi do Jaipur wszyscy inni dawno już w drodze byli. Ludzie, psy, świnie, święte krowy, zaprzęgnięte do skleconych z byle czego wozów muły, osły i wielbłądy, wszelkiego rodzaju pojazdy kołowe – od rowerów pociągowych przez motocykle wiozące pięcioosobowe rodziny i pojazdy "made in garaż" po słynne hinduskie ciężarówki tata wymalowane w kolorowe symbole mające przynosić szczęście na drodze i napis na naczepie głoszący „blow horn”, co w wolnym tłumaczeniu brzmieć by mogło – wal po klaksonie. Dokąd zmierzali – nie wiem. Jadąc przez Indie ma się wrażenie, że wszytko i wszyscy są w nieustannym, zupełnie nieuzasadnionym ruchu. Wałęsanie się przydrożne jest chyba cechą wrodzoną tego narodu. Wiem na pewno, że te wszystkie magiczne symbole: pseudożydowskie gwiazdy z dwoma literami oznaczającymi matkę boginię, pomarańczowe trójkąty, bożki, figurki, święte znaki muszą mieć magiczną moc, bo w ponad sześciogodzinnego podóży nie widzieliśmy ani jednej kraksy, co przy hinduskim stylu jazdy wydaje się niemal cudem. Przydrożne życie tego kraju jest oszałamiające. Bieda i beznadzieja – okrutne. Odczłowieczenie – przytłaczające. Przydrożni mężczyźni nie patyczkują się ze swoją filozofią olewania wszystkiego – od brudu i smrodu po mury i pobocza. Półnagie, wyśluchtane, rozczochrane dzieci radośnie machają, kobiet nie widać prawie wcale – siedzą w domach albo w świątyniach. Za to wszyscy mężczyźni w mijanych autobusach gapią się z nieukrywanym zaciekawieniem na nasze dziwnie jasne oczy, włosy i twarze. Tak, nasza inność wciąż jest tu zagadkowa i niezmiernie intrygująca. Święte krowy też mają swoją smutną historię. Te bezdomne, niczyje, skubiące apatycznie sterty śmieci to stare egzemplarze wyrzucone na ulicę przez właścicieli. Nie dają już mleka, nie mogą urodzić więcej cieląt, a że są święte – nie można ich zabić i zjeść. Ot – inna definicja humanitaryzmu. Wśród 360 milionów Bogów najsilniejszy jest Shiwa, ale i tak ukochaną boginią większości Hindusów jest Lakszmi – bogini pieniędzy. Nie ma chyba na świecie kraju bradziej żebrzącego o kasę i napiwki. Ale Lakszmi czuwa, wszystko jest więc usprawiedliwione.

Wjeżdżając do Jaipur bocznymi uliczkami, co miało nas uchronić przed koszmarnym, popołudniowym korkiem, obserwując kolejne sceny z codziennego życia, nie mogąc nasycić oczu niezwykłymi kolorami sari tutejszych kobiet krzyknąć mi się chciało „ej strojnisie syfiary – miotła i do roboty”. Można patrzać na to samo i widzieć zupełnie coś innego, jak się okazuje. Do hotelu dotraliśmy późno przez korki w mieście i pozamykane drogi,wybraliśmy się jednak jeszcze do Chokhi Dhani – wioski kulturowej Rajastanu. Muzyka, tańce, zwyczaje i tradyje, popisy akrobatyczne, magiczne sztuczki, przejażdżki na wielbłądach i słoniach, przebieranki, malowanie dłoni henną lub też czytanie przyszłości z linii papilarnych, lokalne specjały, przyprawy i ozdoby, a potem kolacja oparta o przysmaki kuchni Rajastanu – pikantnie i smacznie. Nocą ulice Jaipur były dziwnie puste i ciche bez wściekłych klaksonów i gwałtownego hamowania w najmniej spodziewanych momentach. Jutro autobus zamieniamy na słonie i skoro świt zdobywamy Amber Fort.

 

Indie5 - 6 listopada: New Delhi

Wczoraj po podróży przez pół świata i różne porty lotniczne (od Amsterdamu przez Emiraty Arabskie po Bangkok) dotarliśmy chwilę po północy do hotelu Royal Plaza w New Delhi. Spać trzeba było szybko i treściwie – bo od rana zaplanowane było zwiedzanie miasta. Przewodnik o imieniu, którego nikt nie potrafił wypowiedzieć a tym bardziej zapamiętać, zapytał mnie wieczorem, kiedy kończyliśmy dzień przy Pałacu Prezydenckim: I co? Przyznasz, że przez dwa ostantie lata wiele się w Delhi zmieniło? Kurtuazyjnie przytaknęłam. Może i w międzyczasie zorganizowali tu Commonwealth Games, otworzyli nowy, nowoczesny i zaskakująco ładny terminal na lotnisku międzynarodowym i umyli księżyc, jednak Delhi nie staciło absolutnie nic ze swojego chaosu, hałasu, kłujących aż do bólu kontrastów, wszędobylskiej biedy i bajecznych kolorów. W Kraju nad Wisłą zasadą było – może być biednie, ale musi być czysto. Kilka narodów na planecie mogłoby się jej od nas nauczyć.

Zaczęliśmy od Starego Delhi, którego wąskie uliczki przebyliśmy w miarę sprawnie rikszami. Gdyby nie niedziela i relatywne pustki, kluczenie między kłębiącymi się tu zazwyczaj ludźmi zajęłoby nam pewnie pół dnia. W meczecie Jama Masjid, jak na prawdziwych katolików szanujących inne religie przystało, zdjęliśmy buty i boso, okutani w kolorowe szmaty okrywające nasze grzeszne ciała weszliśmy na plac świątyni. Po jednej stronie Jama Masjid jest część hiduska starego Delhi, po drugiej – muzułmańska. Różnią się głównie zaopatrzeniem ulicznych kramów – w hinduskiej, całkowicie wegańskiej części nie można kupić nawet jajek, w muzułmańskiej wiszą smętnie zaszlachtowane kury, sprzedaje się baraninę i ryby, a zaraz obok opony i wszelkiego rodzaju złom. Minęliśmy Raj Ghat i potężny, Czerwony Fort, którego mury mają długość 2,5 km, dłuższą chwilę spędziliśmy przy India Gate już w Nowym Delhi i w Ghandi Smriti – miejscu gdzie w 1948 zamordowano Mahatmę Ghandiego, a gdzie dziś zwiedzać można multimedialne, interaktywne muzeum poświęcone życiu, pracy i filozofii prostoty, która towarzyszyła temu małemu-wielkiemu człowiekowi podczas jego nieustannej walki o dobro najbiedniejszych Hindusów z najniższych kast.

Podczas lunchu mieliśmy okazję przyjrzeć się prawdziwie bollywoodzkim obchodom... urodzin. Park archeologiczny, gdzie zabrał nas po południu przewodnik o enigmatycznym imieniu okazał się miejscem gdzie wciąż dociera bardzo niewielu turystów. Przez lata zapomniany i zaniedbywany przez władze miasta zarósł dziko i zielono i niedawno dopiero zaczęto inwestować pieniądze w renowację tego terenu, na którym rozsiane są budowle (częściowo w pięknej, tajemniczej ruinie) stylem zakorzenione w kolejnych epokach od XII wieku począwszy. Zamiast klaksonów skrzek papug, zamiast przedzierania się przez zgiełk spokój i względna pustka. Quitab Minar – prawie 73 metrowa Wieża Zwycięstwa, która malowniczo komponuje się ze startującymi z pobliskiego lotniska samolotami, w cieple zachodzącego słońca dnia pierwszego to dopiero przedsmak precyzji i misterności ornamentów architektury Mogulskiej. Nad Pałacem Prezydenckim wisiał już mrok i słynna delijska, zimowa mgła. Ostatni dystans do pokonania – z windy do łóżka ze stopover pod prysznicem. Jutro jedziemy do Różowego Miasta Jaipur.

 

Indie4 listopada: Toronto - New Delhi

Wszystko spakowane. Jak zawsze - chwilę przed wyjazdem na lotnisko. Nasza szesnastoosobowa ekipa spotka się w komplecie na lotnisku w Delhi, bo kilka osób dolatuje po swojemu. Niech więc 360 milionów hinduskich bogów i Shiwa, który jest silny, mają nas w opiece. Expect Unexpected - tak brzmiało moje ulubiona zdanie z jednego z przewodników. W Indiach możliwe jest wszystko, a jakiejkolwiek logiki (w znaczeniu europejskim) ze świecą by szukać. Immodium mam, latarkę mam, paszport i visa są. Karta pamięci w Nikonie sformatowana. No to, komu w drogę... A hoj przygodo!