21 - 24 maja 2011 - Semuc Champey - Coban - Antigua
Semuc Champey to utworzony przez naturę, wapienny, 300 metrowy most, pod którym przepływa rwąca rzeka Cahabon, natomiast górę tego zadziwiającego cudu natury tworzą kaskady i turkusowe baseny, kuszące orzeźwiającą kąpielą, otoczone bujnym, niezykle różnorodnym gatunkowo, tropikalnym lasem. Niedaleko znajduje się też jedenastokilometrowa jaskinia, z której pierwszy kilometr udostępniono poszukiwaczom mocnych wrażeń. Poziom adrenaliny rośnie tu z każdym krokiem – jaskinia wypełniona jest wodą i wrzaskiem nietoperzy, niektóre miejsca są tak głębokie, że trzeba je przepłynąć trzymając w zębach świeczkę. Na wodospad wspiąć się trzeba po linie, by na końcu trasy wykonać skok ze skał do wody w dantejskich ciemnościach, rozświetlanych tylko czołówką przewodnika. Nie jest to na pewno rozrywka dla cierpiących na klaustrofobię i lęk przed ciemnością. Zresztą sama droga z Rio Dulce do Semuc Champey jest już nie lada wyzwaniem – 6 godzin off-roadu po krętej, wyboistej, górskiej drodze w tumanach kurzu wymaga już nawet nie wytrzymałości – to po prostu trzeba lubić. Z Semuc Champey przez Coban, gdzie napotkaliśmy pierwsze oznaki cywilizacji pod postacią dziewczyn w dżinsach i złotych łuków McDonalds’a (w górach kobiety ubierają się wciąż tradycyjnie, w obszerne, marszczone spódnice i przewiewne, ażurowe, przypominające firankę, bluzki) i zgiełk stolicy (Gwatemala City) dotarliśmy do najpiękniejszego, kolonialnego miasteczka Gwatemali – Antiguy. Atmosferą trochę przypominająca peruwiańskie Cuzco Antigua popularność zyskała dzięki bogatej ofercie szkół hiszpańskiego, swoje musiała zrobić też niezwykła atmosfera tego miejsca. Brukowane uliczki, kolorowa, niska zabudowa, zrujnowane katedry, mnóstwo pięknego, regionalnego rękodzieła – wszystko u stóp trzech potężnych wulkanów: Agua, Acatenango i Fuego. Najbardziej dotkliwy jest jednak spadek temperatury – z upalnych tropikalnych nocy wpadliśmy w chłód wyżyn – z 40C do 15C – robi sporą różnicę. Jutro ostatni dzień przed powrotem do Toronto, który, obiecujemy, zaowocuje nową galerią zdjęć!
18 - 21 maja 2011 - Tela - Roatan - Utila - Tom Owen's - Livingstone - Rio Dulce
Z Teli do La Ceiby dojechaliśmy lokalnym autobusem, który stawał na każde machnięcie spracowanej dłoni rolnika, handlarzy wodą, ciastkami i przepisami na zdrowotne soki, matek z dziećmi i wystrojonych panienek jadących na kolejną imprezę trwajacego cały tydzień karnawału. Prom na Roatan odpłynął punktualnie i po półtorej godziny znaleźliśmy się w miejscu zupełnie innym, choć wiąż podobno honduraskim. Wyspa, największa i najdroższa aktrakcja Hondurasu, przyciągająca rokrocznie rzesze turystów, nurków i miłośników wczasów all-inclusive okazała się miejscem jak najbardziej anglojęzycznym. Tu, w umówionym miejscu przy kei z zawieszonym rekinem, spotkaliśmy się z Rafałem, kapitanem katamaranu Quo Vadis i Anią, pasjonatką nurkowania i przygód. Pierwsza noc na łodzi stojącej na bojce, pierwsze opowieści, pierwsze sny na morzu – rano wypłynęliśmy w stronę Utili. Ta, dużo mniejsza, mniej popularna, tańsza i bardziej klimatyczna wyspa, gdzie można zrobić najtańsze kursy nurkowania (OWD – Open Water Diver, Advanced i Master Diver) na świecie, a co za tym idzie - zobaczyć jedne z najpiękniejszych raf koralowych, jest ulubionym miejscem fascynatów podwodnego świata. Daliśmy więc nura w błękitne odmęty Morza Karaibskiego, w ciszę, w magię, w piękno, którego nie można znaleźć nigdzie na powierzchni. Po krótkim postoju na wyspie i uzupełnieniu zapasów oraz wszelkich potrzeb internetowo – pocztowych, pożeglowaliśmy dalej, przez noc podzieloną na wachty, aż do belizyjskich wysp – Cayos Zapotillos. Takie miejsca, gdzie dotrzeć można tylko wodą, maleńkie, zapomniane, rozrzucone wśród raf i turkusu, znane tylko nielicznym jak na przykład Tom Owen’s Cay czy Seals Island wprawiają kolejnego „zdobywcę” w osobliwą ekstazę, choć przejście ich wzdłuż i wszerz nie zajmuje więcej niż pięciu minut. Na Tom Owen’s znajduje się baza nurkowa – kilka uroczych kamiennych domków dla gości, magazyn ze sprzętem, palmy, hamaki, kuchnia, trzy łazienki i bezkres wody dookoła. Z Belize popłynęliśmy w stronę Gwatemali. W Livingstone, według starych, brytyjskich zwyczajów rzuciliśmy kotwicę i wciągnęliśmy na maszt żółtą flagę oznaczającą kwarantannę. Po niecałym kwadransie motorówka przywiozła z brzegu oficjalną, rządową delegację – strażników granicznych, doktora, doktorową i dwóch innych oficjeli, którzy rozsiedli się w mesie i zaczęli sprawdzać wszystkie papiery. Chwilę później na maszcie zawisła flaga Gwatemali, w paszportach pojawiły się nowe pieczątki i w ten to sposób po raz pierwszy w życiu przekroczyliśmy granicę jakiegoś kraju wodą. Krótki postój w Livingstone, kolejna sopa de mariscos i czas nam było w dalszą drogę. Do mariny w Texaco Bay na Rio Dulce dopłynęliśmy już po zmroku, przez krajobrazy żywcem wyjęte z ”Jądra ciemności”. Ostatnia noc na Quo Vadis miała w sobie spokój mazurskich jezior, pomimo grzmotów i błyskawic rozdzierających niebo gdzieś daleko, nad górami. W sobotnie popołudnie pożegnaliśmy się z Rafałem i Anią w Rio Dulce i ruszyliśmy w stronę Semuc Champey.
16 - 17 maja 2011 - Tela
W poniedziałek uciekliśmy od zgiełku i chaosu miasta w zieloność Ogrodu Botanicznego Lancetilla, który, jak większość turystycznych miejsc o tej porze roku, okazał się pusty i spokojny. Po południu odtańczyliśmy ostatnią lekcję salsy, a nazajutrz - ostatniego dnia pobytu w Teli - wybraliśmy się na Lagunę Los Micos. Piątej rano często nie ma na naszych zegarkach, tym razem jednak musiała się pojawić – by zobaczyć całą chmarę wodnego ptactwa trzeba być na jeziorze odpowiednio wcześnie (wczesna pora niestety nie gwarantuje orzeźwiającego chłodu, charakterystycznego dla zwykłych poranków). Z parą nowojorskich Japończyków i dwójką maluchów, które spokojnie nazwać by było mianem kawaii (jap. cute) i naszym lokalnym przewodnikiem Fernando wybraliśmy się przez mangrowia na poranny spektakl brązowych pelikanów, fregat i bobo. Upał gęstniał, wiatr zupełnie ustał, świat zaczął spowalniać i zastygać. Wróciliśmy do Miami – ostatniej na lagunie wioski Garifuna – jedynej naprawdę autentycznej, nie skażonej coca-pepsi-colą, złożonej z kilku jakby pośpiesznie skleconych chatek, garstki leniwych, rozlanych w fali upałów tubylców, palm kokosowych i kolorowych hamaków. Życie w Miami, oparte na porannych połowach ryb, handlu paliwem z kolumbijskimi przemytnikami narkotyków oraz leżeniu w hamaku, paleniu jointów i bezmyśnym patrzeniu na morze, jest w tej temperaturze w jakiś sposób uzasadnione. Nie tylko nieróbstwo i brak ruchu powoduje u ludu Garifuna nadmiar kilogramów – ich dieta jest bardzo monotonna i zadziwiająco niezdrowa, jak na rejon świata obfitujący w owoce i warzywa. Codzienny posiłek składa się ze smażonej na głębokim tłuszczu ryby, w ten sam sposób przygotowanych bananów i ryżu z czerwoną fasolą z olejem kokosowym. W budce pełniącej rolę jedynego w Miami sklepu widzieliśmy colę, chipsy, piwo i kostkę rosołową. Patrząc na tempo życia i zmian – i w tej kwestii długo jeszcze nic się tu nie wydarzy.
15 maja 2011 - Tela
Nasz pobyt w Hondurasie nie mógłby się skończyć bezproduktywnie - Pablo już planuje trasę po Ameryce Centralnej. Po wczorajszej wycieczce na Punta del Sal i magii karaibskich plaż dziś wybraliśmy się w drugą stronę, w kierunku La Ceiby do Punta Izopo i dalej kajakami w tajemnicze mangrowia. Drzewa mangrowe (z geografii zapamiętane jako namorzyny) rosną bardzo dziwnie, na terenach, gdzie sięgają morskie pływy. W zależności od poziomu wody widać albo tylko ich korony, albo niewykłą plątaninę poskręcanych korzeni. Spokój zarośli, dzika zieloność, powykręcane korzenie czarnych mangrowców (poziom wody o tej porze roku jest zdecydowanie niższy niż zimą, po ulewnych deszczach) i dosyć specyficzny zapach, jaki wydzielają, tworzą ekscytujący klimat przygód Indiana Jones. Ma się wrażenie, że za kolejnym zakolem, kolejną plątaniną korzeni i gałęzi wyłonią się zapomniane ruiny, pełnę kłębiących się węży i ukrytych skarbów. Tymczasem wyłaniają się... wędkarze i ich głupawo dzwoniące telefony komórkowe. Nie udało nam się wprawdzie zobaczyć krokodyli, które najbardziej aktywne są nocą (cóż, wiosłowanie nocą, w kompletnych ciemnościach po mętnych wodach mangrowii postanowiliśmy pozostawić bohaterom jakiegoś reality show o przetrwaniu w tropikalnej głuszy), jednak późniejsza kąpiel w niezwykle dziś przejrzystej i ciepłej, karaibskiej wodzie zrekompensowała nam wszelkie trudy wiosłowania w ponad trzydziestostopniowym upale.
Na wybrzeżu w okolicach Teli znajduje się pięć wiosek ludu Garifuna - plemion nazywanych Czarnymi Karaibami, potomków Karibów, Arawaków i afrykańskich niewolników sprowadzanych do pracy na plantacjach, których do Hondurasu przesiedlono z wyspy St.Vicent pod koniec XVIII wieku. W Hondurasie żyją też inne ludy plemienne - m.in. Lencas, Pech, Miskito - o nich jednak rząd tego państwa dawno temu zapomniał lub pamiętać nie chce. Każdy natomiast, kto odwiedzi wybrzeże Hondurasu czy Belize na pewno usłyszy o Garifuna. Okolicze wioski - Miami, Tornabe, San Juan, Triunfo de la Cruz i La Ensenada to niewielkie społeczności, którym udało się zachować resztki dawnej kultury i korzeni, głównie odzywających się w muzyce, tańcach i sztuce. Garifuna żyją głównie z turystów i dotacji, które przysyła im chociażby dzielna Unia Europejska troszcząca się o autentyzm i kulturę plemion, które równie dzielnie przez lata podbijała i sprowadzała na właściwą drogę. La Ensenada, wioska, do której zawitaliśmy na pieczoną rybę,to społeczność 286 osób, które w weekendy obsługują ruch turystyczny gotując na polowych kuchniach opalanych drewnem, a w tygodniu pracują tudzież udają, że pracują. Plaże w okolicach wiosek Garifuna są piękne, piaszczyste i kuszące, po zmierzchu jednak lepiej się tu nie włóczyć. Tak przynajmniej twierdzi nasz przewodnik Moon'a, a że kiedyś w kwestii brazylijskiej Copacabany się nie mylił - wierzymy mu na słowo. Co ciekawe La Ensenada wygląda jak wioska coca-coli - niemal każdy dom, zagroda, murek czy publiczna toaleta dumnie noszą symbol jednego z największych światowych koncernów. To oczywiście zasługa Amerykanów, którzy przybyli pewnego dnia do wioski Garifuna i zaproponowali, że ozdobią wszystkie budynki swoją coca-colową sztuką. Za darmo oczywiście. Za darmo pomalują więc oczywiście nie zapłacą ani pół lempiry (waluta Hondurasu) za tę, tak natarczywą i oczywistą reklamę. Tu, w Hondurasie wciąż wszystko, co amerykańskie jest z założenia najlepsze. Podobnie więc rzecz ma się z tablicami oznaczającymi wjazd do każdego kolejnego miasta i miasteczka - wszystkie mają reklamę coca-coli lub... konkurencyjnej Pepsi. Zainstalowano je za darmo, rząd więc miał jeden problem z głowy mniej. Kiedy lokalni przewodnicy, pracujący w turystyce od lat, zwrócili uwagę ludziom Garifuna, że ta wszędobylska coca-pepsi-cola niewiele ma wspólnego z autentyzmem ich kultury, usłyszeli - nie mamy pieniędzy, żeby przemalować. I temat umarł śmiercią naturalną. Smutne ale prawdziwe. Nie zmienia to jednak faktu, że kobiety Garifuna pieką najlepszy chleb kokosowy na wybrzeżu, a tutejszy folklor ma w sobie afrykańską dzikość ich przodków.
12 - 14 maja 2011 - Tela
W piątek skończyliśmy lekcje. Cztery godziny dziennie przez pięć dni z rzędu to dosyć mocna dawka, mamy jednak spory niedosyt i planujemy w miarę wolnego czasu wrócić w te strony po kolejną porcję. Nie pamiętam kto mi mówił, że hiszpański to bardzo prosty do opanowania język, ale albo był lingwistycznym geniuszem albo nie za bardzo wiedział o czym mówi. Ok, na pewno jest prostszy od japońskiego czy tajskiego, na pewno też łatwiej go przyswoić Polakom niż Amerykanom (choćby ze względu na wymowę), ale to nie zmienia faktu, że gramatyka jest dosyć skomplikowana i wymaga ostrego wkuwania. Więcej rozumiemy - to na pewno, do płynnego komunikowania się jednak potrzebne by nam były jeszcze... ze dwa miesiące:-).
Kończąc naukę zaczęliśmy zwiedzać okolicę. I tak wczoraj, świętując przy okazji Pawłowe urodziny, wybraliśmy się na wycieczkę do Punta del Sal. Teraz wiemy jak wygladają domki krabów, z których robi się zupę - lokalny specjał - i wiemy też, żeby taką zupę zjeść i nie dostać rozstrojenia żołądka trzeba mieć pewność, że błękitne kraby przeszły wcześniej dwunastogodzinną kurację oczyszczającą ziarnami gotowanej kukurydzy. Wiemy, że blood tree, kiedy się je natnie barwi na czerwono, a kolce viscosii dają substancję, którą lokalne plemiona Garifuna stosują w profilaktyce żółtaczki pokarmowej typu A. I że władze Parku Narodowego zmagają się z tymi,którzy nielegalnie karczują lasy tropikalne pod plantację african palms, z których wytwarza się olej palmowy - największe, po bananach, źródło dochodu tej części świata. Ach, i jeszcze to, że nikt za bardzo nie może tu nic zrobić z czymkolwiek nielegalnym, bo największą chorobą Hondurasu jest wszędobylska korupcja. Punta del Sal to nie tylko las pełen dziwów, ale przede wszystkim rozległe, piękne plaże, szmaragdowe morze i rafa koralowa, którą podziwialiśmy uprawiając tzw snorkeling. Grillowana ryba z ryżem, fasolą i pieczonymi bananami, którą dostaliśmy na lunch w jedynej przybrzeżej restauracji prowadzonej przez jedyną mieszkającą na terenie parku rodzinę (w parku mieszka jeszcze pustelnik amerykańskiego pochodzenia), podana pod strzechą z palmowych liści i kokosowym orzechem (do popicia) smakowała wyśmienicie. Tak jak może smakować ryba prosto z Morza Karaibskiego podana w scenerii Piratów z Karaibów i The Beach. Wieczorem kontynuowaliśmy świętowanie osiemnastki Pablo. Cumpleaños Feliz!
9 - 11 maja 2011 - Tela
Tela. Hotel Maya Vista. Ciepły, karaibski wieczór. Norah Jones i relaks po całym dniu... relaksu. Gdzieś niedaleko jest Morze, piraci z Karaibów, tajemnicze wyspy i ukryte skarby. Drzewa owinięte bożonarodzeniowymi światełkami, hamaki gdzie będziemy zakuwać od jutra słówka i odmiany czasowników nieregularnych, ogromne patio na dachu. W takich okolicznościach przyrody nauka języka musi być czystą przyjemnością.
***
Jesteśmy po trzech dniach indywidualnych lekcji (one-to-one, cztery godziny dziennie) i generalnie jesteśmy w stanie już COŚ powiedzieć. Coś więcej niż dos cervezas por favor! :-). Uczą nas dwie kobitki - Weronika i Lesbia - ta pierwsza jest z wykształcenia nauczycielką, ta druga - dziennikarką prowadzącą poranne wiadomości. Z Teli. Fajnie - mają studio telewizyjne, ale nie mają kina:). Sama Tela jest większa niż wynikało z mapy w przewodniku Moon'a "na której" wjeżdżaliśmy już po zmierzchu do miasta. Oznaczenie ulic nic nie dało - istnieje na papierze, ale w rzeczywistości... do dziś nie udało mi się wypatrzeć żadnej nazwy czy numeru budynku;-). Miasto, przynajmniej według wyobraźni ministrów od turystyki ma status Cancun Hondurasu. Na szczęście jednak nie ma tu snobistycznych resortów, przeszklonych tarasów i niezliczonej ilości basenów. Plaża jest czysta, a przynajmniej regularnie sprzątana, kilka restauracji serwuje świetnie owoce morza, turystów nie ma prawie wcale, bo jest już po sezonie, a lokalesi są sympatyczni i jeszcze nieokaleczeni wpływami Ameryki Północnej.
Ale do nauki wracając - oprócz czterech godzin hiszpańskiego dziennie (i dwóch dodatkowych, które schodzą nam na powtórki i robienie ćwiczeń) uczymy się też zawzięcie salsy - codziennie po godzinie z prywatnym nauczycielem. Salsa tańczona w temperaturze 35 stopni jest naprawdę wymagająca :-). Nie tylko poczucia rytmu. Wieczorami pracujemy na otwartym patio. Żyć nie umierać. Esta vida loca amigos!
6 - 8 maja 2011 - Toronto - Niagara - Fort Lauderdale - San Pedro Sula - Copan
Tym razem udało nam się wyrwać z Toronto zupełnie prywatnie. Nie, nie leżymy plackiem na kubańskiej plaży w kurorcie all-inclusive-nie-pamiętam-co-było-na-wakacjach;-). Postanowiliśmy w końcu nauczyć się hiszpańskiego. Tudzież - podjąć takową próbę, bo jak się okazuje język Marqueza i Llosy łatwy jest w piosenkach Shakiry ale niekoniecznie w mowie potocznej. Początkowo miała być Gwatemala - padło na Honduras, a to dlatego, że w ostatniej chwili (jak to my) zdecydowaliśmy się także popływać trochę katamaranem po Morzu Karaibskim. Z Toronto podjechaliśmy na lotnisko w Niagarze i liniami Spirit Air dolecieliśmy do San Pedro Sula z krótkim postojem na Florydzie (oferują doskonałe połączenia z Ameryką Centralną). San Pedro (Honduranie czy też może łatwiej - mieszkańcy Hondurasu - zazwyczaj pomijają "Sula") jest jak nabardziej latynoskim, chaotycznym, głośnym miastem, gdzie z każdego możliwego głośnika muzyka wydostaje się siłą wszystkich możliwych decybeli, a kierowcy stosują zasadę - kto pierwszy ten przetrwa. Uciekliśmy więc szybko wynajętym samochodem na zachód do ruin Copan i miasteczka o tej samej nazwie. Szybko okazało się, że poza San Pedro życie w Hondurasie toczy się leniwym, karaibskim, niezwykle barwnym choć biednym rytmem. Dzieciaki zamiast grać w gry video jeżdżą na niewielkich koniach, sprzedają hot-dogi, grillowaną kukurydzę, mango i arbuzy (bardzo dumne z powierzonego zajęcia), strzelają z procy do jaszczurek i są przy okazji zupełnie szczęśliwe. Na skwerkach, w cieniu wściekle czerwono kwitnących drzew flamboyant, miejscowi mężczyźni grają w karty i palą papierosy, kobiety plotkują na rogatkach ulic - nikt nigdzie się nie spieszy i nikt nikogo nie pogania. Tu wpada się w zieloność sielską i upalną, beztroskę i spokój - mieszkańcy żyją według słońca - wstają z kurami i wraz z nimi się kładą. Dróg jest niewiele, ale w dobrym stanie, większość samochodów to pickupy, co rozwiązuje jakiekolwiek problemy komunikacyjne, bo wszyscy nawzajem się podwożą.
W przydrożnym barze za grosze dostać można śniadanie w postaci jajek od kury, która, w przeciwieństwie do amerykańskich, lata szcześliwie po podwórku, frijoles (pasta z czarnej fasoli), tortillas, pieczonych bananów i prawdziwej śmietany. Prawdziwej. Takiej, co to jeszcze pachnie trawą, oborą i krową. Taką jak kiedyś, w czasach, kiedy jeszcze nikt nie myślał o pasteryzowaniu mleka.
Miasteczko Copan położone w pobliżu ruin uważanych za największy skarb Hondurasu, przejść można wzdłuż i wszerz w przeciągu godziny, uroczymi uliczkami z kocich łbów. Jest kilka restauracji i hoteli, dzieciaki sprzedają własnoręcznie robione naszyjniki, wałęsają się potwornie wychudzone psy i kilku turystów. Musi być poza sezonem, bo na ruinach nie spotkaliśmy właściwie nikogo. Miasto Majów, nazywane Akropolem Nowego Świata, jest wprawdzie dosyć mocno zrujnowane, ale wciąż czuje się tu potęgę i mistykę tej odległej kultury. Koloru dodają ogromne, rozwrzeszczane ary. W Copan niewątpliwą atrakcją jest także canopy tour czyli czterokilometrowa jazdna na linach między drzewami - bezpieczna i na tyle łatwa, że nawet nie lubiący ryzyka i adrenaliny Paweł się zdecydował - jak sam powiedział - pojechałby jeszcze raz - szybciej! ;-). dotarliśmy także do Aguas Calientes - położonych w górach gorących, mineralnych źródeł, gdzie w tropikalnej zieloności zażywaliśmy błotnych i termalnych kąpieli. I tak czas relaksu dobiegł końca - trzeba brać się do roboty - kierunek - nadmorska Tela!
English version







