24 - 27 listopada 2010 - Sajgon - Haipong - Hanoi - Bangkok - Toronto
2,5 h trwał lot z Sajgonu do Haiphong. Z południowego Wietnamu, przenieśliśmy się na samą północ tego kraju, tuż przy granicy z Chinami. Zmiana położenia znalazła odzwierciedlenie w pogodzie, zamiast 30 stopni C i błękitnego nieba, do którego przywykliśmy podczas pobytu w Tajlandii, Kambodży i południowym Wietnamie, Haiphong przywitał nas znacznie niższą temperaturą i zamglonym niebem. Po części z racji mgły, ale też z racji dużego zagęszczenia w tym regionie zakładów przemysłu ciężkiego, w tym cementowni, skutecznie ograniczających pole widzenia. Haiphong nie sprawia wrażenia modnego kurortu turystycznego - chaotyczna zabudowa, duża industralizacja, wąskie, nierówne drogi, pełno kurzu... My nie po to jednak przelecieliśmy z Sajgonu 1700 km, by podziwiać to miasto, a raczej kilkanaście z kilkuset wapiennych wysp położonych na zatoce Halong. Pełna eksploracja tego niezwykle zróżnicowanego terenu przekroczyłaby znacznie ramy programu naszej wycieczki, skorzystaliśmy zatem z jednodniowego rejsu łódką typu "dżonka". Zagęszczenie tego typu łódek w porcie jest ogromne, a każda niemal łódka wykonana jest według innego projektu. Oferowane są różnego rodzaju rejsy, nasz połączony z pysznym obiadem z owoców morza, pozwolił nam nie tylko rozkoszować się widokiem wapiennych wysp i wysepek, ale także zwiedzić jedną z wielu w tym terenie jaskiń. Co ciekawe językiem dominiującym w jaskinii był... polski, gdyż spotkaliśmy dwie duże grupy rodaków.
160 km dzieli Halong ze stolicą kraju Hanoi. Podróż zabrała nam jednak prawie 5 godzin i zrozumieliśmy dokładnie o czym mówił nam jeden z wietnamskich przewodników, że przy jeździe po Wietnamie masaż jest bezpłatny. Faktycznie czuliśmy wszystkie mięśnie po tej podróży, a niektórzy nawet, by nie wypaść z siedzeń preferowali raczej lotniczą komendę: fasten seat belts.
Hanoi - drugie co do wielkości miasto Wietnamu - nie wywarło na nas tak pozytywnego wrażenia jak Sajgon. Podobnie jak Haiphong cechuje się dużym chaosem architektonicznym i komunikacyjnym. Przemiany gospodarcze ostatnich lat sprawiły, że stolica wygląda podobnie jak polskie miasta początku lat 90. - wciąż dużo bylejakości, a w obraz miejskiej szarzyzny jak izolowane wyspy wkomponywują się nowoczesne centra handlowe. Turystyczą część Hanoi - Old Quater i French Quater najlepiej zwiedzać rowerem, bądź rowerową rikszą. My skorzystaliśmy z tej drugiej opcji i trzeba przyznać - była to miła forma relaksu. Wieczorny relaks zapewniła wizyta w specyficznym teatrze - wodnych kukiełek. To bardzo znane i popularne przedstawienie na północy Wietnamu. Szukając dalej odpoczynku od wielkomiejskiego gwaru udaliśmy się na nocleg do pięknie położonego nad jeziorem West hotelu. Jezior z resztą w stolicy jest znacznie więcej, co daje również i mieszkańcom możliwość wypoczynku.
Poranek następnego dnia to oddanie hołdu przywódcy wietnamskich komunistów - Ho Chi Minh'owi pod jego mauzoleum, którego rozmiarów by się nawet sam Lenin nie powstydził. Z mieszanymi uczuciami niektórzy przyjęli fakt, że polska ambasada znajduje się w najbardziej prestiżowym miejscu Hanoi, tuż obok wspomnianego mauzoleum... Pozostałą część dnia spędziliśmy 100 km na południe od Hanoi pływając łódkami po rzece w rejonie Tam Coc, która przypomina słynne wapienne przełomy chińskiego Guilin. Na zakończenie tej wycieczki dotarliśmy do Ninh Binh, byłej stolicy Wietnamu, zanim w XI wieku przewodnią rolę w kraju przejęło Hanoi. W Ninh Binh zwiedzaliśmy min. Pałac Króla i... pojeździliśmy na wołach. Wieczornym lotem egzotycznych linii Qatar dotarliśmy z Hanoi do "punktu wyjścia" czyli Bangkoku. Ostatni dzień w Tajlandii część grupy spędziła na odpoczynku lub zakupach, a pozostali udali się do położonej o 2,5 h drogi od Bangkoku hedonistycznej Pattai, kuszącej nie tylko swoimi pięknymi plażami, ale wszelakimi formami rozrywki.
23 listopada 2010 - Sajgon- Wietnam
Pierwszy dzień pobytu w Wietnamie upłynął nam nie na rozważaniach o tej socjalistycznej republice, ponieważ myślami wciąż byliśmy w Kambodży. W stolicy tego kraju Phnom Penh spędziliśmy pierwsze dwa dni Water Festival czyli dorocznego święta wody. Gdy przeciskaliśmy się godzinami przez ogromny tłum mieliśmy świadomość, że wystarczy bardzo niewiele, by mało liczne zastępy policjantów straciły kontrolę nad tą masą ludzi. Niestety nie myliliśmy się. Trzeciego dnia festiwalu, kiedy odlecieliśmy już do Wietnamu, prawdopodobnie zwarcie elektryczne, które poraziło kilkanaście osób, było przyczyną wybuchu paniki. Na terenie szpitala, gdzie część z nas dzień wcześniej odpoczywała korzystając z klimatyzowanych pomieszczeń, leżały dziesiątki ciał osób stratowanych na śmierć. Tragiczny bilans: prawie 400 osób nie żyje, drugie tyle zostało rannych!!! Jest to najbardziej tragicznie wydarzenie w historii Kambodży od czasu obalenia reżimu Pol Pota w 1979 roku!
Sajgon - największe miasto Wietnamu, ma nawet w młodzieżowym slangu negatywne konotacje. I faktycznie największe turystyczne atrakcje Sajgonu, zwanego również wymiennie Ho Chi Minh City, to relikty tragicznej wojny z Amerykanami. Obowiązkowym punktem programu są tunele Cu Chi budowane przez wojska komunistycznego Wietkongu do partyzanckiej walki z Amerykanami. Paradoks polegał na tym, że zarówno wojska Wietkongu jak i USA często stacjonowały w tych samych miejscach, tyle, że Amerykanie na górze, a Wietnamczyczy w tunelach budowanych nawet do 8 metrów pod ziemią i prowadzilili swoją partyzantkę głównie nocą.
Dla turystów otwarty jest fragment tunelu, który mimo, że został poszerzony przeznaczony jest tylko dla osób bez klaustrofobii. Kilka osób nie lubiących braku przestrzeni w naszej grupie było i w zamian postrzelali sobie z karabinu AK – 47 - bardziej znanym pod nazwą kałasznikow - prawdziwymi nabojami. Za naboje należało zapłacić, użycie karabinów - bezpłatne. Jak twierdził nasz przewodnik bezpłatnie strzelanie w Wietnamie skończyło się 30 lat temu, teraz taka atrakcja oferowana jest bezpłatnie w Afganistanie.
Gęsta sieć tuneli o układzie labiryntu oraz niezwykle wąskie przejścia stanowiły w okresie wojny ogromny problem dla Amerykanów, stąd też do walki wpuszczano sojuszniczych i filigranowych Filipińczyków. Ginęli jednak masowo z rąk obeznanych w tunelach Wietnamczyków, bądź w wyniku zabłądzenia lub od ukąszeń owadów i węży. Nie udało się zwalczyć partyzantów też przy pomocy wpuszczanej wody (tunele miały połączenia z rzekami) ani wpuszczanie gazu (tunele miały szczelne zamykane komory). Wszystkie pozostałe sposoby zbrodniczej działalności Amerykanów w Wietnamie są przedstawione na zdjęciach i w opisach w Muzem Wojny w Sajgonie – drugiej atrakcji turystycznej miasta. Niezwykle wstrząsające są zwłaszcza zdjęcia przedstawiające ataki bronią chemiczną, a skutki tych ataków w postaci wypalonej dżungli i przede wszystkim - koszmarnych ludzkich obrażeń i zmian genetycznych, powinny być przestrogą dla kolejnych psychopatów. Skutki wojny są wciąż widoczne - oprócz 4 mln ludzi, którzy zginęli, szacuje się, że w Wietnamie żyje 7 mln inwalidów wojennych będących ofiarami broni chemicznej. Dla kraju jest to wielki problem, bo tylko część z tych osób znajduje zatrudnienie - głównie w spółdzielniach pracy - my mieliśmy możliwość jedną z takich zwiedzić i podziwiać kunszt lokalnych artystów.
Krajobraz okolic Sajgonu to oczywiście pola ryżowe, ale też plantacje kauczuku. Plantacje te mają dość osobliwe przeznaczenie. Gdy kilkanście lat temu organizacja WHO stwierdziła, że w Wietnamie jest za dużo urodzeń i zbyt szybko rozprzestrzenia się AIDS, podjęto akcję uświadamiania ludzi i dostarczono transporty prezerwatyw. Po kilku latach okazało się, że akcja nie przynosi rezultatu. Zadecydowała pruderyjność Wietnamczyków i co za tym idzie - problemy z wytłumczeniem zastosowania prezerwatyw (jak mówił dobitnie nasz lokalny przewodnik na czym polega różnica z Zachodem: wy całujecie się na ulicach i sikacie w domu, a my odwrotnie...), ale także dyskomfortowym dla tutejszych mieszkańców był „European standard”. Zaczęto zatem produkować prezerwatywy w Wietnamie wg tutejszych wymogów, akcja przyniosła porządany efekt, a Wietnam jest aktualnie głównym eksporterem prezerwatyw do krajów ościennych o „podobnych wymogach”.
Pozostając w tym kręgu tematycznym nie sposób nie wspomnieć o lokanym specyfiku „snake wine” czyli alkoholu z zatopioną kobrą. Ponoć taki napój leczy z reumatyzmu i innych schorzeń, ale przede wszystkim jest silnym stymulantem. Większość panów z naszej grupy zaopatrzyło się w kilka butelek, twierdząc, że to na prezent lub do gablotki domowej...
Wracając z tunelów Cu Chi mieliśmy okazję zobaczyć świątynie i obrzędy mało popularnego odłamu chrześcijan – Kaodaistów. Wyznawcy uważają kaodaizm za zwieńczenie tradycji zachodnich religii objawionych (monoteistycznych) twierdząc, że: "judaizm był pąkiem, chrześcijaństwo - kwiatem, zaś kaodaizm jest owocem".
Sajgon na szczęście nie będzie kojarzył się nam tylko z martylologią. Choć w mieście jest zarejstrowanych 6 mln motorów, można znaleźć spokojne miejsca, pospacerować uliczkami „Little Paris” z repliką katedry Notre Dame na czele, napić się w miłej atmosferze kawy, posłuchać muzyki. Widać, że to miasto rozwija się bardzo dynamicznie i na pewno będzie tu przyjeżdzało coraz więcej turystów. A nam, mimo 28 stopni Celsjusza, świątecznie udekorowany hotel oraz ulice przypomniały o nadchodzących świętach!
21 - 22 listopada 2010 - Siem Reap, Kambodża
Water Festival - największe święto ludowe Kambodży nieoczekiwanie znalazło się w programie naszej wycieczki. Trzydniowe obchody, których główną areną jest rzeka Mekong i odbywające się tu wyścigi łodzi przyciągają do stolicy kraju trzymilionowy tłum. Jest to więcej niż liczba mieszkańców miasta, szacowana na 2 mln. Taka koncentracja ludzi spowodowała absolutny paraliż miasta. Nasz hotel znajdował się w epicentrum wydarzeń, więc ostatni kilometr dzielący nas od bazy, pokonywaliśmy pieszo przeciskając się... kilka godzin przez nieprzebrany tłum ludzi, na szczęście bardzo przychylnie nastawionych do obcokrajowców.
Dla obywateli Kambodży mających świeżo w pamięci tragiczne wydarzenia, możliwość uczestniczenia w plenerowym koncercie rockowym, obserwowanie wyścigów 500 łódek na Mekongu czy podziwianie iluminacji świetlnych, w dodatku w pokojowej atmosferze, stanowi wartość wiele większa niż mogłoby nam się wydawać.
Przejeżdżając szerokimi, zadbanymi ulicami Phnom Penh, zaprojektowanych trochę na modłę rosyjskich miast, trudno uwierzyć, że zaledwie 10 lat temu była to jedna z najbardziej niebezpiecznych stolic świata, gdzie rano na bazarze sprzedawno karabiny AK-47, z którymi wieczorami urządzano gonitwy. Trudno uwierzyć też, że w latach 1975-1979 Phnom Penh funkcjonował jako Ghost Town czyli wymarłe miasto. Rewolucyjny pomysł studenta francuskiej Sorbony - Pol Pota zapędzenia ludzi do życia w elementarnej wspólnocie vel komunie, niechęć do wszystkiego co miejskie i postępowe spowodował wyludnienie stolicy. Nie były to oczywiście migracje dobrowolne, nie były to również migracje, którymi zajmuje się geografia społeczna. Tymi wydarzeniami zajmuje się historia i w dodatku jej bardzo ponury rozdział. Szacuje się, że podczas czteroletniej władzy Czerwonych Khmerów w Kambodży zginęło około 2-3 mln ludzi, czyli prawie 40% ówczesnej populacji! Niezwykle wstrząsające wrażenie robi wizyta w więzieniu ofiar reżimu Pol Pota. Do tej pory tylko dwukrotnie w życiu spotkałem sie z czymś równie niezrozumiałym - pierwszy raz na wycieczce szkolnej w Oświęcimiu i drugi raz w tym roku, w Muzeum Bomby Atomowej w Hiroszimie. Położone zaledwie kilkanaście kilometrów od stolicy Choeung Ek Killing Fields czyli miejsce kaźni ofiar Pol Pota, taki odpowiednik naszego Katynia 1940, dopełniają jeszcze obraz zgrozy.
Mimo wspomnianego paraliżu miasta i obecności w mieście króla udało nam się pospacerować po ogrodach Pałacu Królewskiego, a także odwiedzić wzgórze, na którym rozpoczęła się historia miasta. Po krótkiej wizycie na Targu Centralnym udaliśmy się na lotnisko. Samolot Vietnam Airlines po zaledwie 45 minutach lotu wylądował w Sajgonie czy jak kto woli - Ho Chi Minh City. Mimo, że pora deszczowa się skończyła powitał nas monsunowy deszcz, który storpedował plany popołudniowego zwiedzania miasta. Jutro jednak czeka nas słoneczny dzień i wiele atrakcji!
19 - 20 listopada 2010 - Siem Reap, Kambodża
Sieam Reap jest najbardziej popularnym kierunkiem turystycznym Kambodży. Decydują o tym liczne atrakcje, dość egzotyczne z perspektywy zachodniego turysty. Oczywiście najczęściej i najchętniej odwiedzanym miejscem jest kompleks architektoniczny Angkor, gdzie na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, w gęstej dżungli zlokalizowanych jest wiele światyń będących pozostałością po imperium Khmerów, rządzących tymi ziemiami w latach od 802 do 1432, kiedy to zostali ostatecznie podbici przez Syjam czyli Tajów. Z resztą cała historia tego regionu to niemal nieustanne walki, w tym z Tajami również, a nawet sama nazwa Sieam Reap oznacza " Klęska Syjamu". Nie sposób zwiedzić zabytki imperium Khmerów w jeden dzień - my skorzystaliśmy z biletu trzydniowego, w cenie jak na kambodżańskie standarty egzotycznej - 40 usd. W zgodnej opinii największe wrażenie zrobiła mniej uczęszczana, trochę będąca poza głównym szlakiem - Ta Prohm. W przeciwieństwie do pozostałych świątyń udostępnionych dla turystów - Ta Prohm pozostała w takim wyglądzie jak ją odkryto, dzięki temu można zobaczyć jak wielka jest siła przyrody, jeśli może niszczyć mury, które ostały się 1000 lat i przetrwały wiele wojen. Z resztą wrzynające się w mury ogromne korzenie decydują, że jest to najbardziej fotogeniczne i romantyczne miejsce w całym kompleksie otwartym dla turystów. Angor został otwarty dla zwiedzających dopiero w 1993 roku, a początki ruchu turystycznego to raczej dramatycznie wydarzenia, bowiem wg słów naszego lokalnego przewodnika wiele osób zginęło w tym miejscu wybuchów min lądowych. Dopiero w 1998 roku teren został oczyszczony z min, a zagrożenie - wyeliminowane. Kambodża jednak wciąż jest najbardziej zaminowanym krajem na świecie, szacuje się, że kambodżańska gleba wciąż ukrywa około ...6 mln min, a dziennie wg statystyk od wybuchów giną tu dwie osoby. W drodze powrotnej ze świątyni Banteay Srei, nieco odległej od pozostałych, zatrzymaliśmy się przy muzeum min. Jest to dość specyficzne muzeum, założone przez niejakiego Aki Ra. Aki nie wie kiedy się urodził, przupuszcza, że w 1970 roku. Przypuszcza też, że rodziców zamordowali Czerwoni Khmerzy, przez co on sam trafił do dżungli. Został wyszkolony do zakładania min i założył ich tysiące. Wojna była dla niego naturalnym stanem, nie znał innego. Po upadku Khmerów dokonała się u niego metamorfoza. Zaangażował się w kampanię oczyszczania kraju z ładunków wybuchowych oraz uczynienia z Kambodży bezpiecznego kraju. Dzięki temu, że wie o minach wszystko uczestniczy nieustannie w akcjach odminowania terenu, a wespół z żoną prowadzi muzeum, a tuż obok muzeum - sierociniec dla dzieci bedących ofiarami min, ale także tych z ubogich domów, z wirusem HIV... Podczas naszej wizyty w muzeum poznaliśmy wolontariuszkę pracującą z Aki, a pochodzącą z kraju, który za wiele tragedii w tym regionie ponosi główną odpowiedzialność - USA. To tylko jest potwierdzeniem faktu, że uogólnienia rodzą wypaczenia. Wolontariuszka z USA pracuje tutaj za własne pieniądze na przemian z mężem, a my akurat byliśmy świadkami odwiedzin jej siostry, która była bardzo dumna ze swojej rodziny.
Sieam Reap położone jest w pobliżu największego w Indochinach jeziora - Tonle Sap. Wokół tego jeziora i na jeziorze żyje wielu mieszkańców. My uczestniczyliśmy w rejsie do takich pływających wysp. Czas jakby tu się zatrzymał, wszyscy prowadzą naturalny tryb życia uzależniony całkowicie od jeziora, w porze deszczowej, kiedy jest duży poziom wody łowią głównie ryby, a w porze suchej sadzą na tarasach zalewowych ryż. Wahania poziomu wody pomiędzy porami to aż 14 metrów, stąd wszystkie domy przy brzegu stoją na ogromnych palach. W jednej z takich odizolowanych od świata wiosek, gdzie dopłyneliśmy łodzią, udostepniono nam lokalne canoe, dzięki temu mieliśmy piękną przejażdzkę po tropikalnym lesie pogrążonym w otchłani wód jeziora Tonle Sap.
Pozostałością po kulturze Khmerów są słynne tańce Apsara, kiedyś odgrywane na dworach królewskich dziś w każdym szanującym się hotelu w Sieam Reap. W jednym z takich przedstawień mieliśmy również okazję uczestniczyć. Z resztą tancerki Apsara spotykaliśmy również przy zabytkach imperium, gdzie można było sobie - za opłatą - robić pamiątkowe zdjęcia w pięknych "okolicznościach" przyrody.
Turystyka ogromnie przyczyniła się do boomu ekonomicznego w tym regionie, niemniej jednak na każdym kroku widoczna jest ogromna bieda. Co gorsze, zetknięcie się ze światem Zachodu rodzi jeszcze większe spustoszenie wśród mieszkańców. Nasz przewodnik, z resztą ultra sympatyczny człowiek, nie będzie pewnie mężem kobiety, którą kocha, bo rodzina kobiety szuka patnera bogatego. I ta tendencja dominuje u tutejszych kobiet, lokalni amanci nie mają szans w konfrontacji z bogatymi z Zachodu...
18 listopada 2010 - Bangkok - Siem Reap
Cztery godziny zajęła nam podróż z Bangkoku do Poipet, miasta na granicy Tajlandii z Kambodżą. Załatwianie dokumentów wjazdowch do Kambodży to ceremonia podobna do niektórych przejść granicznych w Ameryce Południowej. Kluczową rolę odgrywają tu naganiacze i pośrednicy. My też - by zaoszczedzić czas na nie do końca logiczne procedury - skorzystaliśmy z pośrednika, ale dzięki temu w czasie, gdy on załatwiał nasze wizy, my spożywaliśmy jeszcze lunch po stronie tajskiej. Dwa dolary od osoby to bakszysz za wygodę. Wiza kolejna do kolekcji jest w paszporcie, niektórych zmartwił fakt, że na podstawie tej wizy - jak wyraźnie jest napisane - nie można podjąć pracy zarobkowej w Kambodży, a kilka osób już wcześniej intrygowała praca policjanta za 20 usd na miesiąc...
Bez pozwolenia na pracę, ale z pełną aprobatą na zwiedzanie kraju, którego jeszcze kilkanaście lat temu nie było na mapie turystycznej świata, znaleźliśmy się po drugiej stronie muru z napisem Kingdom of Cambodia. Oczywiście musieliśmy jeszcze odstać swoje najpierw na tajskiej, a później już kambodżańskiej odprawie, skorzystać z tragarzy, zmienić autobus i poczuć swojski zapach granicznej rzeki.
Królestwo powitało nas kasynami po obu stronach drogi, dość dziwnie wkomponowanymi w ogólny rozgardiasz przypominający niemal dokładnie słynne już przejście peruwiańsko-boliwijskie. Pol Pot pewnie w grobie się przewraca na myśl o tych burżuazyjnych przybytkach... Droga z granicy do Siem Reap zajęła nam 2,5 godziny, a równinny teren urozmaicały pola ryżowe, farmy rybne i cherlawe domki lokalnej ludności. Pozornie niepozorny stop na przerwę techniczną zakończył się kupnem 2 skrzynek... wina żeńszeniowego o napięciu 23 volt i cenie jednostkowej poniżej dolara za butelkę. Nie doczytaliśmy, że jest tam też min... ekstrakt z poroża, po którym krew ma zacząć szybciej krążyć. I zaczęła, bo rozpoczęła się dyskusja o Pol Pocie, rosyjskich szpiegach i - o zgrozo - sytuacji politycznej w Polsce. Generalnie jednak było kupę śmiechu i taka atmosfera towarzyszyła nam również podczas wieczornej kolacji z pokazem tańców Apsara wywodzących sie z kultury Khmerów.
Siem Reap już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie miasta, które przeżywa boom turystyczny. Dość powiedzieć, wg naszego przewodnika w 1993 roku były w mieście 3 hotele, a teraz jest ich ponad 100, wiele z nich bardzo ładnych. W jednym z takich hoteli - Somadevi - zatrzymała się nasza grupa. Fajnie, że spędzimy tu trzy noce, bo zachowany w tradycyjnym kambodżańskim stylu hotel gwarantuje pełny relaks. Jutro właściwe zwiedzanie - atrakcja nr 1 Kambodży - magiczny Angkor Wat!
16-17 listopada 2010 - Bangkok
Dwa dni i trzy noce spędzone w Bangkoku nie przekonały nas do przydomka „Miasto Aniołów”. Jeszcze mniej zrozumiale brzmi pełna nazwa Bangkoku: กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์, co w prostym tłumaczeniu oznacza: Miasto Aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce, gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu. Oficjalnie nazwa miasta figuruje w księdze Guinessa jako najdłuższa na świecie. I nie ma się co dziwić.
Rekordowe upały w mieście powodują, że Bangkok uznawany jest również za najbardziej gorące miasto na świecie. Jest to o tyle zaskakujące, że do równika jest stąd jeszcze relatywnie daleko, może „gorączka nocy sobotniej” podwyższa tą średnią? Faktem natomiast jest, że nadchodzi zima i temperatura spada nawet do... 25 stopni Celsjusza, co z naszego punktu widzenia jest optymalnym rozwiązaniem. Okres od listopada do lutego to szczyt sezonu w Tajlandii, właśnie ze względu na przyjazną temperaturę. Ujemnym aspektem są ogromne tłumy turystów w największych atrakcjach stolicy. Ale lepsze to niż monsun bądź upały powyżej 40 stopni Celsjusza występujące tutaj latem. Z resztą wśród rzeszy turystów często można usłyszeć mowę ojczystą, co potwierdza duże zainteresowanie od kilku lat Tajlandią wsród Rodaków.
Miasto z resztą nie musi mieć turystów, by sprawiać wrażenie mocno zatłoczonego – prawie 10 mln mieszkańców i aż 5,5 mln zarejestrowanych w mieście samochodów(!) czyni metropolię nawigacyjnie trudną, o czym przekonaliśmy się już kilkakrotnie. Częściowym rozwiązaniem tego problemu jest komunikacja rzeczna. Bangkok leży zaledwie 2 m powyżej poziomu Zatoki Tajlandzkiej, czego wynikiem jest gęsta sieć kanałów zwanych tu klongami. Klongi podobnie jak klasyczne arterie miasta są niezwykle ruchliwym miejscem, ale biorąc pod uwagę fantazję tutejszych konstruktorów łódek - przejażdżka łódką po rzece Menam przepływającej przez Bangkok jest fajną przygodą.
Główną architektoniczną atrakcją miasta jest Pałac Królewski. I zgodnie z pełną nazwą Bangkoku jest ogromny i niebiańsko piękny. Wybudowany w XVIII wieku służył jako rezydencja królewska, a w XX wieku został przeminowy na pałac. Centralną część kompleksu stanowi świątynia Szmaragdowego Buddy. My niestety do środka nie mogliśmy wejść, bo akurat odbywała się rytualna danina złożona z...999 jaj kurzych, choć lokalny przewodnik twierdził, że światynię zamknięto przed nami, bo nie przechodziliśmy nad progami innych świątyń, tylko na nie stąpali... Nawet bez tej wizyty kompleks jest absolutnie godny polecenia, a swoim pięknem, wedle uczestników niedawnej wycieczki do Japonii, przerasta nawet cuda sakralne Nipponu.
Budda stanowi o atrakcyjności dwóch innych światyń Bangkoku: Traimit z 3 metrowym posągiem Buddy ze złota o wadze...5,5 tony oraz Pho z ogromnym Leżącym Buddą.
Innymi atrakcjami naszego pobytu była wizyta na Pływającym Targu, gdzie dopłynęliśmy łódką z silnikiem robiącym hałas jak Air Boats na Florydzie. Sam bazar obfituje co prawda w turystyczną tandetę, ale na pewno warte spóbowania są różne owoce, takoż egzotycznie wyglądające jak i wybornie smakujące.
Symbolem Tajlandii jest słoń, więc nie mogło obyć się bez epizodu z tym zwierzęciem. Najpierw pojeździliśmy na ich grzebietach, a potem byliśmy świadkami świetnego show, podczas którego słonie tańczyły, grały w piłkę i uczestniczyły w walce. Aż trudno było uwierzyć z jaką gracją poruszały się te, przecież niekoniecznie wiotkiej konstrukcji, zwierzęta. Jeszcze bardziej w napięciu trzymał kolejny show - z udziałem krokodyli. Doszliśmy do wniosku, że każdy z nas ma dobrą pracę, gdy uświadomiliśmy sobie, że krokodylowi szołmeni zarabiają na życie wkładając kilkakrotnie na dzień ręce, ale i głowę do paszczy krokodyla!
Doskonałym antidotum na zmęczenie całodziennym zwiedzaniem są bardzo powszechne studia masażu. Najbadziej popularny jest masaż tajski, ale są także masaże z użyciem olejków czy fish spa - czyli moczenie nóg w zbiorniku z małymi rybki, które „obskubują” stopy. Nie są to na szczęście piranie. Ceny takich zabiegów są bardzo niskie w porównaniu ze standartami kanadyjskimi – za godzinny masaż płaci się w dobrym spa niespełna 10 dolarów.
Opuszczamy Tajlandię, by jeszcze do niej przed wyjazdem powrócić. Teraz kierunek: Kambodża!
15 listopada 2010 - Bangkok
Przyzwyczailiśmy się w tym roku, że Tokio jest miejscem docelowym kolejnych wycieczek. Tym razem jednak po wypiciu słynnej japońskiej herbaty z automatu i spędzeniu 3 godzin na lotnisku Narita czekało nas 6,5 h lotu do Bangkoku. Na lotnisku przywitała nas Vassana z lokalnego biura z girlandami kwiatów dla każdego i napisem: Witamy w Tajlandii - Grupa Pawła". To już taka tradycja, że w różnych zakątkach świata witają nas zaproszenia w języku ojczystym. Kilka osób z naszej wycieczki przyleciało już wcześniej do Bangkoku i czekało na nas w hotelu. Atmosfera w mieście, mimo, że przyjechaliśmy nocą - a może właśnie dlatego - gorąca. I to nie tylko dlatego, że o północy termometr wskazuje 28 stopni C, ale pewnie też dlatego, że nasz pięciogwiazdkowy hotel Presidential Palace zlokalizowany jest w środku jednej z dzielnic rozrywkowych Bangkoku. Pokusy nocnego życia przegrały jednak dziś ze zmęczeniem, po 23 godzinach w podróży należy się odpoczynek! Jutro zwiedzamy prawdziwy Palace i pozostałe atrakcje City of Angel.
English version







