Znajdujesz się tutaj: Blog
 
 

Nasz Blog

Podróże przemyślenia porady

Wielkanoc na Filipinach; HONG KONG - MACAU - SINGAPUR - INDONEZJA - MALEZJA; 6 - 25 kwietnia 2014.

Bali, Wyspa Bogów20 - 24 kwietnia 2014; Mindoro - Boracay

Na filipińskich wyspach - najpierw Mindoro, a potem Boracay, pochłonęły nas wakacyjne wibracje. Bo słońce, bo woda, bo rum tani, a dziewczyny piękne. Złapaliśmy trochę brązu i trochę wiatru we włosy. Były kąpiele w wodospadach i wioska rdzennej ludności Mangyan, która to ludność wydała mi się jakoś bardziej na zachodnią modłę ucywilizowana niż dwa lata temu, może przez nową drogę i domy, postawione z rządowych funduszy. Była promowa przeprawa z Roxas na Boracay, a potem trzy dni luzu, wodnych szaleństw i porządna impreza przy okazji imienin naszych czterech Jurków. Nurkowaliśmy w specjalnych hełmach, karmiąc chmary kolorowych rybek, lataliśmy na parasailing, pływaliśmy na żaglówkach, jeździliśmy na bananie (taka gumowa niby-łódź w kształcie banana), a wieczorami w nabrzeżnych restauracjach próbowaliśmy owoców morza na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy kilka dni później lądowaliśmy w Torotno było plus siedem i padał drobny, zimny deszcz. Raj i wieczne lato zostały daleko. Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami...

Bali, Wyspa Bogów19 kwietnia 2014; Angeles City – Manila

Siedzimy w restauracji naszego zamku Tropicana na Mindoro i zabieramy się za malowanie pisanek. Jest gorący wieczór, na ulice wylegli Filipińczycy zachęcający do wynajmu skutera i Filipinki zachęcające do wynajmu ich samych. To, że się jest na końcu świata nie zwalnia z tradycji. Mamy dwadzieścia jajek na twardo i markery, które jakimś cudem udało mi się znaleźć w maleńkim sklepiku, gdzie sprzedawali przysłowiowy szwarc mydło i powidło. Zajęcia plastyczne czas zacząć!

Rano wyjechaliśmy z Angeles City w kierunku Manili i dalej na południe Luzonu do portu w Batangas. Udało nam się ominąć korki - kierowca miał akurat urodziny i chyba chciał zdążyć na imprezę. Manilia jest jednym z najsmutniejszych i najbrzydszych miast, jakie widziałam - ogromne centra handlowe i Call Centers w niebotycznych wieżowcach wyrastają z morza rozpadających się ceglanych chat, krytych blachą falistą. Są bogate enklawy, jak Mc Kinley Hill z siedmioma międzynarodowymi szkołami i ambasadami, zbudowane na odzyskanych terenach wojskowych, jeden z największych cmentarzy świata nazwany Heritage Park, a Paris Hilton zainwestowała tu w firmę developerską i buduje apartamenty reklamowane: "It’s a paradise with Paris at the Azure", okraszone zdjęciem gwiazdy. Filipińczycy obok samochodów jeepneys produkują też własne telefony komórkowe myPhone 13 USD za sztukę.

W porcie czeka banca, godzinę później cumujemy na Mindoro. Lubię to miasteczko, zamek Tropikana, Filipiny. Kiedy szukam markerów spotykam grupkę dzieciaków śpiewających na schodach Katy Perry - and you gonna hear me roar. Zachód jest wszędzie. Tu też.

piasnki filipińskie 2014

 

Bali, Wyspa Bogów18 kwietnia 2014; Angeles City – San Fernando/San Pedro Cutud

O 4:30 rano niektóre ulice Manili były pełne ludzi. Nocne czuwanie wielkopiątkowe odbywało się na chodnikach, krawężnikach, jezdniach i schodach. Wjeżdżając chwilę po 6:00 am do Angeles City zobaczyliśmy pierwszych biczowników. Szli wolnym krokiem, z czarnymi workami na głowach, z krwistymi plecami, miarowo okładając się drewnianymi szczotami. Potem było już tylko gęściej, goręcej i bardziej czerwono. Spory kawałek drogi musieliśmy przejśc pod filipińską Golgotę piechotą. Mijały nas kolejne grupy biczowników, krew chlapała na prawo i lewo. W San Pedro de Cutud po raz dwudziesty ósmy ukrzyżowano tego samego Chrystusa. Ruben Enaje ma 54 lata i rolę Jezusa odegrał pierwszy raz po tym, jak przeżył upadek z wysokości trzeciego piętra z billboardu reklamowego w 1986 roku. Nie ma dziur na wylot w dłoniach, choć co roku przybijają go do krzyża. Widziałam, bo udało mi się jakimś psim swędem dostać na platformę policyjną, z której dwóch funkcjonariuszy patrolowało Drogę Krzyżową. Morze kolorowych parasoli chroniących przed jadowitym słońcem. Tysiące aparatów fotograficznych, kamer, specjalny sektor dla mediów i supernowoczesne filmujące wszystko z góry drony. Z mojej perspektywy w tle krzyży widać było zaparkowane w trzech rzędach, błyszczące w słońcu samochody – niezwykła alegoria współczeności. Obrzędy wielkopiątkowe kończą się tu około trzeciej po południu, bo po Rubenie krzyżują jeszcze dwóch innych Jezusów, a biczownicy ulicami Angeles City chodzą do późnych popołudniowych godzin, kiedy zastępują ich filipińskie anielice na Fields Avenue. Jest to chyba największy kontrast, jaki do tej pory udało mi się zobaczyć – pokuta, dewocja i fanatyczna wiara idąca ramię w ramię z lokalnym kurestwem. Fields Avenue należy do białych, knurowatych samców i chichoczących, rachitycznych dziewczynek, które trudno nazwać dziwkami, zważywszy na fakt, że wszystkie więcej mają w swojej aparycji z dziecka niż z dojrzałej kobiety. Biorą po 2000 peso za noc czyli 50 USD. Pecunia non olet – tu ta zasada sprawdza się zawsze. Kręci mi się w głowie od kurzu, słońca i braku snu. Przed nami Mindoro i rajski, obłędnie piękny Boracay – będzie czas by wypocząć, odespać i wygrzać się w piachu przed powrotem do domu.

 

Bali, Wyspa Bogów16 - 17 kwietnia 2014; Kuala Lumpur

Z Lombok do Kuala Lumpur przylecieliśmy późnym popołudniem. Lubię w tej części Azji sieciówkę Food Republic, którą znaleźć można nie tylko tu, ale także w Singapurze, Hong Kongu i Bangkoku. Mnóstwo budek z potrawami różnych kuchni – chińszczyzna, noddles, dania z woka, dania tajskie, malezyjskie, indonezyjskie, koreańskie i japońskie – ogromny wybór, przystępne ceny, pełny, autentyczny smak – nic dziwnego, że po raz kolejny właśnie tu spotykamy rodaków – samotnie podróżującą parę, mieszkajacą na co dzień w Kanadzie. Kuala Lumpur zwiedzamy z Ezy. Ma dużą wiedzę i fajnie opowiada. Na wgórzu, gdzie dziś stoi wieża Menara z obrotową restaurację bufetową i cykloramą miasta był kiedyś obronny fort, obsadzony ananasami. Brak butów powodował, że wzgórze było nie do zdobycia – krzewy ananasowe mają ostre, kolczaste kłącza. Do dziś nazywa się to miejsce Wzgórzem Ananasowym, a restauracja wieży Menara ma przypomnać kształtem owoc ananasa. Jedzenie mają wyśmienite a i widok przy dobrej pogodzie przyjemny. W Malezji za handlowanie narkotykami, podobnie jak w Singapurze, Indonezji i Tajlandii, grozi kara śmierci. Najwięcej prochów przywożą irańscy celebryci – aktorzy i sportowcy. Dziś kasę robi się na heroinie, a nie na cynie, jak kiedyś. To dzięki pewterowi stolica Malezji mogła szybko się rozwinąć. Ze stopu cyny, miedzi i antymonu do dziś w Royal Selangor wytwarza się piękną sztukę użytkową – ktokolwiek zaprojektował kieliszki do wina łącząc pewter i szkło powien dostać jakąś ważną, designerską nagrodę.

Batu Caves i światynia poświecona hinduskiemu bogowi Muruganowi, bratu Ganeshy, zrobiła na nas duże wrażenie, pomimo 272 schodów, które musieliśmy pokonać, by dostać się do przestronnej jaskini. Ogromny, pozłacany posąg Murugana jest uznawany za największy na świecie. Z hinduskiej świątyni pojechaliśmy do meczetu, bo to wyznawców Islamu jest w Malezji najwięcej. Po Masjid Wilayah Persekutuan oprowadzają przewodniczki – wolontariuszki, które indoktrynować próbują równie dzielnie, co panie roznoszące po domach czasopisma świadków Jehowy, tyle, że są mniej natarczywe, mają mniej lat i więcej wdzięku. Najwięcej radości i zabawy mieliśmy z przebierania się w odpowiednie szaty – każdy dostał długą koszulę przypominającą trochę kaftan z domu wariatów, dziewczyny dodatkowo chusty za głowy. Kolejną odmianę religijnego fanatyzmu zobaczymy jutro w San Fernando, tyle, że tym razem dotyczyć będzie ona kręgu kulturowego, z którego sami sie wywodzimy. Ostatnie chwile w Kulala Lumpur, przed wylotem do Manili, spędziliśmy na chińskim markecie sprzedającym stuprocentowo podrobione markowe torebki, zegarki i portfele. Jeden Rolex został nawet zakupiony!

 

Bali, Wyspa Bogów15 kwietnia 2014; Lombok

Poza miejskimi plażami i parkami pełnymi śmieci, Lombok okazał się w sumie bardzo fajną wyspą. Faktycznie nie widać tu za bardzo turystów, a Senggigit, gdzie nocowaliśmy, jest praktycznie jedyną miejscowością, gdzie znaleźć można nowoczesne resorty i eleganckie, gustownie urządzone restauracje. Jadąc na północ wzdłuż wybrzeża wiecej jest pustych plaż w niewielkich zatokach, więcej turkusu wody, więcej spokoju i harmonii. Na porannym targu w Tanjung kupiliśmy rambutany, duriany i słodką soję w strąkach. Bardzo prawdziwe miejsce – przekupki w muzułmańskich chustach, kosze z różnymi odmianami fasoli i ostrej papryki, świeże tofu, ryby, kałamarnice, zaprzęgnięte w drewniane wózki małe, silne konie, stada upierdliwych much i towarzyszące wiernie ludziom śmieci. Wędrówkę do Wodospadów Sendang Gile i Tiu Kelep zaczęliśmy w Senaru, ale po drodze złapała nas szalona, tropikalna ulewa, przed którą udało nam się schować w ruinie starej tamy. Najstarszy meczet na wyspie Bayan Beleq z XVI wieku okazał się słomiano-bambusową konstrukcją nijak nie przystającą do naszych wyobrażeń o świątyni. Nakarmiliśmy orzeszkami ziemnymi makaki (zakładam, że były to makaki, choć pewności nie mam, przewodnik twierdził, że są to po prostu małpy, a kiedy zapytałam o gatunek, to zirytowany powiedział "monkey, normal monkey") w lesie małp w wąwozie Pusuk Pass i przeszliśmy przez kolejną wioskę ludu Sasak. Biedzie wszędzie na świecie towarzyszą śmieci. I winić należy za to nie biedę ale masową produkcję, podyktowaną przez kapitalistyczne kraje Lepszego Świata. Kiedyś zamiast plastikowych opakowań, worków i siatek używało się liści bananowca i wyplatanych ręcznie koszyków. Dziś wszyscy w trzecim świecie chcą jeść plastikowymi sztućcami plastikowe dania z cudownej krainy, za jaką w wielu miejscach globu wciąż uważa się USA. Przerażające, smutne i nieuniknione. Ale, jak mówią w Eldorado - ignorance is bliss.

 

Bali, Wyspa Bogów14 kwietnia 2014; Lombok

Uciekliśmy od turystów do tak wyczekiwanego autentyzmu. I teraz mamy pewien dylemat, bo autentyzm w wydaniu indonezyjskim okazał się trochę kłopotliwy. Okazało się też, że brak turystów nie zawsze wpływa pozytywnie na atmosferę danego miejsca. Lombok w ponad osiemdziesięciu procentach jest islamski, a rozglądając się po okolicznych parkach i publicznych plażach, dałabym sobie rękę uciąć, że hinduski. Z lotu ptaka wyspa wygląda sielankowo – góry, rozległe ryżowe pola, niewiele miejskich zabudowań, białe, piaszczyste plaże. Lombok, który dziś widzieliśmy, tonie w śmieciach. I ku zgrozie niektórych – w toalecie brakuje papieru. Na przepięknej plaży Tanjung Aan, pomimo utrzymanej czystości, nie da się długo wysiedzieć – lokalne przekupki nie dają spokoju i nie przyjmują do wiadomości żadnych argumentów, ani tych z serii “nie mam pieniędzy”, ani tych “nie dziękuję, nie kupuję”. Siedzą na piasku i nawijają bez przerwy, by ostatecznie stwierdzić, że źli z nas turyści, bo nic nie kupujemy i nie chcemy się targować. Dzieci łatwiej opanować – Jurek S. mistrzowsko poradził sobie z trzema małymi, natarczywymi dziewczynkami sprzedającymi tandetne, chińskie bransoletki – zabrał je na spacer, nauczył jakiejś powtarzanej niby piosenki, a zaaranżowane w ten sposób przedstawienie zostało wystawione na plaży ku zaskoczeniu i radości widowni.

W wiosce Rambitan, należącej do rdzennej ludności Sasak było rewelacyjnie – wyplatane z trzcin i liści palmowych domy kryte suszoną, długą trawą, podłogi z gliny wymieszanej z odchodami wodnych bawołów, przypominające na pierwszy rzut oka kamienne posadzki, koguty hodowane do walki, tkane ręcznie obrusy, rzutniki i chusty, roześmiane dzieciaki uroczo pozujące do zdjęć. W Sukarara, wiosce prząśniczek i tkaczek, lokalny przewodnik zbyt nachalnie próbował sprzedać nam utkane cokolwiek w sklepie lokalnej kooperatywy, a w Parku Narmada, pałacu letnim byłego balijskiego króla, złapał nas tropikalny, intensywny deszcz. W świątyni Batu Bolong nad brzegiem Oceanu Indyjskiego, napotkaliśmy na hindusityczne modły i architekturę znaną nam już z Bali. Trochę mnie zmartwił nasz przedownik Udin mówiąc, że cała Indonezja jest raczej zaśmiecona i tylko Bali, jako turystyczna enklawa, stanowi jako taki wyjątek. Patrząc na potęgę śmieciuchów, ludzką bezmyślność i masową produkcję pusty śmiech mnie ogarnia na myśl o naszej upartej segregacji śmieci, godzinie ziemi i organicznych eko-uprawach. Świat w zatrważajacej większości żyje na fast foodach, plastiku i bylejakości. I w dużej mierze wynika to z biedy i braku edykacji w krajach trzeciej kategorii. Nie da się zrobić lepszego drugiego pierwszego wrażenia. Wierzę jednak, że ta wyspa ma ogromny potencjał, którego nie trzeba wykopywać spod sterty śmieci. I że zdążymy go jutro odnaleźć.

 

Bali, Wyspa Bogów12 – 13 kwietnia 2014; Bali

Mówią, że Bali to Wyspa Bogów. W pewnym sensie, tym lokalnym, rdzennym, na pewno tak. Cały ruch samochodowy może być tu zatrzymany, a w optymistycznej wersji, mocno opóźniony, przez odbywające się na środku skrzyżowania obrzędy religijne, mające na celu przepędzenie złych duchów, które kręcą się po okolicy, od czasów wypadku drogowego. Wypadku, który miał miejsce dwa tygodnie wcześniej. Przez dwa ostatnie lata wiele na Bali się zmieniło, to jedak – wiara w dobre i złe duchy oraz towarzyszące jej całe spektrum guseł, zabobonów, czarów i zaklęć - pozostało niezmienione. Wyraźnie mieszkają się tutaj dwa zupełnie odmienne światy – ten tradycyjny, spirytualny, w którym złym duchom składa się ofiary z grzesznych, szkodliwych rzeczy, takich jak papierosy, cukier i kawa, oraz ten, który bazuje na wszelakich używkach – świat młodych turystów spragnionych dobrej zabawy, słońca, magicznych grzybków halucynogennych i fal. Budują się nowe resorty, ekonomia wyspy rośnie na drożdżach turystyki. Bali jest modne. Są oczywiście fastfoody takie jak McDonald’s czy KFC, ale korzystają z nich tylko turyści. Dla Balijczyków amerykańskie specjały są po prostu za drogie.

Taniec Barong, który widzieliśmy pierwszego dnia, to taniec mający na celu pozbycie się czarnej magii; tradycyjnie wykonywany jest w środku nocy. Przypuszczam, że nikt nocą taką nie śpi, bo kakofoniczna muzyka towarzysząca przedstawieniu obudzi nawet umarłego. Filizofia hinduska na Bali zakłada, że do piekła i nieba idą wszyscy. Ci, którzy za życia dobrze się sprawowali idą najpierw do piekła, a potem na całą wieczność do nieba, złym pokazuje się najpierw niebo, a potem skazuje na piekło. Pojawiająca się w symbolice świątyń sfastyka oznacza świętość, pokój i harmonię. I nie jest oczywiście sfastyką, mającą tak negatywne konotacje w Europie i obu Amerykach tylko krzyżem, którego nazwa pochodzi z sanskrytu i oznacza „przynoszący szczęście”.

Jeśli ktoś myśli o Bali w kategoriach karaibskich plaż, niestety się rozczaruje. Tragedii nie ma, ale do naszej definicji czystości daleko. Nawet na Nusa Dua, gdzie wybudowano eleganckie, drogie resorty sygnowane przez Hayatt, Mercure, Mariott czy Sofitel, piasek upstrzony jest kolorowym plastikiem. Znacznie lepiej jest na publicznych plażach Jimbaran czy Dreamland Beach. Wszystko jest względne – masa ludzi potrafi całe swoje balijskie wakacje spędzić na miejskiej plaży w Kucie i świetnie się bawić.

Są trzy rodzaje ślubów na Bali. Pierwszy, to ślub przez porwanie, a zarazem protest przeciwko aranżowanym związakom. Kiedyś kawaler porywał pannę przerzucając ją sobie przez ramię i zanosząc do siebie. Dziś uprowadzeń dokonuje się przy pomocy motorynek. Drugi sposób to oświadczyny – ten jednak jest bardzo kosztowny, gdyż rodzice pana młodego muszą dwukrotnie ofiarować drogi prezent rodzinie panny młodej. I współcześnie nie wystarczą trzy krowy. Trzeci to ślub przez przypadek, czyli ciążę. W balijskiej kulturze związki pozamałżeńskie są nie do pomyślenia, a ludzie nie mogą zamieszkać ze sobą bez ślubu. Ta zasada jest oczywiśce regularnie łamana, a jeśli w takim związku na kocią łapę przypadkiem pojawi się dziecko – nie ma odwrotu, do ślubu dojść musi. Jeśli nie dojdzie, ojciec dziewczyny może zgłosić winowajcę na policję, a ten, gdy zostanie złapany, trafi prosto za kratki za unikanie odpowiedzialności. Na Bali każde dziecko ma matkę i ojca. Sposobów na uniknięcie wymiaru sprawiedliwości jest pewnie sporo, tyle, że od prawa można uciec wynajmując dobrego prawnika, a od karmy nie. Tu bardzo silną jest wiara w to, że wszystko wraca ze zdwojoną siłą.Więzi rodzinne są bardzo silne. Mężczyźni są odpowiedzialni za wszystkich krewnych, szczególnie syn za rodziców. Nie ma bezdomnych, a wiara w karmę sprawia, że Bali jest najbardziej bezpiecznym miejscem w Indonezji. Zachwycają mnie manulane talenty Balijczyków. Tu praktycznie każdy, gdy wróci z pracy w ryżowym polu, dla relaksu dłubie w kamieniu lub drewnie, coś produkuje, coś tworzy. Ze zbytem raczej ciężko, więc mijane wioski wyglądają jak przydrożne galerie dzieł sztuki.

Na koniec udało nam się zobaczyć wulkan Batur w całej okazałości, bo pogoda dopisała, a świątynia Besakih w zachodzącym słońcu, przystrojona na mające zacząć się następnego poranka siedmiodniowe święto, wyglądała zjawiskowo. Jutro Lombok i ucieczka od turystycznych tłumów.

 

Bali, Wyspa Bogów10 – 11 kwietnia 2014; Singapur - Bali

Singapur się rozrósł. Ukończono supernowoczesny projekt „Gardens by the Bay”. Eko-przyjazne drzewa wiekości wieżowców, zbudowane z betonu, stali i tysięcy grubych kabli tworzących gałęzie, mają wbudowane panele solarne, zbierają i magazynują deszczówkę, służą też jako wiszące ogrody. Podobno najlepiej wygladają nocą – nie sprawdziłam jednak tego tym razem, bo jakoś, po całym dniu nie miałam już energii wybrać się do centrum z Sentosy. Miasto jest w nieustającej fazie rozwoju, właściwie stanowi jeden, wielki plac budowy. W sierpniu przyszłego roku Singapur będzie obchodził okrągłą rocznię pięćdziesięciu lat istnienia, stąd juz teraz zaczęto mnóstwo inwestycji i przygotowań w kierunku obchodów narodowego święta.

Na wyspie Sentosa powstał ogromny Park Rozrywki z masą atrakcji, pięknymi piaszczystymi plażami (piasek z importu), darmową komunikacją i kilkoma wysokiej klasy resortami. Można się tu dostać zwykłą drogą, szybką koleją jub gondolą, prowadzącą na górę Faber. Góra Faber okazała się o tyle niezwykła, że na samym jej szczycie odkryliśmy, a właściwie Jurek odkrył, dzwon. Nic może by w istnieniu dzwonu nie było osobliwego, gdyby nie fakt, że dzwon ów wyryte miał w spiżu ”Dar Pomorza 1910”. Zachodziliśmy w głowę skąd polski dzwon znajazł się w Singapurze. Google prawdę Ci powie – dzwon został podarowany przez Polską Ambasadę jako Dzwon Szczęścia i zawieszony na górze Faber 30 sierpnia 2012. Żadnego przemytu, kradzieży, tajemniczej historii, znalezienia na dnie oceanu. Ot, zwykły gest przyjaźni. Po lunchu w japońskim bufecie i chaosie ulicznym głównej arterii miasta Orchard Street, w drodze do Ogrodu Botanicznego, zaczęło lać. Tak się jakoś utarło, że kiedy tylko ruszamy w kierunku ogrodu niebo się urywa. Rio de Janeiro, Fidżi, Singapur, Indonezja – jakieś zaklęcie musi chyba nad nami ciążyć. Orchidee po deszczu wyglądają bajkowo, a powietrze jest nabrzmiałe od tlenu i zieloności. Po nagromadzeniu betonu ostatnich dni dobrze nam zrobił spacer po ogrodach. Zrobiliśmy też obowiązkowe zdjęcia pod Merlionem – pół lwem pół rybą, symbolem miasta-państwa i nieobowiązkową, ale bardzo przyjemną, przejażdżkę łodzią po rzece.

Na Bali też sporo zmian – nowe lotnisko, na którym wszystkie procedury imigracyjne idą szybko i sprawnie, nowa droga przez wodę z Kuty w kierunku Nusa Dua, jeszcze więcej, niż dwa lata temu, turystów. Deszcze w górach tak samo ulewne. Światynie niezmiennie urzekające. Balijskie tańce równie niezrozumiałe, z muzyką raniacą uszy dziką kakofonią bębnów, młotków i strunowych jęczałek. Zajrzeliśmy do świątyni królewskiej radża Mengwi Pura Taman Ayun, otoczonej szeroką fosą, (z 1634 roku), z tradycyjnym balijskim układem architektonicznym, zawierającą trzy oddzielne miejsca modlitw na otwartym powietrzu i wiele struktur przypominających pagody, tu nazywane meru. Powulkaniczne, utworzone w kraterze, jezioro Beratan zasłynęło dzięki świątynii poświęconej Dewi Danu - balijskiej bogini jezior i rzek. Tu dopadł nas deszcz. I nie puścił przez kolejne trzy godniny. W Jati Luwih, gdzie znajdują się największe pola ryżowe Azji, uznane przez UNESCO za miejsce wyjątkowe dla kultury krajobrazu, nadal padało. Dopiero gdy zjechaliśmy niżej, w bardziej nadmorskie klimaty, deszcz gdzieś zniknął. Tanah Lot to formacja skalna oraz jedna z siedmiu świątyń morskich Bali. Nazwa „Tanah Lot” dosłownie oznacza „Ląd w morzu”. Legenda głosi, że świątynia zbudowana została około XV w. z inicjatywy hinduskiego kapłana o imieniu Nirartha, który spacerując po wybrzeżu zauważył skalną wysepkę w morzu i postanowił tam odpocząć. Następnego dnia powiedział miejscowym rybakom, by wybudowali świątynię, która stanie się miejscem czczenia balijskich bogów morza. Ze środka świątyni wybija źródełko słodkiej wody z oceanu. Próbowałam, nie jest słona. Akurat był odpływ, łatwo więc było przejść świątyni, gdzie każdy mógł oddać się balijskiemu rytuałowi – napić się czarodziejskiej wody, czoło umazać ryżem i wrócić z kwiatkiem za uchem na stały ląd. Zachód słońca musiał być spektakularny w jakiejś części świata – u nas schował się w chmurach. A jutro na plażę!

 

Bali, Wyspa Bogów8 – 9 kwietnia 2014; Macau – Singapur

Doszłam właśnie do tego momentu, w którym senność bierze górę nad każdym możliwym zmysłem. Mieszanka jet lagu, niedoboru snu, wilgotności powietrza i dzisiejszej gonitwy, powoduje wrażenie, że zaraz zaziewam się na śmierć. Od rana wszystko układało się tak, jakbym wygrała casting do chińskiej wersji „Amazing race”. W skrócie – Chińczycy doszli do wniosku, że jeżeli przyleciałam do Hongkongu inaczej niż cała grupa, również inaczej z niego wylecę. Podczas gdy wszyscy oddali bagaże na samolot do Singapuru już na promie w Macau i płynęli prosto na terminal, ja musiałam z całym majdanem płynąć do centrum Hongkongu, łapać taryfę, pędzić na lotnisko, a po przylocie do Miasta Lwa zmienić terminale, bo moje tanie tygrysie linie lądowały zupełnie gdzie indziej niż Cathay Pacific. A jednak udało się mnie (zdążyć), a nie Chińczykom (wyprowadzić mnie w pole). Udało im się natomiast wyprodukować wysokiej klasy sztuczną mgłę, która osnuła całą okolicę. Z wieży Macau, gdzie wyjechaliśmy na lunch, widać było jedynie majączące w dole zarysy betonowej dżungli. Ale w sumie i tak pochłonęła nas konsumpcja wymyślnych, bufetowych dań, więc świat za oknem miał pomniejsze znaczenie. Wczoraj rano przeleciała rzęsista ulewa, ale podczas naszych spacerów po mieście nie spadła kropla deszczu. Gdyby nie Portugalczycy i te ich wszystkie detale, smaczki, nazwy ulic i azulejos, zdobiące fasady budynków, Macau nie miałoby tak niepowtarzalnego klimatu. Tu łączy się artyzm europejskich kolonizatorów z chińskim plastikiem, tu echo fado przeplata się z papierosowym dymem umykającym z trzypiętrowych kasyn bez okien i zegarów. Szczytem kiczu okazało się główne lobby MGM Hotel & Casino, gdzie atrapy portugalskich kamienic połączono z cukierkowym, bajkowym ogrodem z dmuchanego szkła i potężnym akwarium w kształcie tuby, pełnym przedziwnych ryb. Przegrałam wieczorem stówę w Grand Lisboa na drugim piętrze, na maszynie, w której spodobały mi się obrazki żółwi na szczęście. Stówę w dolarach hongkongskich, czyli jakieś trzynaście USD. Podczas spaceru od ruin kościoła św.Pawła do placu Largo de Senado degustowaliśmy wszystkie możliwe przysmaki sprzedawane w małych, ulicznych sklepikach. Asortyment wybuchowy – ciastka, cukierki i nasze ulubione imbirowe galaretki z wiórkami kokosowymi, w połączeniu ze sprasowanym w spore płaty, świecącym tłustawo mięsem. Nie ma mocnych – co kraj to obyczaj. W chińskich kasynach w Macau można palić. Wszyscy Chińczycy palą, ale o dziwo – nikt nie pije. To nie Vegas. Tu się przychodzi wygrywać, a nie imprezować i tracić głowę, jak stwierdziła Willma, nasza przewodniczka. Jednak minęła się z prawdą i to poważnie – kasyna Macau przynoszą największy dochód wśród wszystkich kasyn świata, czyli odsetek przegrywających musi być porażający. Wiara w szczęście i pieniądze w chińskiej kulturze jest niesamowita. Wszystkie obrzędy, gusła i zabobony odprawiane w świątyni Kun Iam (boginii miłosierdzia) mają zapenić wiernym... wygraną w kasynie. Naprawdę. Nawet ceremonia energicznego pocierania uszu miedzianej misy z wodą ma na celu sprowadzenie szczęścia i uśmiechu fortuny. Chińczycy jednak w końcu zaskoczyli nas dziś pozytywnie. Już w Singapurze, po przylocie i popołudniowej wizycie na tarasie widokowym Marina Bay Sands, przejechaliśmy do chińskiej dzielnicy. Czysto, schludnie, bardzo kolorowo, piękna świątynia, odmalowane, klimatycznie kamienice, stragany z całkiem ciekawymi pamiątkami, choć wciąż oczywiście made in China. Jak to możliwe? Ano tak, że w chińskiej dzielnicy nie mieszkają już żadni Chińczycy :-). Zdziwiła nas też inna rzecz – śmieci na trawnku. ŚMIECI na trawniku w Singapurze!! Ana , która odkąd pamiętam bezskutecznie szuka męża, stwierdziła, że żyją tu przecież ludzie, a ludzie śmiecą. Może to i naturalna kolej rzeczy, ale znacznie zaburzyła naszą wizję najczystszego miasta świata. Kuchnia na szczęście się nie zmieniła – jedzenie w Singapurze jest wybitne – mieszanka wszystkiego co najlepsze w kuchni azjatyckiej okolicznych państw. W Food Republic, gdzie jedliśmy kolację, spotkaliśmy polskie małżeństwo z Niemiec – on na dziewięciomiesięcznym kontrakcie, ona na dwumiesięcznych wakacjach – ledwo co tydzień temu przyjechali, już chcieliby zostać na zawsze. Jest coś w tym mikropaństwie, co powoduje, że obcokrajowcy dobrze się tu czują. I nawet dziwaczne, bardzo rygorystyczne kary finansowe nikomu nie przeszkadzają tu żyć i oddychać.

 

Bali, Wyspa Bogów7 kwietnia, 2014: Hong Kong – Macau

Dopiero 16 godzin lotu uświadamia, jak ogromny jest świat. Lądujemy w Hongkongu, jeden dzień przepada gdzieś w niebycie umowności czasu. Lubię ten moment, gdy samolot ląduje, a pasażerowie przechodzą przez rękaw na terminal. Rękaw. Magicznie miejsc, gdzie przez ułamek sekundy poczuć można temperaturę i wagę powietrza – jest duszne i ciężkie – w końcu udało się uciec od zimy. Na lotnisku czeka Martin. Fajnie po porzylocie zobaczyć znajomą twarz – pracował z dwoma poprzednimi naszymi grupami w Hongkongu. Jedziemy na Promenadę Gwiazd. Niebo straszy deszczem. Centrum rozkopane – w budowie superszybki pociąg do Chin kontynentalnych. To jedna z pierwszych historii, które wyłaniają się z ciężkiej, lepkiej, miejskiej mgły – Chińczycy. Plaga współczesnej Azji (i chyba nie tylko Azji). Bo Chińczyka z Chin od Chińczyka z Hongkongu należy rozróżniać. Podstawą jest tu kultura osobista. Chińczycy z Hongkongu (oczywiście pod warunkiem, że nie są nowymi emigrantami z Chin kontynentalnych, a tych każdego tygodnia napływają setki) nie plują. Nie charczą, nie smarkają w restauracji ani w transporcie publicznym. Nie śmiecą. I nie rozpychają się wszędzie łokciami. Chińczycy z Hongkongu są lepiej wykształceni, ale wyspiarskie kobiety są ponoć brzydsze niż te z lądu. Martin twierdzi, że są za chude, bo nie chcą wychodzić grubo na zdjęciach i ciągle eksperymentują z nowymi dietami. Wszyscy Chińczycy natomiast, nie ważne skąd pochodzą, są na pewno jednakowo głośni. Dyskutują, wrzeszczą, pokrzykują, szeleszczą do późnych godzin nocnych. Hongkong szybko nie zasypia. Mało kto gotuje w domu, większość młodych ludzi je w restauracjach, nikomu nie chce się wracać do pokoju o wymiarach 5,5m2, do mieszkania o powierzchni średnio 43m2, gdzie żyje często cała rodzina i na kuchnię zwyczajnie nie ma miejsca.

Na Victoria Peak mgła trochę opada, w dole majaczy betonowa dżungla. W poniedziałkowy poranek niewielu tu turystów. Dziś zaczynają się duże, międzynarodowe targi branży IT – miasto żyje czym innym. Na Stanley Market wsuwamy zupy z dim sum, chińskie kluski i bok choy gotowany na parze. Kelnerzy uwijają się przy zamówieniach na wynos i nie są nazbyt mili. Na targu spokojnie, kilku białych turystów w morzu chińskiego badziewia. A jednak i tu można znaleźć kilka skarbów. W pływającej wiosce Aberdeen, podczas krótkiej przejażdżki łodziami nazywanymi sampan, obok drogich, eksluzywnych jachtów zacumowanych w marinie widzimy pływające domy – barki – w jednym trzy szczeniaki, w drugim donice z kwiatami na niby-parapecie, w trzecim samotny, czarno-biały kot leniwie myje sobie pyszczek. Ktoś czyści rybackie sieci, ktoś siedzi nieruchomo na rufie i pali papierosa. Chińćzycy dużo palą. W każdym hotelu jest przynajmniej jedno piętro z pokojami dla palących. Piętro osnute siną mgłą dymu. Robimy zdjęcia na lokalnym targu spożywczym na Kowloon, próbujemy targować się przy kupnie jadeitu, ale nie specjalnie nam to wychodzi – wychodzi za to zmęczenie po tylu godzinach lotu i przesunięciu czasu o dwanaście godzin do przodu. Nie wiem w sumie, o co chodzi z tym chińskim jadeitem, mnie się zupełnie nie podoba, wygląda jak tandenty, zielony plastik. Szybki prom do Macau płynie godzinię. Prom należy do Stanleya Ho, lokalnego magnata. Do Staleja Ho należy większość kasyn w Macau (przez 40 lat był monopolistą azjatyckiego hazardu) i kilka lukratywnych biznesów w Chinach, Portugalii, Północnej Korei, Wietnamie, na Filipinach, w Mozambiku i Timorze Wschodnim oraz siedemnaścioro dzieci i cztery żony, z których najmłodsza niedawno przekroczyła pięćdziesiątkę. Sam Król Hazardu w tym roku skończy 93 lata. Meldujemy się w hotelu Lisboa przynależnym do najstarszego kasyna na wyspie – pierwszego złotego dziecka Stanleya. Te wszystkie hongkongskie dolary pójdziemy przepuściś jutro – teraz azymut na łóżko.

 

Bali, Wyspa Bogów6 kwietnia 2014: Toronto – Hong Kong

Boeing 777 stoi na pasie startowym. Pasy zapięte, siedzenia w pozycji wertykalnej, stoliki złożone. Urządzenia elektroniczne przełączone na airplane mode. To nowość, wprowadzona kilka miesięcy temu. Jedna piąta samolotu gra w crush candy saga, reszta słucha muzyki albo czyta e-booki. Nikt z nikim nie rozmawia. Tak będzie przez wszystkie szesnaście godzin lotu do Hongkongu. Jedyne słowa jakie padną, wypowiedziane cicho i nieśmiało przez pasażerów siedzących przy oknie i w środku to – przepraszam, muszę iść do toalety. Samolot jest pełny. Obsługa ani miła ani niemiła. W pełni zautomatyzowana. Trudno wymagać indywidualnego podejścia do klienta, kiedy trzeba dwieście siedemnaście razy powtórzyć „omllet or noodles?”. Pamiętam tamte czasy, kiedy w przedziale wszyscy świetnie się znali, zanim pociąg ruszył ze stacji, a u końca podróży trudno było się rozstać. Im bardziej popularne, masowe wręcz, stało się podróżowanie, tym więcej wkradło się anonimowości i wyobcowania. Czytam (niestety) skład „sałatki owocowej”, którą dostałam w zamówionym wcześniej wege zestawie. Obok ananasów, gruszek i brzoskwiń sałatka składa się z cukru, syropu kukurydzianego i kilku innych składników, których właściwości szukać należy na tablicy Mendelejewa. Samolot jest dłuższy niż pływacki basen olimpijski. Patrzę na obce, w znacznej większości chińskie, twarze dookoła i jedyne, co przychodzi mi do głowy, to piosenka Pink Floyd - All in all you're just another brick in the wall. Te słowa będą jeszcze wielokrotnie odbijać mi się echem, bo nigdzie tak jak w Chinach, człowiek nie czuje się małą, niewiele znaczącą cegłą w ogromnym murze ludzkiego istnienia.

EKWADOR & GALAPAGOS 2014

JASZCZUR Z GALAPAGOSPiosenka z GALAPAGOS (na melodię "Morskich opowieści").

1). Była raz wycieczki która

wyruszyła hej z Toronto

Hiszpańskiego się uczyli,

a wołali pronto

2). Polecieli przez Panamę

rum Abuelo zakupili

Nim do Quito dolecieli

już wszystko wypili

Ref: Hej dobrze jest nam nam razem,

hej dobrze się bawimy;

Jak wszystko zobaczymy,

do domu wrócimy. /śpiewamy co dwie zwrotki żeby nie wydłużać w nieskończoność/

3). Prosto z Quito nas zawieźli

tam gdzie są gorące źródła

Wszyscy bardzo są spragnieni

piją rum wprost z kubła

4). Następnego dnia o świcie

Na równiku ciężka sprawa

Ktoś na gwoździu chciał postawić

 nasze polskie jaja

 5). A z równika dla kontrastu

na lodowiec nas zawieźli

chociaż każdy miał ochotę,

 to nie wszyscy wleźli

 6). W tym momencie warto wspomnieć

 że mieliśmy przewodników

Ela za Chaskym co mieszkają

 Tutaj na równiku

7). Chasky to jest dziwnie imię

 i dlatego cała grupa

przechciła go hej na Cześka

 I udaje głupa

8). Żeby fruwać jak kondory

Czesiek spełnia wolę naszą

I na linie wdłuż kanionu

śmiercią wszystkich straszą.

9). W piątek ciuchcia nas powiozła

przez Nos Diabła i kaniony

małe muszki nas obsiadły

każdy pogryziony...

10). Po tych wszystkich trudach, znojach

trochę fun'u się należy

Krzyś urządził cumpelaños

 paru poszło w baños

11). Chociaż Cuenca to miasteczko

 stosunkowo jest nieduże

 nam udało się tam przeżyć

wulkaniczną burzę

12). Wszystko to się stalo w nocy

i to było dobrą lekcją

 Bo niektórym się myliła

erupcja z erekcją

13). Izabela I Florena

Położone są tak pieknie

Gdy nadarzy sie okazja

Wrócimy tu chętnie

14). Każda wyspa ma historię

Ptaki, gady no i płazy

Wszystko jest na naszych zdjęciach

Nawet setki razy.

15). Chociaż chłody były w planie

Słońce nam świeciło z góry

Mimo kremów z dużym filtrem

Popaliło skóry

16). Żarcie tutaj jest wspaniałe,

Kraby, octopusa rogi

Wszystkim jednak leci ślinka

Gdy wspomną pierogi

17). Raz wywieźli nas daleko

I nurkować nam kazali

Byśmy to, co jest pod wodą

Wszyscy podziwiali

18).. Wskoczyliśmy więc w otchłanie

Rekin na nas łypie okiem

Żółwie i koniki morskie

Mijają nas bokiem.

19). Świat podwodny, kolorowy,

Nie jest już nikomu obcy

Rybie, żółwie, ośmiornice

Nie spotkasz tu owcy

20). Następniego dnia o świcie

Łódka sunie oceanem

Złowiliśmy trzy tuńczyki

Będą na śniadanie

21). Jednak Jhovier nasz przewodnik

Wszystkie rybki skrzętnie schował

My obeszliśmy się smakiem

Jego boli głowa

22). Dziś żegnamy Galapagos

Piękne wyspy opuszczamy

Lecz wspomnienia dni gorących

z sobą zabieramy

23). Jeszcze tylko dwa dni w Quito

czas gdzieś pędzi niesłychanie

I już jemy w Ekwadorze ostatnie śniadanie

24). Tak się kończy piosnka nasza

Która puentą jest podróży

Choć wracamy już do domu

Smutno nam na duszy

25). Wszyscy pewnie się dziwicie

Skąd się wzięły te wojaże

Zapytajcie Kai z Pawłem

Oni drogowskazem

 

JASZCZUR Z GALAPAGOSOBIECANE OPOWIEŚCI z GALAPAGOS

Galapagos to archipelag dziewiętnastu wysp pochodzenia wulkanicznego. Nazywane w szesnastym wieku Las Encantadas (Wyspy Zaczarowane), narodzone z morza i ognia, tworzą prehistoryczny skrawek świata stanowiący osobliwe muzeum ewolucji. Baltra (Seymour South), pierwsza z sześciu wysp, które przyszło nam poznać, sprawia wrażenie niegościnnej i jałowej. Półpustynne krajobrazy, wyschnięta roślinność, kaktusy, w porcie kilka ciekawskich morskich iguan, spory turystyczny ruch. Podczas II Wojny Światowej na Baltrze stacjonowały Amerykańskie Siły Powietrzne, patrolujące ruch łodzi podwodnych wroga i strzegące strategicznego Kanału Panamskiego. Obecność amerykańskiego wojska zadecydowała o dalszych losach wyspy – dziś, oprócz lotniska cywilnego, znajduje się tu baza wojsk ekwadorskich. Od najbardziej rozwiniętej turystycznie wyspy Santa Cruz z portowym miasteczkiem Puerto Ayora dzieli ją wąski kanał Itabaca, po którym tam i z powrotem kursują promy przeworzące kolejne grupy gringos. Na lotnisku czeka Paweł. Spalony równikowym słońcem przypomina wyciągniętego z wrzątku homara. Jedziemy do portu, przerzucamy się przez kanał, w drodze do hotelu oglądamy pierwsze lawowe zapadliska Los Gemelos i rezerwat żółwi. Pierwszy od razu zostaje gwiazdą, uwieczniony na wszystkich dwudziestu kartach SD naszych aparatów fotograficznych. Jemy lunch. Żółwie skubią trawę wydając dźwięk podobny młodym cielakom. Są ogromne. Mogą ważyć nawet 400 kilo. Ujęte z właściwej perspektywy wyglądają na jeszcze większe. Są zupełnie niezwykłe. Mogą wytrzymać bez pożywienia i wody przed rok. Kopulują przez 40 godzin. Przesypiają 16 godzin z każdej doby. Zjadają trujące jabłka (poison apple - Hippomane mancinella), które pomagają im na problemy gastyczne. Ich płeć rozpoznać można po gabarytach (samice są mniejsze), ogonach (samce mają znacznie większe) i podbrzuszu (samce mają wklęsłe żołądki, a co za tym idzie – skorupę).Chodzimy po zaroślach w wielkich, czarnych gumowcach. Niebo straszy ulewą. Nikomu się nie spieszy, żółwie nigdzie nie uciekną. Nie osiągają prędkości większej niż 0.3 km/h. Kiedy podchodzimy zbyt blisko (Proszę Państwa, proszę dwa metry od żółwia!) wydają głośny syk, obkurczają się i chowają głowy w skorupy. Ilona postanawia sprawdzić jak to jest nosić swój dom na plecach i włazi w ogromną, pustą, samczą skorupę. Karmimy ją trawą i robimy foty. Kiedyś te giganty stanowiły główne źródło pożywienia dla hiszpańskich piratów, a podczas prób kolonizacji wysp w pierwszej połowie XIX w ich tłuszcz był pozyskiwany i używany jako „paliwo” do lamp ulicznych na trotuarach Hiszpanii. Przez ludzką bezmyślność i chciwość galapagoskie żółwie o mały włos by wyginęły. Dziś praktycznie każda wyspa prowadzi ośrodki rozrodu i hodowli kilkunastu podgatunków tych prehistorycznych gadów. Bez pomocy człowieka żółwie nie miałyby szans – w naturalnym środowisku maluchy narażone są na głód predatrów (na przykład przywiezionych przez człowieka szczurów), a ich umieralność sięga prawie stu procent.

Santa Cruz, nasza główna baza wypadowa, druga co do wielkości wyspa, jest w rzeczywistości uśpionym wulkanem, który po raz ostatni przebudził się ponad milion lat temu. Pozostałością po wulkanicznej aktywności jest dwukilometrowy lawowy tunel, częściowo dostępny dla turystów. Puerto Ayora to największe miasteczko na Galapagos z populacją przekraczającą 12 tysięcy osób. Główną ulicę nazwano Avenida Charles Darwin. Tu znajduje się też Centrum Badawcze imienia ojca ewolucji oraz główna siedziba zarządu Parku Narodowego Galapagos. Wieczorem idziemy na kolację, blue fin tuna – stek z tuńczyka podany w wersji półsurowej, białe wino, świeże, grilowane kalmary. Wracając, przy pomostach, obserwujemy małe rekiny rafowe i słuchamy gardłowego poszczekiwania lwów morskich. To dopiero początek przygód na Galapagos, a już wiemy na pewno, że to zupełnie unikalne, niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju miejsce.

Przeświadczenie to potwierdza się już następnego dnia, gdy dobijamy do brzegów Floreany – najwcześniej zasiedlonej wyspy archipelagu.Niewytłumaczalna, prastara energia wyspy emanuje ze skarłowaciałych, omszonych drzew, wielkich lawowych głazów, paruje z błotnistej ziemi, z hukiem rozbija się o skaliste brzegi. W porcie napotykamy problem opuszczenia łodzi – wszystkie schody prowadzące na nabrzeże zajęte są przez wylegujące się na rozgrzanym betonie lwy morskie. Jeszcze do niedawna przypuszczano, że to ten sam gatunek, który występuje w Kaliforii, okazało się jednak że galapaskie lwy morskie są dla wysp endemiczne. I wyjątkowo towarzyskie. Najbardziej smutna wśród morskich lwów jest zasada naturalnej selekcji. Kiedy z jakiegoś powodu ginie matka, małe nie ma szans przeżyć. Tu nie ma miejsca na empatię, adopcję, pomoc innej morskiej lwicy. Wręcz odwotnie – morskie lwiątko jest przeganiane i szybko ginie śmiercią głodową. Kilka zielono-ceglastych morskich iguan można wypatrzyć wśród czarnych, lawowych głazów. Jedziemy przerobioną na niby-autobus ciężarówką w głąb wyspy. Im wyżej się pniemy tym bardziej obniża się niebo. Z gęstniejących, szarych, chmurzastych strzępów zaczyna siąpić ciepły deszcz. Są żółwie o błyszczących od deszczu skorupach i czujnym spojrzeniu mikroskopijnych oczu. Są pirackie jaskinie na stokach Asilo de la Paz, nigdy nieodkryte skarby i drażniący posmak tajemnicy. Kiedyś ukrywał się tu słynny osiemnastowieczny irlandzki pirat Patrick Watkins, pierwszy oficjalny mieszkaniec wyspy, któremu przypisuje się wprowadznie cytrusów.

Jak bardzo inaczej wyglądały wyspy, gdy w 1535 odkrył je przypadkiem hiszpański żeglarz Tomas de Berlanga, którego, w rejsie z Panamy zniosły tu morskie prądy? Jak wiele tego niesamowitego świata człowiek zdłążył zniszczyć? Deszcz się nasila. Wracamy do portu. Jadę na pace z miejscowym przewodnikiem, któremu jakaś szalona galapaska kobieta do nazwiska Guerrero (Wojownik) dobrała imiona Ghandi Lenin. Błoto pryska spod kół, bujna zieleń paruje. Wystawiam twarz do chmur. To jedna z tych chwil, która zostanie – dotyk ciepłego, tropikanego deszczu, gorąca wilgoć, bezbrzeżne poczucie wolności. Na Floreanie brak naturalnych zbiorników słodkiej wody, stąd deszcz dla niecałej setki mieszkańców wyspy jest jak zbawienie – zasili sztuczne zbiorniki, pozwoli przetrwać do kolejnych opadów. Nam trochę miesza w planach na popołudnie. Robi się chłodniej, woda w Pacyfiku temperaturą bardziej przypomina lipcowy Bałtyk niż karaibskie akweny. Teoretycznie jest pora deszczowa (na Galapagos szczyt sezonu), chimeryczność aury nie powinna więc nas dziwić. Wkrótce (na nasze szczęście) okaże się, że ten deszcz to tylko jednorazowy foch.

Isabella od pierszego momentu staje się naszą ulubioną wyspą. Jest zupełnie inna niż pozostałe, nie tylko ze względu na rozmiary (jest największa) i równikowe położenie (jedyna przez którą przechodzi linia równika). W porcie nie ma ani jednej wolnej ławki, wszystkie plastikowe leżaki też są już zajęte – wygrzewają się na nich sjestujące lwy morskie. W Puerto Villamil, największym miasteczku wyspy, drogi są wyłącznie piaszczyste. Jest niewielki plac z kilkoma sennymi restauracjami, posterunkiem policji i bardzo oryginalnym kościołem – biały, prosty budynek zdobią witraże przedstawiające endemiczne gatunki zwierząt, przy ołtarzu naturalnych rozmiarów figura żółwia, Chrystus zstępuje z nieba na plażę wśród palmy. Z balkonów naszego hotelu widać niekończący się błękit Pacyfiku. Płyniemy do Cabo Rosa Tunnels - naturalnego akwarium stworzonego przez zastygłą lawę. Transfery między wsypami zajmują koło półtorej do dwóch godzin. Łodzie mają dwa, czasem trzy duże silniki, prują fale z prędkością dwudziestu pięciu węzłów (ok 45km/h). Kiedy Ocean mocniej się marszczy zaczyna bujać. Najbardziej rzuca na dziobie, więc podjazdowa walka o miejsca na rufie staje się codziennym porannym rytuałem. Niektórzy gorzej znoszą bujanie, więc mają pierwszeństwo. Chcemy zobaczyć mewy widłosterne, mewy galapagoskie, wielki i średnie fregaty, głuptaki niebieskonogie, rybitwy brunatne, pelikany brunatne i flamingi, ale pawie niekoniecznie. W Cabo Rosa Tunnels woda jest spokojna, krystalicznie czysta, mieni się w słońcu wszystkimi odcieniami turkusu. Lawowe łuki, przesmyki, tunele szczeliny tworzą świetne środowisko dla wszelkich morskich istnień. Skaczemy po lawie, porośniętej kandelabrowymi kaktusami i kwitnącą właśnie opuncją. Na Galapagos opuncja wyrasta w potężnych rozmiarów drzewa. Podczas snorkielingu udaje nam się zobaczyć koniki morskie, mnóstwo kolorowych ryb i pierwsze morskie żółwie. Pływają majestatycznie, powoli, jakby frunęły przez morskie odmęty. Wieczorem przy panamskim Abuelo układamy kolejne zwrotki ekwadorskiej piosenki-tasiemca na melodię Morskich Opowieści. Każdy dzień jest jak znaleziona w pirackim kufrze perła.

Historia Isabeli ma sporo cieni. W latach 1945 – 1959 istniała tu kolonia karna, zbudowana kamień po kamieniu rękami więźniów, z których wielu przypłaciło ten wysiłek życiem – dziś zabytek historyczny nazywany Murem Łez (El Muro de las Lagrimas) górujący w krajobrazie, przypomina o czasach mroku i cierpienia. Wracając ze ściany płaczu odwiedzamy różne zakątki tutejszych mokradeł (The Wetlands) – mangrowia, gdzie na idelnie białym piasku o konsystencji mąki ziemniaczanej wygrzewają się iguany, laguny, w których brodzą wściekle różowe flamingi, Túnel del Estero powstały podczas erupcji wulkanicznych tunel, którym można przejść podczas odpływu, suche lasy kaktusowe, Ośrodek Hodowli Żółwii Olbrzymich, Playa de Amor, gdzie gnieżdżą i rozmnażają się iguany. Kończymy orzeźwiającą kąpielą w oceanie na idealnej, jakby wyciętej dokładnie z jakiegoś wakacyjnego katalogu plaży, w której powstaniu trudno doszukać się romantyzmu. Niespotykanej jakości piasek to nic innego jak przetrawiony przed ryby koralowiec. Jedna ryba z gatunku skarusowatych (papugoryba - parrot fish) może “wyprodukować” nawet do 90 kg piasku rocznie. Obserwujemy je podczas snorkelingów – mienią się neonową zielenią, błękitem i amarantem. Są też małe, niegroźne rekiny rafowe (whitetip reef shark), które w ciągu upalnych dni odpoczywają na piaszczystym dnie. Lwy morskie przepływają całkiem blisko, widujemy żółwie, ogromne manty, elektryczne węgorze – podwodny świat Galapagos jest równie niezwykły jak ten wyspiarski.

Podczas całodniowej wycieczki do wyspy Pinzon mamy okazję pływać z całą tą morską bandą osobliwości. Tego dnia, ze względu na jakieś skomplikowane parkowe przepisy, zostajemy podzieleni na dwie grupy. Z kilkoma osobami ląduję na łajbie z młodym, międzynarodowym towarzystwem – są Holendrzy, czterdziestokilkuletni Włoch z matką i niemiecka para rasta-wegetarian. Siedzę na górnym pokładzie zaraz koło kapitana z maminsynkowatym Włochem Dario, słuchamy Boba Marleya z jego iPoda i próbujemy dogadać się mieszanką jego kiepskiego angielskiego i mojego wciąż dalekiego od perfecji hiszpańskiego. Pyta co robię. Tłumaczę. Czyli chcesz mi powiedzieć, że właśnie to, to Twoja praca? Pyta z niedowierzaniem. Ocean. Fale. Słońce. Bryza we włosach szorstkich od soli. Bob Marley. W Toronto – 15C i kolejne opady śniegu. Tak, to właśnie jest moja praca – odpowiadam i samej trudno mi w tym momencie w to uwierzyć. Tego dnia trzaskamy świetne zdjęcia głuptaków niebieskonogich – siedzą na skałach i zupełnie nic nie robią sobie z naszej wścibskiej obecności.

Nasza ostatnia wyspa to San Christobal, gdzie 16 września 1835 roku swą stopę po raz pierwszy postawił Charles Darwin. Kotwiczymy na ostatnią noc w Puerto Baquerizo Moreno, zostawiamy rzeczy w hotelu i ruszamy do Uśpionego Lwa (Leon Dormido lub Kicker Rock) – wystającej z oceanu ogromnej skały, wokół której powstało naturalne, przebogate akwarium. Dna nie widać, w dwudziestometrowej otchłani lewitują dziesiątki morskich żółwi. Prądy są silne, fale wyższe niż w zatokach, ale podwodny świat urzekająco piękny, wart każdego wysiłku, ruchu płetw, słonej wody w ustach. Ostatnie spojrzenie na wyspę, Pacyfik i bezkres, tuż przed wylotem do Quito rzucamy z Cerro Tijeretas (Wgórze Fregat), gdzie znajduje się pomnik Darwina i ulubiona plaża surferów Punta Carola. Może i brakuje nam słodkiej wody w prysznicach i trochę za mocno przysmażyło nas równikowe słońce, ale nikt jakoś specjalnie nie tęskni do zimy.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS3 - 9 lutego 2014; GALAPAGOS

Wiem, że powstała czarna dziura informacyjna w naszej podróżniczej blogosferze, ale stało się tak tylko i wyłącznie z powodu braku normalnie działającego na wyspach internetu. Z tym internetem to powinno być tak: albo jest i działa albo nie ma go wcale i jest święty spokój. Nic nie frustruje bardziej, jak cowieczorne, wielogodzinne, zakończone fiaskiem próby połączenia się z siecią. Jest tyle innych rzeczy, które można robić w tym czasie... słuchać fal, pić zime piwo, jeść świeżo złowinego tuńczyka w wersji medium-rear, gawędzić o cudach niewidach, które danego dnia przeszły nam przez drogę... o olbrzymich żółwiach, o fokach wylegujących się w porcie na wszystkich leżakach i ławkach, o konikach morskich, o słońcu, którego wszyscy po troszę mamy już dość, o planach na kolejny dzień. Nucić "Galapagos" Sławy Przybylskiej. Przy Panamskim Dziadku (rum Abuelo) układać stoktórąś zwrotkę piosenki i naszej wyprawie do melodii "Morskich opowieści". Na lądzie internet hula bez zastrzeżeń, ale piętrzące się opowieści i zdarzenia nie mieszczą się nijak w ilości czasu przeznaczonego na pracę, sen i kolejne dwa dni zwiedzania, które jeszcze nam zostały. Obiecuję więc te wszystkie historie poskładać w jedną całość wkrótce. Może w samolocie z Panamy do Toronto. Pojutrze. Bo aby opowiedzieć o Galapagos trzeba mieć naprawdę morze czasu.

Dim lights Embed Embed this video on your site

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS2 lutego 2014; CUENCA - GUAYAQUIL

Rano wszystkie ulice Cuenca pokrył wulkaniczny pył. Tungurahua, wulkan, który mijaliśmy w drodze do Riobamba, wypluł z siebie ogromne ilości popiołów. Czesiek kupił wszystkim maseczki chirurgiczne w aptece i aż do Parku Narodowego Cajas podróżowaliśmy jak grupa nawiedzonych Japończyków. Tres Cruces na 4167m n.p.m to nasz ostatni andyjski przystanek. I ostatnie podmuchy górskiego, orzeźwiającego powietrza. Im niżej zjeżdżaliśmy tym bardziej zmieniał się krajobraz. Od nagich, poszarpanych szczytów, przez zagajniki drzew papierowych, aż po bujną, tropikalną zieleń, poprzetykaną palmami bananowymi i drzewkami mango. Grubszą chwilę przed Guayaquil pojawiły się plantacje kawy, kakao i ryżowe pola. Zrobiło się piekielnie gorąco, suche powietrze wypełniła oceaniczna wilgoć. Guayaquil to największe i najbardziej, chaotyczne, a zarazem niebezpieczne miasto Ekwadoru (jak to w zwyczaju mają duże metropolie w wielu zakątkach świata). Ponad cztery miliony ludności i niezliczone ilości świateł na każdym możliwym skrzyżowaniu. Po kilku ładnych godzinach w autobusie długi spacer przez park zamieszkały przed iguany, wzdłuż wybrzeża Malecon aż do dzielnicy cyganerii Las Peñas dobrze nam zrobił. Jedynie z wieczornego piwa (na które każdy w tropikalny wieczór nabiera ochoty) nici, bo jak się okazało, w Ekwadorze w niedzielę nikt nikomu alkoholu nie sprzeda. Za to już jutro lecimy na Galapagos. Przez najbliższy tydzień pełne słońce i temperatury powyżej 30 stopni. Jeszcze zatęsknimy za górskim chłodem...

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS1 lutego 2014; CUENCA

Jeśli któreś z Ekwadorskich miast faktycznie powinno znaleźć się na liście Dziedzictwa Narodowego UNESCO, na pewno jest to Cuenca. Najpiękniejsze i trzecie do wielkości miasto ma w sobie kolonialny urok peruwiańskiego Cusco, tyle, że bez nachalniej turystycznej prostytucji. Praktycznie każna fasada, każda brama, balkon, wykusz, okiennica to osobne dzieło sztuki. Z punktu widokowego Turi ładnie widać architektoniczny ład pokrytych ceglastą dachówką dachów, nad głównym placem Parque Calderon, góruje potężna katedra z 1885 roku z trzema błękitnymi kopułami. Na Targu Kwiatów otumania zapach ekwadorskich róż i lilii, a i tak najbardziej barwnym miejsciem miasta jest lokalny targ, gdzie piętrzy się bób, fasola, kilkanaście odmian kukurydzy, wiązki ziół, gdzie zaszlachtowane, wiejskie kury wyciągają ku niebu kurze łapki, a wielkie pieczone prosiaki stanowią sedno popołudniowego posiłku kupujących. Targ jest do imentu autentyczny i mogłabym spędzić tu cały dzień robiąc zdjęcia pomarszczonym, andyjskim staruszkom, sprzedającym mandarynki i świeżą, zieloną cebulę. Bardzo ciekawym okazało się muzemu kapeluszy Panama, które w rzeczywistości swój początek zawdzięczają Ekwadorczykom a nie, jak mogłaby wskazywać nazwa – Panamczykom. Większość z nas skusiła się na słynny Panama Hat – krojów, rozmiarów i modeli do wyboru było tak wiele, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Po południu odwiedziliśmu Chordeleg – niewielkie miasteczko słynące z wyrobu biżuterii filigranowej (ażurowej) ze złota i srebra. Coraz bliżej też mamy do wylotu na Galapagos. Coraz częściej śnią nam się żółwie i wielkie, prehistoryczne jaszczury.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS31 stycznia 2014; RIOBAMBA – ALAUSI – INCAPIRCA – CUENCA

Pociąg, który z Alausi do Sibambe i z powrotem jeździ trzy razy dziennie, jest uważany nie tylko za jedną z największych turystycznych atrakcji Ekwadoru, ale także za jeden z najtrudniejszych i najbradziej spektakularnych widokowo na kontynencie południowoamerykańskim. Nariz del Diablo (nos diabła), to sporych rozmiarów góra mająca przypominać diabelskie oblicze. Kiedyś szczyt ten nazywano Gniazdem Kondorów, ze względu na obecność andyjskich panów przestworzy w tym właśnie miejscu. Niestety – ludzie, ich ambicje, plany, działania i dynamit wypłoszyły kondory z okolicy.

Jeszcze do niedawna atrakcyjność pociągu zwiększała możliwość podróżowania na dachu, jednak ze wzgledów bezpieczeństwa, z uwagi na liczne wypadki, zlikwidowano wagon – kabriolet. Dziś podróżuje się w klimatyzowanych, starodawnych wagonach, z dwujęzycznym komentarzem lokalnego przewodnika. Może wiatru we włosach nie można poczuć, ale i tak wrażenia pozostają niezapomniane.

Samo miasteczko Alausi, skąd wyrusza pociąg, to niewielka, czysta miejscowość, nad którą pieczę sprawuje św. Piotr. Obok kolorowych fasad kamienic, niebotycznych palm i stacji kolejowej, wokół której zdaje się toczyć całe życie, dzieje się niewiele, chyba, że akurat tak się zdarzy, że pojawi się polska grupa z solenizantem na czele. Urodziny Krzysztofa obchodziliśmy w lokalnej, rodzinnej restauracji udekorowanej na modłę typowo latynoską – dużo różu, brokatu, myszka Miki i bienvenidos a mi cumpleanos, biało-czerwony tort z truskawkami (kolorystyka chyba jednak przypadkowa), dużo wina, muzykanci, którzy okazali się prawdziwymi artystami (Malaguenia w ich wykonaniu niejedną z pań doprowadziła do łez), tańce, hulanki, swawole. I kilku przechodniów z nosem wlepionym w szybę. Urodziny z taką ilością gringos to chyba niecodzienne zjawisko w Alausi. Droga do Cuenca minęła nam wyjątkowo szybko – impreza urodzinowa samoistnie przeniosła się na pokład autobusu. Chiaski został oficjalnie ochrzczony Cześkiem. I pękło wszystko, co pęknąć mogło. Do Ingapirca, inkaskich ruin, dotarliśmy akurat na typowo andyjski zachód słonca. W rozległej dolinie kumkały żaby i cicho zapadał zmrok – jedna z magicznych chwil, którą wspomina się latami.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS30 stycznia 2014; Banos - Riobamba

Baños de Agua Santa, popularnie nazywane po prostu Baños, to malowniczo położona na stromych uskokach aktywnegp wulkanu Tungurahua miejscowość z sanktuarium Dziewicy Świętej Wody. Baños to także brama do Amazonii, tu bowiem Andy przechodzą w nadamazońską dżunglę - zmienia się klimat – temperatura i wilgotność powietrza rosną, roślinność bucha zielenią, życiem i amazońską, prastarą energią. Główną atrakcję Baños stanowią liczne gorące źródła i kaskady, dlatego też zaczęliśmy od przejazdu tarabitą, staromodnej i kiczowatej urody kolejką linową, przez rzekę Pastaza nad rozległą doliną. Potem poszliśmy krok dalej i na kilkanaście sekund zostaliśmy kondorami – lataliśmy jak ptaki nad kolejną doliną, przypięci w uprzęrzach w pozycji horyzontalno-ptasiej. Początkowo ostrożni, rozkręciliśmy się do tego stopnia, że Ewa i Ilo poleciały na canopy line dwa razy, zdecydowała się też Marysia i Danka, które początkowo sceptycznie podchodziły do idei latania. Świetna adrenalina w pięknych okolicznościach przyrody. Wycieczka do wodospadu Pailón del Diablo (Diabelska Patelnia) dla kilku osób zakończyła się mokro – od tarasu widokowego krętym, niskim chodnikiem wykutym w skale wypełznąć można aż za wodospad. Po lunchowym pstrągu i zakupach na przyparkowych straganach, w samym Baños, raczyliśmy się lekko wzmocnionym sokiem z trzciny cukrowej, przegryzając... trzciną cukrową. Słońce, relaks, drobne zakupy, mnóstwo adrenaliny. Do Riobamby dojechaliśmy offroadową, starą Drogą Wulkanów. Pobliski Tungurahua wypluł trochę wulkanicznego pyłu, kiedy my próbowaliśmy trzcinowych trunków. Potężna dolina, popiół, lahary, ogromne głazy, osuwiska, pozostałości zniszczonych przez lawę domów. Dzień, który zaczął się tak emocjonująco, nie mógł skończyć się prozaicznie. W Riobamba, w hotelu przy koacji i canelaso, rozwinęły się inne talenty naszej grupy - od oratorskich, przez śpiewacze po taneczne i komediowe. Dobrze nam razem.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS29 stycznia 2014; Quito - Park Narodowy Cotopaxi - Banos

Cotopaxi jest drugim na świecie najwyższym, wciąż czynnym wulkanem. Wznosi się na 5897m n.p.m. i wybucha średnio co czterysta lat. Najbardziej spektakularny wybuch miał miejsce w 1878-88, kiedy Cotopaxi przez cały rok pluł lawą, a popioły dotarły aż do wybrzeży Pacyfiku. Od 1904, kiedy miejsce miała ostatnia erupcja, Cotopaxi drzemie. Według sejsmologów na razie nie planuje się budzić. To jednak wciąż jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie, czynny od ponad 4 tysięcy lat.

Autobusem wyjechaliśmy na 4500m n.p.m. Chmury pełzały nisko, zasłaniając potęgę wulkanu. Tu, poza laharami (spływy popiołowe), formacjami zastygłej lawy i rachityczną roślinnością typową dla andyjskiego parano nie ma zupełnie nic – puste, rdzawe od wytrąceń żelaza, poszarpane, nieprzyjazne przestrzenie, po których duje wiatr. Wielka równina u stóp Cotopaxi przed 1904 była głębokim kanionem, który wypełniła spływająca lawa. Do schroniska Jose Rivas na 4864m n.p.m doszło nas trzynastu. Odcinek 264 metrów zabrał nam prawie dwie godziny. Im wyżej, tym bardziej bolał każdy krok. Satysfakcja jednak była jeszcze większa, gdy okazało się, że dotarliśmy wyżej niż Mont Blanc (4810m. n.p.m). Kilkuminutowe zejście tą samą drogą uświadomiło nam jeszcze wyraźniej, jak ciężko poruszać się na takich wysokościach. Sorocze na szczęście nie dopadło nikogo, poza mną ;-).

Rano odwiedziliśmy lokalny targ w Machiachi, ekwadorskiej stolicy ziemniaków. W Ekwadorze hoduje się 26 różnych odmian, w całej Ameryce Południowej występuje około 1200 gatunków. W drodze z Parku Narodowego Cotopaxi do Banos zatrzymaliśmy się w Salasaca na indiańskim targu rękodzieła. Lud Salasaca słynie głównie z tkanych ręcznie, prastarą techniką gobelinów, przedstawiających sceny codziennego życia, my jednak masowo kupowaliśmy kolorowe... hamaki. Wieczorem korzystając z bliskości wulkanów i termalnych wód Banos grzaliśmy się w gorących źródłach. Najtrudniejszy i najwyższy dzień wyprawy za nami.

/ERRATA: Mój ojciec powtarzał mi zawsze - nigdy nie pisz o niczym, czego sama nie przeżyłaś. Miał rację. Nie przeżyłam wyprawy do term w Banos, bo padłam pokonana przez sorocze. Dopiero rano dowiedziałam się, że nic nie wyszło z planów kąpieli w gorących żródłach - za dużo było ludzi i chyba okazali się nazbyt autentyczni. Była natomiast dobra kolacja i dobre wino. I humory dnia następnego przednie./

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS28 stycznia 2014; Termas de Papallacta - Quito

Pierwsza noc na dużych wysokściach rzadko jest gęsta i ciężka od snu, jednak pobudka wśród tropikalnej, pełnej niespotykanych kolorów i form roślinności, nawet o szóstej rano, to czysta przyjemność. Powietrze cudownie rześkie, parujące termy, powoli wyłaniające się zza chmur potężne szczyty okolicznych gór. Z Termas de Papallacta wróciliśmy do Quito, po drodze próbując wypatrzeć jakiegoś kondora. Niestety w całym Ekwadorze żyje ich (według rejestracji) tylko 26 sztuk, w Peru 66, w Kolumbii 4 i w Wenezulei 2. Po dwóch godzinach jazdy ze sporym okładem codziennych korków, wylądowaliśmy w Mitad del Mundo, gdzie najpierw Francuzi, a potem technologia GPS wyznaczyli linię równika. W niewielkim muzeum poznaliśmy fascynującą technikę shrunken heads, którą do dziś stosują plemiona zamieszkujące ekwadorską część Amazonii, tyle, że trofea pozyskują ze zwierzęcych, a nie jak kiedyś ludzkich, głów. Czterdzieści procent ludności Ekwadoru stanowi ludność rdzenna i wciąż istnieją tu pelmiona, które nie utrzymują żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Ludy tych plemion wiedzą, że nie należy sikać w rzece, gdyż w wodach amazońskich żyje pewien gatunek ryby, którą woń uruny przyciąga i zaprasza do osiedlenia się w genitaliach. Wiedzą co znaczy nianta maniaczi czy mai muta kangi (pokaż mi drogę i skąd jesteś), bo ich rodzimym językiem jest keczua, a nie przywieziony z Europy hiszpański. Jedzą świnki morskie i nie widzą w tym żadnego problemu. Na równiku, obok serii zdjęć na obu półkulach, robiliśmy różne eksperymenty mające dowieść odmiennej w tym miejscu siły grawitacji. Woda kręciła się w lewo po jednej stronie linii równika, w prawo po drugiej, a ustawiona dokładnie na linii przeleciała przez zlew nie kręcąc się wcale. Ewa i Marysia odebrały dyplomy za ustawienie surowego jajka na gwoździu. Nikt nie przeszedł prosto po równiku z zamkniętymi oczami i wyciągniętymi do lotu ramionami. Na równiku, wokół całej Ziemi, nigdy i nigdzie nie występują cyklony, tajfuny i huragany. Tutaj istnieje zjawisko zatrzymania i wyzerowania wszystkich sił. Nawet człowiek, stojąc na linii równika stawia mniejsyz opór, ma mniej siły fizycznej i kilogram mniej wagi. Niestety tylko kilogram i niestety tylko przez pierwsze dwa tygodnie. Przez trzy minuty 21 marca i 21 września na równiku nie ma cienia. Wcale. Nocą widać zarówno Krzyż Południa jak i Gwiazdę Północną.

Zaskoczył nas dziś wyjątkowo dobry stan lokalnych dróg. Budowa siatki komunikacyjnej na miarę niemieckich autostrad to obecnie największy priorytet rządu, a właściwie rządzącego od siedmiu lat lewicowego prezydenta Rafaela Correa. Ekwador to czternastomilionowy kraj podzielony na trzydzieści partii politycznych, uważany od kilku lat za jedno z najbardziej bezpiecznych państw Ameryki Południowej. Edukacja do osiemnastego roku życia jest tu darmowa i obowiązkowa, państwowe uniwerstytety są bezpłatne, za opiekę zdrowotną jednak płacić trzeba. W niektórych regionach, jak na przykład okolice Vilcabamba, ludzie dożywają nawet i studwudziestu lat. Główną siłą napędową ekonomii Ekwadoru jest ropa naftowa wędrująca rurociągiem transandyjskim, na dużą skalę eksportuje się banany, róże i krewetki. Do lat 50. ubiegłego wieku Ekwador był największym na świecie eksporterem kakao. Państwo nie ma swojej waluty (sucre) od 1998, kiedy jedyną metodą na zaradzenie ogromnej inflacji było wprowadzenie dolara amerykańskiego. Co ciekawe – nikt nie jest tu za bardzo chętny do przyjmowania banknotów studolarowych.

W Quito podjechaliśmy to monumentalnej Katedry Narodowej (Basílica del Voto Nacional) i stamtąd, drogą Siedmiu Kościołów, czy też Drogą Siedmiu Krzyży doszliśmy do Placu Niepodległości, Konwentu św.Franciszka a następnie La Ronda – miejsca gdzie pierwsi Hiszpanie budowali dwoje domy. To ogromne, rozległe miasto z ludnością sięgającą 2,6 miliona, położone na wzgórzach, o topografii trochę przypominającej La Paz i architekturze delikatnie nawiązującej do Cusco, co nie dziwi, wszak to kolejny, kolonialny ośrodek Ameryki Południowej. Wieczór zastał nas na wzgórzu El Panecillo, w najwyższym punkcie miasta, gdzie pod skrzydłami Matki Boskiej Virgen de Quito, w zapadającym miękko zmierzchu rozgrzewaliśmy się canelaso – lokalnym, gorącym napitkiem na bazie cynamonu, soku jabłkowego i bimbru z trzciny cukrowej. Deszcz lunął w momencie, gdy weszliśmy do hotelu, choć zapowiadał się w internecie na cały dzień. Takie niesprawdzające się prognozy pogody bardzo nam się podobają.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS27 stycznia 2014; Toronto - Panama - Quito - Termas de Papallacta

Kiedy wyjeżdżaliśmy po czwartej rano z Niagara Falls na torontońskie lotnisko, była taka śnieżyca, że poza białą, hipnotyczną ścianą wirującego puchu nie było widać kompletnie nic.

W Panamie, po pięciu godzinach lotu, przechodząc rękawem z samolotu na terminal buchnęła w nas fala tropikalnego gorąca - trzydzieści dwa stopnie, pełne słońce, wilgoć. Półtorej godziny później wylądowaliśmy w Quito. Wysokość 2800m n.p.m., dwadzieścia stopni, rześkie, wysokogóskie powietrze, lekki zawrót głowy. Przez Rezerwat Ekologiczny Antisana i Rezerwat Biologiczny Cayambe – Coca, przekraczając przełęcz w kordylierze wschodniej Andów na wysokości 4200m n.p.m. dojechaliśmy do Termas de Papallacta - położonego u stóp wulkanu Antisana ośrodka słynącego z gorących źródeł. Sama nazwa miejscowości Papallacta to połączenie dwóch słów - hiszpańskich ziemniaków (papas) i keczuańskiej wioski (llacta), tyle, że na tej wysokości nikt ziemniaków nie hoduje, więc nie do końca jest jasne skąd się wzięła. Tu śpimy, grzejemy się w termalnych wodach i zapominamy o ontaryjskiej zimie. Kolejne przygody czekają!

Fidżi - Australia - Nowa Zelandia; listopad 2013

KANGUR23 - 24 listopada, 2013; Fox Glacier - Christchurch

Zanim wszyscy odlecieli (i szczęśliwie dolecieli) do domu, w Fox Glacier, bladym świtem, pięcioosobową ekipą, polecieliśmy helikopterem na lodowiec Fox. Widoczność ostra jak brzytwa, powietrze rześkie, szczyty monumentalne, białe, nienachalnie przypominajace nam, że istnieje w przyrodzie takie zjawisko jak śnieg, który zresztą na pewno czeka już na nas w domu. Czekał. Tyle, że po kanadyjskim śniegu nie biega się w japonkach i nie paraduje z gołym brzuchem, a po lodowcu Fox i owszem. Góra Cook'a, najwyższy szczyt Nowej Zelandii, pokazała nam się w całej okazałości, co ponoć zdarza się stosunkowo rzadko. Do Christchurch wyruszyliśmy chwilę po lądowaniu i przez kolejne filmowe plany i scenerie dotarliśmy późnym popołudniem. Jest taka roślina, przywieziona nieopatrznie na wyspy, wściekle żółta, pewna siebie i ekspansywna (żarnowiec miotlasty), której nikt nie lubi, bo chwaści łąki, wzgórza, cały krajobraz. Tyle, że ten cały żarnowiec, nawet jeśli jest chwastem pospolitym, dodaje zaskakującego uroku nowozelandzkim pejzażom. Pięknie kontrastuje z zielenią łąk i szalonym błękitem jezior. Można by nim było obsadzić Christchurch. Najsmutniejsze miasto świata.

Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło miasto na początku 2011, uprzątnięto gruzy. Puste place straszą szarością, gdzieniegdzie leżą jeszcze resztki zbrojeń, żelazne sztaby, druty - wyprute brutalnie z hoteli, biurowców i kamienic wnętrzności. Wieczorem w centrum kiedyś najpiękniejszego miasta Nowej Zelandii nie ma nikogo poza kilkoma zamyślonymi turystami. Odbudowano kilka hoteli, w zadaszeniu białych namiotów urządzono dyskotekę - tu imprezy w weekendy trwają do świtu, bo nie ma tu nikogo, komu przeszkadzałby hałas. Budynki, w których kiedyś mieściły się butiki, sklepy, banki i kafeterie zastąpiono kolorowymi, blaszanymi kontenerami, zabytkowy tramwaj co jakiś czas robi honorową rundkę wokół nieistniejącego centrum miasta. Christchurch powoli podnosi się z gruzów. Piękna anglikańska katedra ze zdewastowaną fasadą dobitnie świadczy o ludzkiej nieudolności w podejmowaniu decyzji. Rozebrać? Ratować? Budować od zera? Na razie postawiono zastępczą katedrę z papieru. Japońska technologia, czas budowy - dziesięć dni. Nowa światynia zarabia na odbudowę miasta - można tu urządzić konferencję, koncert, a nawet pokaz mody. I nikogo to nie dziwi, nie bulwersuje, bo przecież cel uświęca środki, a miasto musi kiedyś stanąć na nogi. Bo kiedyś stanie. Chyba, że znów zatrzęsie się ziemia...

Ostatni wieczór spędziliśmy wszyscy przy wspólnym stole i nowozelandzkim winie w hotelu Ibis, jednym z niewielu odbudowanych. I każdy z nas doszedł do tego samego wniosku. Fajnie byłoby kiedyś tu wrócić na dłużej.

KANGUR18 - 22 listopada, 2013; Rotorua - Taupo - Wellington - Queenstown - Fox Glacier.

Trawię. Każdego dnia napycham się pięknem po same uszy, a potem trawię. Nowa Zelandia, z każdym dniem i każdym przejechanym kilometrem zachwyca mnie coraz bardziej. Kradnie mi serce. Jest Ziemią Obiecaną, utopijną krainą mlekiem i miodem manuka płynącą, Eldorado, gdzie wciąż po ulewnych deszczach w rzece Arrow znaleźć można samorodki złota. Ktoś mi powiedział - ładnie, ale nudno, niewiele się dzieje. Może i nowozelandzkie miasta nie powalają na kolana, ale przecież nie o miasta tu chodzi. Nie umiem znaleźć w tym kraju żadnych negatywnych stron. Jedyny minus to ogromna dziura ozonowa, która akurat upodobała sobie niebo nad Wyspami. Wszystko inne - krajobrazy, ludzie, środowisko naturalne, klimat, żywność, myślenie, styl życia, zasady i reguły życia społecznego, polityczne idee i rozwiązania, powietrze, przyroda... wszystko praktycznie, od A do Z, od zmierzchu do świtu, jest takie, jakie być powinno. Poza dziurą. I małymi, czarnymi, niezwykle upierdliwymi meszkami, które niemiłosiernie tną. Jest jeszcze jedna kwestia - do niby-raju nie tak łatwo się dostać. Oprócz wszelkich formalności imigracyjno-prawnych trzeba wygrać w totka albo znaleźć obrzydliwie bogatą ciotkę nieboszczkę, która właśnie postanowiła zapisać nam cały spadek. Kawałek ziemi na Południowej Wyspie, stado owiec i niekończące się pokłady świętego spokoju... Po całym ładunku piękna, jakiego się tu najadłam, po Robertowych opowieściach i wszystkich możliwościach aktywnego spędzania wolnego czasu, jakie zapewnia ten kraj, wiem, że na pewno będę musiała tu kiedyś wrócić. Może nie prędko, ale kiedyś na pewno.

Zbliżamy się do mety - zniszczonego przez trzęsienie ziemi w 2011 Christchurch, które powoli podnosi się z gruzów. Pojutrze zaczniemy przez pół świata wracać do domu. Dziś doszliśmy do czoła lodowca Fox Glacier, na jutro zaplanowany mamy lot helikopteram nad lodowcem i do góry Cook'a. Przejechaliśmy szmat drogi (2205 km sam przejazd, z przelotem Wellington - Christchurch: 2641km), głównie w palącym słońcu. Ktoś zapytał wczoraj - to dokąd teraz lecisz? Jakaś kolejna grupa?. Tym razem lecę do domu. Nareszcie.

 

KANGUR16 - 17 listopada, 2013; Auckland - Rotorua

Auckland nie powaliło nas na kolana. Z perspektywy Mt. Eden - powulkanicznego wzgórza - rozległe, zielone i całkiem przyjemnie położone nad zatoką, z bliska okazało się brudnawe, nudnawe i zasiedziane przez lumpów ciągnących tanie wino prosto z gwinta. Taniemu winu nie ma się co dziwić - tu najtańszy sauvignon blanc za dziewięc dolarów kosztuje o niebo lepiej niż większość białych win z Europy, Ameryki Połodniowej i RPA. Queen Street, główną ulicą miasta, przemaszerował protest przeciwko gwałtom, a ekipa monterów przyprawiała rogi wielkiemu reniferowi, który zawisł na fasadzie jednego z centrów handlowych obok słusznych rozmiarów św. Mikołaja. Nie z miast jednak, a z pejzaży Nowa Zelandia słynie, a najpiękniejsze wciąż przed nami.

Zaczęło się od świetlików (glow worms) zamieszkujących jaskinię Waitomo. Świetliki ogląda się z łodzi, w zupełniej ciemności, z niewidocznej, czarnej wody podziemnej rzeki. Wrażenie jest trochę takie, jakby Drogę Mleczną zawiesić sobie dwa metry nad głową. Kilka chwil czystej magii. Przejazd do Rotorua, wulkanicznej doliny, a właściwie ogromnej kaldery, tętniącej życiem i kulturą maoryską, pełen był opowieści o historii wyspy, zwyczajach, tradycjach tak współczesnych jak i pierwszych Nowozelandczyków. Było o maoryskiej sztuce tatuażu, o tym jak przez Unię Europejską hodowla krów i przetwórstwo mleczne wyprzedziły hodowlę owiec i przemysł wełniany, o tarciach Maorysów z potomkami brytyjskich imperialistów, a tym co można zrobić ze strusia, o stosunkach politycznych z USA, o szkolnictwie, drzewach kauri i białym winie. Możemy sobie bowiem być Kanadyjczykami, nie ma jednak jak "swój", polskojęzyczny (a przy tym fajny) przewodnik. No i skończył się problem rozkminiania kluskowatego, australijskiego akcentu. Będziemy tak podróżować przez północną i południową wyspę.

W Rotorua poszliśmy do termalnej wioski Whakarewarewa, gdzie na bulgoczących, plujących siarkowym dymem gejzerach, do dziś mieszkają maorysi. Domy mają oczywiście całkiem współczesne, samochody w garażach i anteny satelitarne na dachach, ale posiłki przyrządzają w naturalnych parownikach, a kąpią się w łaźniach z termalną wodą. Wieczorem w Tamaki Maori Village, oprócz tradycyjnego tańca haka i artystycznych popisów na scenie, w świetnie zaaranżowanej prawiosce weszliśmy trochę głębiej w zwyczaje i tradycje Maorysów. Zaczynamy podbój kraju kiwi, rugby, owiec, miodu manuka i zielonych, wulkanicznych wzgórz, które docenił Peter Jackson, kręcąc tu Władcę Pierścieni... 

 

KANGUR15 listopada, 2013; Gold Coast - Auckland, Nowa Zelandia

Są trzy sytuacje, w których jestem w stanie nie tyle zmusić się do wczesnego wstania, co zrobić to z przyjemnością: samolot o wczesnej godzinie, wyjazd na narty i widok Oceanu za oknem. Tym razem Ocean wytrącił mnie z zawiesiny snu. O szóstej słońce grzało już całkiem mocno - z hotelu, prosto przez mączny, wytrawiony z żółci piasek, pobiegłam w fale. Nic nie stawia na nogi lepiej niż porządny łyk diabelnie słonej wody, którą nie trudno się zachłysnąć, kiedy kolejny morski bałwan przetacza się nad głową. Dobrze nam zrobił ten dzień na plaży. Gold Coast, raj surferów, ma stuprocentowo wakacyjny klimat - w środku tygodnia, zamiast pracować, dziesiątki młodych ludzi wskakuje na deski i śmiga po falach. Jest w tym zjawisku potężna dawka wolności, swobody i zupełnie prostej radości życia płynącej ze słońca, wiatru i wody. Nie chciało się nam zwijać z plaży, pakować walizek, nie chciało nam się wcale do Nowej Zelandii. Wieczorem przetoczyła się kolejna burza, samolot do Auckland wyleciał z lekkim opóźnieniem. Po dziewięciu dniach w Australii i - jakby nie było - bardzo powierzchownym liźnięciu jej natury doszłam do wniosku, że to idealny kraj na emeryturę dla milionerów :-). Tu widać, na każdym kroku, że poziom życia społeczeństwa jest odpowiednio wysoki i luksusowy, dobrobyt ten jednak nie jest ani ostentacyjny ani kiczowaty - wszystko subtelne, wyważone, z klasą. W samym Sydney można by spędzić dwa tygodnie i się nie nudzić. Dłuższe wakacje w Gold Coast musiałyby się pewnie skończyć kursem surfingu, a Melbourne okazałoby się jeszcze bardziej zagadkowym i eklektycznym miastem. Czas jest w dzisiejszych czasach chyba największym przywilejem. Bo przecież nikt nigdy na nic tego czasu nie ma. Urlopu mało, snu mało, rozmów i towarzyskich spotkań mało, czasu dla najbliższych jeszcze mniej... Kawa "to go", jednorazowe sztućce i plastikowe pojeminiki, wszystko w biegu, zalać wrzątkiem, odczekać trzy minuty, gotowe. Przydałoby nam się więcej czasu. Wszystkim. Na wszystko. Bo przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, a my ledwo co poznaliśmy smak Australii...

 

KANGUR13 – 14 listopada, 2013: Great Barrier Reef / Cairns – Gold Coast

Są światy, w których nie ma dzikich tabunów turystów. Światy bez fleszy, bez kolejek, bez szwargotu różnych języków i dialektów, światy bez biletów wstępu. Są na Ziemi miejsca, gdzie jest tak cicho, że usłyszeć możesz własny oddech i subtelne chrobotanie, które zapowiada ogromną, zielono-fioletową, psychodelicznie neonową, głodną rybę, skubiącą rafę. O Wielkiej Rafie Koralowej słyszałam tyle dobrego, co złego – że jest przepiękna i że jest zupełnie zniszczona, że ma kolory tęczy i że drażni oko szarością, że pełno w niej życia i że dawno umarła. Prawda taka, że wszystko zależy od tego z kim i gdzie płyniesz. My popłynęliśmy z Passion of Paradise i była to trafna decyzja. Nowy, piękny katamaran, świetna, dowcipna, bardzo pomocna i profesjonalna załoga, nowy sprzęt, przystępne jak na Australię ceny, a przede wszystkim rewelacyjne miejsca do snorkelingu. Rafa żyje. Ma obłędne kolory i setki tęczowych ryb, ma małe rekiny, płaszczki z błękitnymi cętkami, ogromne żółwie i specyficzną ciszę, jakiej nie ma żadne inne miejce na świecie. Było nas Siedmiu Wspaniałych, a zabawa zaczęła się w momencie prób wciśnięcia się w czarne, piankowe kostiumy, mające chronić przed zimnem i potencjalnymi meduzami. Trzy godziny w wodzie (półtorej przy Coral Paradise i półtorej przy piaszczystej wyspie w środku morskiego błękitu) dziwnie szybko nam minęły. Podwodny świat hipnotyzuje, uspokaja, wycisza i mami. Kto nie poszedł snorklować na rafie, poszedł na spacer, na plażę, albo na basen, a właściwie miejską lagunę, wokół której koncentruje się plażowe życie towarzyskie Cairns. Następnego dnia, przed deszczowe Brisbane dotarliśmy do Gold Coast – Raju Surferów. Hotel tuż przy plaży więc bez wieczornego spaceru nie mogło się obejść. Jutro relaks, piasek, słońce, fale – ostatni australijski dzień przed wylotem do Nowej Zelandii.

 

KANGUR10 – 12 listopada, 2013 – Great Ocean Road – Melbourne – Cairns

Zanim oczarowało nas Melbourne, prosto z lotniska w Avalon ruszyliśmy na Great Ocean Road. Temperatura spadła drastycznie (z 30 stopni w Sydnej, po półtorej godzinie lotu, 10 stopni w Melbourne). Dziś, w Cairns, w strefie australijskiego lasu deszczowego i Wielkiej Rafy koralowej znów dobiła nas wilgoć i wysoki słupek rtęci. Nie tylko temperatury dobitnie świadczą o przestrzeniach i zróżnicowaniu tego kontynentu. Roślinność jest tu zadziwiająca. Wzdłuż Great Ocean Road, w okolicach Parku Narodowego Campbell, rosną tylko niskie krzaki i krzewinki, ostre trawy i skalne porosty. Dwunastu Apostołów (w rzeczywistości dziewięciu, bo resztę zjadł Ocean) i Razorback , należą do jednej z największych geologicznych, krajobrazowych i turystycznych atrakcji stanu Victoria. Po drodze, nim nie wygonił nas jakiś zabugiony w tej okolicy deszcz, karmiliśmy kolorowe papugi – trochę mniej oczywiste od krakowskich gołębi rynkowcyh. Darły się wniebogłosy i wydziubywały ziarna prosto z ręki. Obok, niewzruszone, obojętne na papuzi zgiełk, spały na pobliskich drzewach dwa, zamotane eukaliptusem, miesie koala. Bohaterami zostały jednak pingwiny z Wyspy Filipa i ich niezwykły marsz – systematyczny, codzienny, zawsze o tej samej porze, zawsze z Oceanu wprost od własnego domu. Po zmierzchu, tak by uniknąć drapieżników.

Melbourne to jedno z tych miast, w których mogłabym mieszkać. Bardzo ciekawe architektonicznie (każde możliwe: styl, budulec i idea), w centrum kompaktowe – spacer uliczkami między stacją kolejową a budynkiem starej poczty przez piękne, handlowe arkady, należy do najprzyjemniejszych. Pełno ludzi, darmowy turystyczny tramwaj, ceny w restauracjach bardziej przystępne, czysto na ulicach. Tylko wieje, że głowę urywa, bo dookoła wszędzie równiny po horyzont. Rano samolot do Cairns i trzygodzinna podróż w zupełnie inne miejsce i klimat.

 

KANGURBrisbane - Nadi - Sydney 3 - 9 listopada, 2013

(...) dwa dni na Fiji - dobry bufor bo i zieleń i słońce i plaża. W prawdziwym świecie (tym, w którym żyjemy na codzień) kilka stopni powyżej zera i jesienna szaruga, a tu wielki błękit, kolorowe rybki koralowe, naładowane szczęściem powietrze i miła odmiana w aspekcie czysto ludzkim - po małych, chudych, szczurowatych Azjatach postawni, ogromni, całkiem przystojni Fidżijczycy. Widać rozwojowi gatunku lepiej służy dieta oparta na mięsie ludzkim niż kocim (Fidżi było największym na świecie ośrodkiem kanibalizmu). Co dziwne, dieta ta ewidentnie wpływ ma głównie na mężczyzn - kobietom jednak lepiej służą koty - Azjatki mają o niebo więcej gracji i wdzięku od kwadratowych, dosyć męskich, postawnych wyspiarek. Wczoraj w miejscowości Navilawa, położonej daleko w górach, próbowaliśmy tradycyjnego napoju kava kava, przyżądzanego z solidego bulwiastego korzenia i wątpliwej czystości wody (nikt jakoś nie skarżył się na problemy żołądkowe, może pomogła przybasenowa, popołudniowa tequila?), oglądaliśmy orchidee w ogrodzie botanicznym Śpiącego Olbrzyma, a w kolejnej wiosce Viseisei trafiliśmy na uroczystości popogrzebowe i wojskową orkiestrę w pełnym umundurowaniu. Mieszkańcy są niespotykanie mili, każdy macha, krzycząc bula, bula, co znaczy tyle, co "cześć". I wszyscy myślą, że jesteśmy z Quebecu, bo nasz język, skoro nie przypomina angielskiego, musi być dziwną odmianą francuskiego. Wyspa żyje z turystyki - głównie ekskluzywnych resortów na różnych wyspach archipelagu, oraz z hodowli trzciny cukrowej... i tak jedna opowieść płynnie przechodzi w drugą... choć ta należy już do zupełnie innego czasu i miejsca. Ale o tym już jutro. Z Sydney.

 

Czasami zupełnie nowe miejsca wymagają dużo uwagi i czasu. Niełatwo jest ogarnąć najmniejszy kontynent świata, ułożyć na nim mozaikę ze słów, znaczeń, oczarowań i zachwytów. Australia, głównie w wymiarze turystycznym, choć i codzienność lubi zaskakiwać, jest absurdalnie droga. Od małej butelki wody za cztery dolary, przez t-shirt za czterdzieści po domy wartości kilkudziesięciu milionów dolarów. Nadroższy, za sześćdziesiąt dwa miliony, kupił ostatnio jakiś chiński biznesmen, który postanowił wysłać swoje dzieci na jeden z uniwersytetów w Sydney, a co za tym idzie – zapewnić im przyzwoity dach nad głową. Samo miasto, położone nad zatoką Port Jackson na rozległych wzgórzach, przez co porównane jest czasami do San Francisco, ma urok, szyk, klasę i atmosferę, jakiej nie spotka się prawdopodobnie nigdzie na świecie. W portach sennie kołyszą się jachty (co czwarty mieszkaniec Sydney ma własną łajbę), przy plażach o zmierzchu i świcie krecą się rekiny, szaleńczo kwitną żakarandy, a lewostronny ruch na zaskakująco wąskich, krętych ulicach sprzyja powstawaniu kilometrowych korków. Pierwsze spotkanie okazuje się tak zaskakujące, jak z niewyjaśnionego powodu oczywiste – w Phillip’s Foot, gdzie jedziemy prosto z lotniska na lunch, dziewczyna pracująca w barze okazuje się Polką. Eddie, nasz przewodnik, przypomina za to Greak Zorbę, a ciężki australijski akcent kierowcy zupełnie nie przypomina angielskiego słyszanego gdziekolwiek w Ameryce Północnej.

Zbudowana z piaskowca najstarsza część miasta, w którym historia zaczęła się ledwo 225 lat temu (pierwsza osada w miejscu dzisiejszego Sydnej została założona przez Brytyjczyków 26 stycznia 1788 roku) to osobliwa, acz pełna uroku, mieszkanka starej architektury brytyjskiej z nowoczesnymi rozwiązaniami. Londyńskie budki telefoniczne i antyczne, czerwone skrzynki pocztowe kontrastują ze szkłem biurowców, historyczne puby (z połowy XIX wieku) – Lord Nelson Hotel czy The Hero of Waterloo uwielbiane przez lokalnych piwoszy z nowoczesnymi restauracjami, pełnymi po brzegi super eleganckich klientów. To zjawisko najbardziej chyba odróżnia Sydnej od wszystkich wielkich miast Ameryki Północnej, a nawet i Europy – wieczorami (głównie w weekendy) potężny tłum Sydejczyków wylega na ulice miasta, wychodzi na kolacje, drinki, towarzystkie spotkania, a dodać trzeba, że wychodzi w wielki stylu – brak tu amerykańskiej niedbałości i bylejakości – dziewczyny wystrojone, na niebotycznych szpilach, w mini kieckach, zrobione jak na bal, panowie w marynarkach, wypastowanych butach, rozsiewający zapachy drogich wód kolońskich – wszyscy z jakąś taką, naturalną, niewymuszoną swobodą, uśmiechem, bez pompy, bez nadęcia... tak jakby duża dawka słońca, wody i wiatru dawała im permanentne poczucie wolności i luzu.

W Sydney nie czuje się wyobcowania – próbowaliśmy na różne sposoby zmieszać się z tłumem - kilka osób wybrało się na balet do Opery, kilka na wieczorną sesję fotograficzną, ktoś zniknął w jakiejś bramie rozrywkowej dzielnicy King’s Cross, ktoś zapatrzył się na rekiny w Oceanarium, ktoś wpadł na piwo do najstarszego pubu w mieście Lord Nelson Hotel, kogoś zmógł sen. Była degustacja win w Hunter Valley i rewelacyjne, robione ręcznie, według starych, domowych receptur, lokalne sery. Była wyprawa do Blue Mountains, o których kolorze decydują ogromne połacie lasów eukaliptusowych i niezapomniana wizyta w Featherdale Wildlife Centre, gdzie mieszkają kangury, wallabies, oposy, wombaty, najpiękniejsze na świecie, zupełnie zamotane, misie koala. I jeden, samotny krokodyl, który nikogo nie lubi (do tego stopnia, że pożarł dwie swoje potencjalne partnerki).

Zanim zdążyliśmy najeść się sydnejskim powierzem, trzeba było ruszać dalej. Powiedziano nam – Melbourne nie będzie wam się podobało bardziej... może to tylko lokalny patriotyzm?

Tajlandia - Laos - Wietnam - Kambodża, 2013

Angkor War reflectionSiem Reap - Bangkok - Brisbane..., 1 - 3 listopada, 2013

W pewnym momencie znów zgubiłam się w czasie. To musiało być gdzieś na nabrzeżu w Brisbane. A może wcześniej - w kambodżańskiej wodnej osadzie na jeziorze Tonle Sap. Gdzieś w załamaniu czasoprzestrzeni dostałam smsa - "daj znać czy wszystko ok, mam nadzieję, że nie byłaś na tym statku, który zatonął". Nie miałam internetu, nie miałam pojęcia, gdzie, jaki statek, dlaczego i kiedy. Leżałam na kanapie w hali odlotów czekając na samolot na Fidżi i marzłam w mrozie klimatyzatorów. Jedna grupa przeszła płynnie w drugą, jedna opowieść wpadła w nurt kolejnej. Kilka kolejnych godzin lotu, wyszarpane, samolotowe drzemki, film o policjantkach z Sandrą Bullock, kilka check-in na Facebook - krajobraz się zmienił, zmieniła się półkula, pora roku, godzina, klimat i krajobrazy.

W ruinach Angkoru była masa ludzi. Przewodnik powiedział, że w lipcu i sierpniu nie ma prawie nikogo, poza intensywnym deszczem. Skwar. Kolejki do zdjęcia koło pochłoniętej przez drzewa bramy z Tomb Rider. Ostatnie zakupy na nocnym targu, a potem już droga do Bangkoku nocne połączenie lotnicze z Australią...

Dwa dni na Fiji - dobry bufor bo i zieleń i słońce i plaża. W prawdziwym świecie (tym, w którym żyjemy na codzień) kilka stopni powyżej zera i jesienna szaruga, a tu wielki błękit, kolorowe rybki koralowe, naładowane szczęściem powietrze i miła odmiana w aspekcie czysto ludzkim - po małych, chudych, szczurowatych Azjatach postawni, ogromni, całkiem przystojni Fidżijczycy. Widać rozwojowi gatunku lepiej służy dieta oparta na mięsie ludzkim niż kocim (Fidżi było największym na świecie ośrodkiem kanibalizmu). Co dziwne, dieta ta ewidentnie wpływ ma głównie na mężczyzn - kobietom jednak lepiej służą koty - Azjatki mają o niebo więcej gracji i wdzięku od kwadratowych, dosyć męskich, postawnych wyspiarek. Wczoraj w miejscowości Navilawa, położonej daleko w górach, próbowaliśmy tradycyjnego napoju kava kava, przyżądzanego z solidego bulwiastego korzenia i wątpliwej czystości wody (nikt jakoś nie skarżył się na problemy żołądkowe, może pomogła przybasenowa, popołudniowa tequila?), oglądaliśmy orchidee w ogrodzie botanicznym Śpiącego Olbrzyma, a w kolejnej wiosce Viseisei trafiliśmy na uroczystości popogrzebowe i wojskową orkiestrę w pełnym umundurowaniu. Mieszkańcy są niespotykanie mili, każdy macha, krzycząc bula, bula, co znaczy tyle, co "cześć". I wszyscy myślą, że jesteśmy z Quebecu, bo nasz język, skoro nie przypomina angielskiego, musi być dziwną odmianą francuskiego. Wyspa żyje z turystyki - głównie ekskluzywnych resortów na różnych wyspach archipelagu, oraz z hodowli trzciny cukrowej... i tak jedna opowieść płynnie przechodzi w drugą... choć ta należy już do zupełnie innego czasu i miejsca. Ale o tym już jutro. Z Sydney.

 

Angkor War reflectionHo Chi Minh City - Phnom Penh - Siem Reap, 29 października - 1 listopada, 2013

W Saigonie saigon. Ruch, piękna tropikalna ulewa i kolejne zmagania komunikacyjne z azjatycką odmianą agielskiego. To, że motorbikes tworzą się motorbajsy, to jeszcze nic - tu electricity ewoluuje w electric-city, gentlemen dostają niewiadomo skąd wyraźnie "t" na końcu, frytki zmieniają się we fren fraj i tylko sformułowania takie jak "hey lady buy something" czy "money, gice me money" - wszędzie brzmią tak samo głośno i zrozumiale. W tunelach Cu Chi, gdzie chowali się żołnierze Vietcongu w czasach wojny z Amerykanami, strzelaliśmy z AK47 i pełzaliśmy w podziemnych korytarzach, przejście graniczne, dzięki niewielkiej łapówce nie zabrało nam zbyt wiele czasu, wieczorem w stolicy Kambodży Phnom Penh, zamiast przebierać się za potwory i świętować Halloween, wybraliśmy masaże i wieczorne spacery nadrzeczną promenadą. Dziś uświadomiłam sobie, że posiadanie króla i tutaj generuje koszmarne różnice społeczne - złoto pałacu kontrastuje zbyt wyraźnie z bylejakością zbudowanych na palach domów, by można nie zwrócić na ten dysonans uwagi. Do Siem Reap jechaliśmy dobre siedem godzin, bo po ostatniej powodzi droga nabrała zgrubień, dziur i uskoków. W S-21, muzeum Pol Pota i reżimu Czerwonych Khmerów sprzedawał swoje książki (tak jak i w zeszłym roku) jeden z siedmiu, którzy przeżyli więzienny koszmar. Nie wiem jak ten człowiek potrafi praktycznie każdego dnia wracać w to samo miejsce (miejsce, o którym pewnie wolałby zapomnieć), patrzeć na druty kolczaste, puste cele, plac, gdzie torturowano ofiary i każdego dnia uśmiechać się szeroko, szczerze, dobrodusznie. Tak, jaby wszystko, co widział i przeżył było tylko snem. Widać taka charakterologiczna uroda mieszkańców tego kraju - po reżimie bardzo szybko potrafili pozbierać się z popiołów, odkreślić przeszłość i pójść do przodu.

Nieuchronnie zbliżamy się do końca trasy. Jutro jeszcze cały dzień w ruinach Angkoru, a potem podróż do Bangkoku, ostatnie zakupy, pakowanie i powrót prosto w listopadowe szpony.

Dziś po drodze do Siem Reap w Spider Village jedliśmy (najodważniejsi) smażone tarantule, pasikoniki i czarne żuki nieznanego pochodzenia). W autobusie furrorę zrobiła peruka Andrzeja. Taka namiastka Halloween :).

 

Angkor War reflection Luang Prabang – Hanoi – Ha Long Bay – Ho Chi Minh City, 26 – 29 października, 2013

W Hanoi pięćdziesiąt róż kosztuje dwa dolary. A Toyota Camry osiemdziesiąt pięć tysięcy. Dolarów oczywiście. Podatek rządowy wynosi dwieście procent wartości samochodu. Mało kogo stać na taki luksus, wszyscy więc jeżdżą na motorach, skuterach i motorowerach, które przez naszego przewodnika o wdzięcznym imieniu Nguyen (połowa, jeśli nie więcej, Wietnamczyków ma tak na imię bądź na nazwisko) zostały przedstawione jako „motorbajs”. Zrozumienie azjatyckiej wersji angielskiego bywa niewyobrażalnie trudne, a bez dobrego słuchu muzycznego staje się czasami wręcz niemożliwe. Nguyen nazywany dla ułatwienia Win, bądź Winner (każdy z przewodników ma przygotowany jakiś nick name mający ułatwić turystom komunikację) i tak radził sobie całkiem nieźle. Stolica zaatakowała nas brzęczeniem i ruchem wielkiego ula. Wietnamczycy są tak mali, drobni i niepozorni, że prawie wcale ich nie ma. Tyle, że ta mikro skala dotycząca jednostki urasta do skali makro w wymiarze tłumu – Hanoi ma siedem milionów mieszkańców, Sajgon dziesięć, a Hai Phong z niewielkim, zaplutym lotniskiem – dwa miliony. Zimą Wietnamczycy jedzą psy, bo psina rozgrzewa. Restauracje nazywane Little Tiger specjalizują się w potrawach z kotów. Nguyen ze śmiechem przyznał – w Wietnamie jemy wszystko co się rusza. Dla potwierdzenia jego słów na drodze z Hanoi do Ha Long minęliśmy motorbajs obładowany klatkami i workami pełnymi miauczących kotów, a chwilę potem kolejny – z klatkami, w których przewożono psy. Motorbajs przewożą wszystko – stosy niebieskich, plastikowych krzeseł, popakowane w paczki jajka, długie na trzy metry bambusowe tyczki, stare silniki, a nawet wodne bawoły ze spętamymi nogami, przerzucone przez tylne siedzenie (tych niestety nie udało nam się zobaczyć na własne oczy). Na ryżowych polach pracują głównie kobiety – mężczyźni za chlebem pouciekali do dużych miast. Różnice społeczne są ogromne. Za opiekę medyczną i edukację wszyscy muszą płacić. Największe majątki mają partyjni, biznesmeni i złodzieje. Dziwny to rodzaj komunizmu. Jakiś taki kapitalistyczny... W ogromych zakładach za Hanoi pracę znaleźli mieszkańcy wsi – produkują apartaty Canon, tyrając po kilkanaście godzin dziennie za żałośnie niesprawiedliwe wynagrodzenie. Nie mają wyboru i pracodawcy świetnie o tym wiedzą. Jawny, oczywisty, akceptowalny wyzysk. A Canonem można przecież zrobić takie dobre zdjęcia... Inwestycje rządowe straszą przy drodze - gołym okiem widać, że nikt tu nie potrafi planować – ani wydatków ani osiedli. Szkielety domów epatują betonem i pustymi oczodołami okien, zarastają bujną ścianą chwastów – nie wprowadzi się tu żadna rodzina, bo nikt nie wpadł na pomysł by zaplanować budowę szkoły i supermarketu, a do miasta jest za daleko. Podobny los spotkał linię kolejową do Hanoi – wiadukt kończy się w szczerym polu, w urwanej, ryżowej przestrzeni – inwestorom zabrakło funduszy. Benzyna w ontaryjskich cenach. Zniknęły towarzyszące nam od początku wyprawy potężne posągi Buddy, pojawiły się za to dziwne, wąskie (metr, półtora metra szerokości), długie, kilkupiętrowe domy. Wietnamczycy mieszkają wzdłuż, a farby zazwyczaj starcza tylko na fasadę. Najlepszy dochód generuje policja, najczęściej z łapówek. Przekroczenie prędkości czy jazda pod wpływem akoholu są surowo karane, ale na ulicach dużych miast piwo piją wszyscy i to w niemałych ilościach, siedząc na mikroskopijnych, plastikowych krzesełkach. W miastach prawdziwe życie toczy się na chodnikach – tu się je, pije, rozmawia i dobija targu. Świat duchowy pełen jest przesądów i zabobonów – w Hanoi pogrzeb odbywa się dwukrotnie – po pięciu latach od pierwszego wyprawia się huczną imprezę, umrzyka wykopuje o północy, bo według wierzeń słońce spala dusze umarłych i nie mogą dostać się do nieba, kości składa do porcelanowej trumienki i chowa ponownie. Kobiety nie wychodzą za mąż w niektórych latach życia (dwudziestym pierwszym, trzecim, szóstym i ósmym) bo ponoć przynosi to pecha. A śluby zazwyczaj odbywają się w poniedziałki.

Na zatoce Ha Long, na odnowionej łodzi Gray Line Cruise (w remont włożono pięćset tysięcy dolarów) załogi było prawie tyle co nas – osiemnastu mini-marynarzy latało jak w ukropie. Wszyscy w białych spodenkach, niebieskich t-shirtach i białych czapkach wyglądali jak gromada pociesznych smurfów. Taka praca to dla nich wielka szansa, w większości pochodzą z małych wiosek, a tu, na statku mogą zarobić nawet 200 dolarów za miesiąc. Średnia pensja w Wietnamie to 300 USD. W Hanoi trochę więcej. Turystyka na Zatoce Ha Long rozkwita coraz pełniej z każdym kolejnym rokiem – w przyszłym dostępne mają już być helikoptery i panoramiczne loty nad Zatoką. Atrakcja dostępna będzie raczej tylko latem, przez krótki okres, kiedy w tej części Wietnamu pojawia się słońce, a niebo nabiera głębokiego błękitu. Mgła nadaje mogotom mistycyzmu, a i tak przecież każdy chce zrobić pocztówkowe zdjęcia, których nie trzeba potem podciągać w Photoshopie. Zachciało nam się zostać dłużej na zatoce, pokręcić się między wapiennymi ostańcami, zajrzeć w czeluście jaskiń, sprawdzić co kryje się pod powierzchnią wody, złapać jakieś kałamarnice, opanować sztukę wycinania kwiatów z korzenia białej rzodkwi... Samolot do Sajgonu jednak by na nas nie zaczekał, więc z bólem serca zeszliśmy na ląd. Na wodzie minął nam półmetek wyprawy. W Ho Chi Minh City przywitał nas ulewny, ciepły deszcz i przewodnik-żartowniś, z którym jutro zwiedzamy miasto. Jakby nie było - niezły Sajgon.

 

Angkor War reflection Chiang Rai – Pakbeng (Laos), 24 - 25 października, 2013

W Pak beng sporo od zeszłego roku sporo się zmieniło – w lodge obok telewizorów pojawiło się wi-fi oraz klimatyzatory, których zastosowanie trudno zrozumieć – w oknach i tak nie ma szyb (zainstalowano moskitiery), więc zimne powietrze natychmiast ucieka w laotańską noc. W centrum miasta (jedna ulica, która zyskała „światowy” wygląd tylko dzięki kilku hostelom i nielicznym przydomowym resturacyjkom) nie zmieniło się dla kontrastu zupełnie nic – nadal handluje się wszystkim, przy czym „wszystko” wygląda jak dobrze przeczesane wysypisko śmieci. Jedyną przydatną do czegokolwiek rzeczą, którą można by kupić okazała się saperka (sam szpadel bez rączki), tyle, że na łodzi jest toaleta, więc jej zastosowanie również pozostaje problematyczne. Po przygranicznym chaosie w Laosie otrzymaliśmy (jednak wszyscy) wizy wjazdowe i tym samym chwilę po dziewiątej rano opuściliśmy Tajlandię, by łodzią, z biegiem Mekongu, dotrzeć do Luang Prabang. Ponoć sporo mamy szczęścia, bo nie dalej jak wczoraj przeszła tędy potężna ulewa i część łodzi nie wypłynęła na rzekę. Wody, brunatnej, niosącej wypłukane z gór gliniaste zbocza, jest faktycznie dużo. Piękne słońce, bryza, bujna, buchająca zielenią i wilgocią przybrzeżna roślinność. W górskiej wiosce bida z nyndzą, śliczne, małe, umorusane gołodupce sprzedające ręcznie robione bransoletki, i radośnie goniące się między chatami prosięta. Skwar. Przepłynęliśmy 190 kilometrów. Zostało 270, wytwórnia laotańskiego wina ryżowego i jaskinie pełne statuetek Buddy.

Wczoraj zaczęło się w Białej Świątyni - Wat Rong Khun – mojej ulubionej na całej trasie, do imentu współczesnej, nowoczesnej, pokazującej zło, grzech, a zamiast scen z życia Buddy – problemy dzisiejszego świata i jego superbohaterów – spidermana, batmana, Michaela Jacksona i kung-fu pandę. No i ten złoty pawilon mieszczący... wychodki. W wiosce Długich Szyi (Karen Village) niektóre twarze wydały mi się dziwnie znajome :-). We wracaniu do tych samych miejsc to jedna z rzeczy, które lubię najbardziej – znajome twarze. Przewodnicy, którzy po kilku wycieczkach przechodzą do kategorii dobrych znajomych, a nawet przyjaciół, powtarzający się artyści, performerzy, sprzedawcy, hotelowi recepcjoniści... w Złotym Trójkącie na granicy Tajlandii, Laosu i Birmy chodziliśmy pod brzuchami słoni przy przyciągnąć więcej szczęścia (słoni posągowych oczywiście), robiliśmy zdjęcia z małymi buddyjskimi mnichami, a niektórzy nawet pokonali stromiznę schodów do zrujnowanej świątyni na wzgórzu z widokiem na rzekę i trójkątną granicę trzech państw. W chaosie przygranicznego targu Mae Sai najlepszą zabawę mieliśmy w sklepie z perukami, a na nocnym targu w Chiang Rai zostało tylko kilka osób – reszta wybrała resortowy basen i wieczorny relaks. W Mae Sai widziałam mnóstwo preparatów wybielających skórę – tu jasna karnacja jest symbolem bogactwa, dobrze płatnej pracy w biurze z klimatyzacją, społecznego statusu. My wystawiamy się na każdy przebłysk słońca udając potem, że pół życia spędzamy w karaibskich resortach, a tu za biel naszej skóry moglibyśmy pewnie dostać w zamian kilka słoni. Ot zwykła ironia towarzysząca wszystkim i wszystkiemu – zawsze chcemy coś innego niż mamy. A trawa po drugiej stronie rzeki jest zawsze bardziej zielona.

 

Angkor War reflection Bangkok - CHIANG RAI 22 - 23 października, 2013

W Tajlandii nie wolno mówić źle o Królu. Nie warto też obrażać Jego Wysokości chociażby na fejsbuku, bo tajne służby mogą taki wpis wyłapać i na przykład odmówić wjazdu do Tajlandii przy kolejnej okazji. Nie mam w sumie nic złego do powiedzenia czy „zapostowania” na temat Króla, bo nie znam człowieka. Co nie zmienia faktu, że zastanawia mnie głęboko cały ten magiczny nimb, który go otacza. Bo na przykład nie sposób dojść do tego jak ten Król w ogóle wygląda. Ma osiemdziesiąt pięć lat, a wszystkie jego przydrożne i naścienne portrety (nie jest ich mało) pokazują go w sile wieku, czyli w okolicach późnej trzydzestki. Z Królowymi i Księżniczkami jest podobnie – mijamy portret kolejnej w drodze na pływający targ – piękna kobieta o nieskazitelnej, białej cerze, ani jednej zmarszczki mimicznej, podejrzana obecność photoshopa, a Nancy, nasza lokalna przewodniczka z uśmiechem oświadcza, że księżniczka właśnie skończyła pięćdziesiąt dziewięć lat. Zawsze wydawało mi się, że Księżniczki i Królowie mieszkają w bajkach, a tu się okazuje, że Tajlandia pretenduje do miana bajkowej krainy. Bo tu naprawdę wszyscy Króla kochają. W muzeum Królowej Sirikit w Pałacu Królewskim w Bangkoku, gdzie wystawiono jedwabne stroje i suknie Jej Wysokości, wyświetlany jest film o królewskim projekcie pomocy dla północy Tajlandii i uruchomieniu na szeroką skalę hodowli jedwabników i produkcji jedwabiu. Nigdy by mi nie przyszło go głowy, żeby pisać list z życiowego zakrętu do Królowej z prośbą o pomoc. Może dlatego, że nigdy nie miałam Królowej. Może dlatego, że boga w człowieku mogłabym dostrzec prawdopodobnie tylko po jakiś ciężkich środkach odurzających. Może dlatego, że inaczej mnie wychowano. Mam nadzieję, że nie wierząc w boskość królewskiego majestatu w żaden sposób go nie obrażam... bo chciałabym jeszcze wrócić do Tajlandii, najchętniej na dlużej i na kurs gotowania. :-)

Dziewięćdziesiąt sześć procent Tajów to buddyści. W samym Bangkoku jest koło czterystu świątyń, w kraju – około trzydziestu tysięcy. Może to częsta medytacja, może główna zasada buddyzmu – czyń drugiemu tak, jak chcesz by tobie czyniono - sprawiają, że Tajowie mają w sobie niekończące się pokłady spokoju. Nikt nie nikogo nie trąbi, choć do czołówki kierowców naród ten raczej nie należy. Nikt się nie przepycha w tłumie (Chińczycy mogliby się sporo nauczyć). Styrane życiem i pracą staruszki sprzedające smażone ma bieżąco kokosowe naleśniki na pływającym targu, pogodnie uśmiechają się do obiektywu. Ludzie często się uśmiechają. Zapytaliśmy dziś naszego przewodnika w Chiang Rai jak to jest z tymi zasadami w buddyzmie, skoro pierwszą jest – nie zabijaj, a za posiadanie narkotyków grozi tu kara śmierci. Okazuje się, że podstawowa idea buddyzmu – świadomość – zakłada możliwość zaistnienia sytuacji zakazanych, kiedy to istnienie jest zasadne. W imię prawa, głodu czy obrony zabić można (ach, w przypadku głodu – zwierzę oczywiście, nie człowieka, choć w sumie nie wiem dlaczego to niby takie oczywiste ;-). W imię lepszej sytuacji można skłamać, w potrzebie socjalizacji można pić (buddyzm zabrania kłamstwa i alkoholu). Sprytnie. 

Siedemdziesiąt procent Tajów zajmuje się rolnictwem. Kraj jest drugim po Wietnamie największym eksporterem ryżu na świat. W drodze na pływający targ mijaliśmy farmy... krewetek i hodowle morskiej soli, używanej między innymi do zasalania anchois (jak twierdzi google transtalor – sardeli). Zrodziło się problematyczne pytanie – czy anchois aka sardele to te same śmieszne, małe rybki, które robią fish massage... Nancy twierdzi, że nie, ale pies ich tam wie...

Na farmie krokodyli oglądaliśmy dwóch wariatów, którzy wsadzali krokodylom w paszcze własne głowy i ręce, magiczne sztuczki podczas których przedmioty znikały i pojawiały się w najdziwniejszych momentach (na szczęście pan magik nie znikną nikogo z nas) i pokaz z udziałem słoni, które kłaniały się, tańczyły, grały w piłkę nożną i schodziły z areny trzymając się nawzajem za ogony. W wiosce kulturowej Rose Garden Village po spektaklu pokazującym zwyczaje, historię i kulturę Tajlandii, na słoniach odbyliśmy też rytualne kółko wokół różanych krzewów. Słonie, podobnie jak krokodyle, wywołały u mnie pewien konflikt moralny – bo o ile słoń strzelający bramki, czy bujający trąbą w takt muzyki prezentuje się dosyć pociesznie, o tyle sama idea uczenia słonia takich sztuczek (czy wyciągania za ogon totalnie ogłupiałego krokodyla z wody) nie bardzo mieści się w mojej prywatnej definicji szacunku dla zwierząt. Na szczęście (bądź nieszczęście, wszystko zależy od punktu widzenia) setki turystów takich dylematów nie ma. Najfajniejszy to był maleńki słoń, który się urodził trzeciego października. Ledwo trzymał się na nogach i jeszcze nic nie wiedział o swoim piłkarskim przeznaczeniu.

Wieczór zakończył się w Silom Village, już po powrocie do stolicy, podczas kolacji i pokazu klasycznego tańca tajskiego do dźwięków udajacych muzykę, a których kakofonicznym brzmieniem KGB mogłoby z powodzeniem torturować przesłuchiwanych. Dziś od rana Dzień Buddy – najpierw widzieliśmy tego ze złota, który waży 5.5 tony, zrobiony jest z osiemnastokaratowego kruszcu (jako laik w kwestiach błyskotek nie wiem czy to dużo czy mało, ale ponoć całkiem całkiem) i jest nawiększym na świecie złotym posągiem Buddy, potem tego szmaragdowego ze świątyni Pałacu Królweskiego, a na koniec leżącego w Wat Pho i kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset innych statui usadowionych w całym kompleksie świątynnym. Andrzej z Winnipegu nauczył się liczyć do dziesięciu po tajsku, a my z autobusowych lekcji zapamiętamliśmy kapkun’ka i kapkun’krab (żeńska i męska forma słowa dziękuję) oraz chian-rakun  co w oryginalne pisowni: C̄hạn rạk khuṇ (ฉันรักคุณ) znaczy „kocham Cię”. Ponoć można powiedzieć także rakun-krab – wyjątkowo romantyczne wyznanie miłości. Jest głęboka, ciepła, cicha, świerszczowa noc w Chiang Rai. Jutro kolejny piękny dzień. Life is good.

 

Angkor War reflection Bangkok. 21 października, 2013

Nie mam pojęcia gdzie doszło do załamania czasoprzestrzeni - niedojże nagle nastał 21 października, to jeszcze okazało się, że to poniedziałek, a nie niedziela. Nie żeby daty, czy dni tygodnia miały jakiekolwiek znaczenie - po prostu zupełnie zagubiłam się w czasie. Od momentu w którym wyszłam z domu do momentu, gdy wczoraj w nocy dotarłam do hotelu przy lotnisku w Bangkoku minęły 43 godziny, z czego przynajmniej 12 do dziś udaje nieistnienie. Znajdą się pewnie na samym końcu i przywloką ze sobą jakiś gigantyczny jetlag. Tymczasem wszyscy jesteśmy w stolicy Królestwa Tajlandii, z zupełnie niezrozumiałych wzglęgdów nazywanej (stolicy, nie Tajlandii) Miastem Aniołów. Ewentualna zmiana nazwy na Miasto Upadłych Aniołów byłaby bardziej adekwatna. Były masaże, tajska kuchnia i wieczorne myszkowanie po PatPongu. Anielice wyległy na mokre po błyskawicznej ulewie ulice. Nie miały widać parcia na szkło i notorycznie ustawiały się zadnią częścią do obiektywu. Gdyby im zapłacić pozowałyby pewnie lepiej niż Linda Evangelista. Przy słynnej seksturystyce w Bangkoku pojawił się nowy, konkurencyjny nurt - powstają ulice-dzielnice z chłopcami... dla chłopców. Trochę mi tu wonieje dyskryminacją płci, bo jeśli dziewczyny są dla chłopców i chłopcy są dla chłopców, to co jest dla dziewczyn? Podróbki markowych torebek na PatPongu? Jest jeszcze więcej skuterów i wychudzonych, miauczących przeraźliwie kotów. Upał i huk te same. Przejście przez ulicę walką o byt. I generalnie miasto lepiej wygląda nocą niż za dnia. Jak i te odpicowane, wymalowane Anielice. Ot i Bangkok - przypudrowany równo, z doklejonymi, sztucznymi rzęsami, na niebotycznych szpilach. Obudzi się rano w odorze gnijących śmieci, spalinach i gęstniejącym upale. Dziesięć milionów mieszkańców stolicy musi przecież jakoś zarobić na miskę ryżu.

 

Angkor War reflection Toronto. 18 października, 2013

Samolotu jeszcze nie ma na płycie lotniska. Nie ma kolejki do odprawy. Nie ma nas na lotnisku. Jeszcze chwila. Jeszcze kilkanaście godzin. Czas zatoczył kolejne koło. Plecak znów spakowany, posegregowane dokumenty, rezewacje, wydruki, waluty (zawsze jakieś drobniaki się po kieszeniach pochowają). W Niagara Falls ciepła, pastelowa, głęboka jesień. Poranki rześkie, wieczory coraz bardziej przenikliwie zimne. Po tamtej stronie globu jest dwanaście godzin różnicy czasu i trzydzieści trzy stopnie celsjusza. Może i Bangkok nie jest moim ulubionym miastem na świecie, ale nie mogę się już doczekać półtoragodzinnego tajskiego masażu, masażu stóp z akupresurą, wonnego masażu głowy... i shrimp red curry:-). Nigdzie tajskie jedzenie nie smakuje tak, jak w Tajlandii. I nigdzie nie robią tak dobrych, a przy tym śmiesznie tanich masaży. Jedzie nas siła drzemiąca w Dwudziestu Dwóch żądnych nowych wrażen i przygód. Komu w drogę temu United. I Etihad.

Kolej Transsyberyjska, 14 września - 2 października, 2013

Transsyberiada30 września - 2 października, 2013. Pekin - Toronto

Na dworcu kolejowym w Pekinie czysto i pusto. Za główną bramą budynku dzika, wezbrana, falująca rzeka ludzi. My ponad nurtem, bo od Chińczyków jednak jesteśmy znacznie wyżsi, więc łatwiej się znaleźć, czy też może trudniej zgubić. Nad miastem wisi gruba, tłusta warstwa smogu. Na Wielkim Murze oglądamy głównie mgłę. Może dlatego łatwiej się wspinać po pierońsko stromych schodach aż do trzynastej wieży - nie widać jak daleko i wysoko trzeba iść. W stolicy najludniejszego państwa świata trwają przygotowania do tygodniowych obchodów narodowego święta. Ruch zamochodowy zapycha głównie arterie miasta, gęstnieje tłum chińskich turystów z prowincji. W Zakazanym Mieście leje jak z cebra. Wypogadza się dopiero w Świątyni Nieba. Nagle okazuje się, że i nad Pekinem niebo może być niebywale niebieskie. Kupujemy pamiątki made in china - perły, kołdry z jedwabiu, jadeitowe ozdoby, podrabiane markowe ciuchy. Kaczkę po pekińsku popijamy raczej słabym chińskim piwem. I już czas, już pora powrotów, pakowania walizek, pożegnań i rozstań. I tylko żal, że do domu nie da się stąd wrócić pociągiem... bo jakoś tak już przywykliśmy.

Transsyberiada28-29 września, 2013. Ułan Bator – Pekin

Step. Pusto. Do horyzontu straszliwie daleko. Pojedyncze jurty. Stada półdzikich koni. W mijanych wioskach wieje smutkiem i beznadzieją. Znów step. A potem Gobi. Kilometry pustyni. Pusto. Płasko. Do horyzontu jeszcze dalej, choć wydawało się, że dalej już być nie może... Pociąg jest się sterylnie czysty. A prowadnice nie są już tak miłe, jak te w rosyjskim składzie. Za to mają fioła na punkcie sprzątnia. Co godznię któraś lata ze szmatą i ściera niewidzialny kurz z czerwonego chodnika na korytarzu. Przez całą drogę trwa wielka wojna podjazdowa o dostęp do toalet. Toalety otwierane są według widzimisie najważniejszej prowadnicy. A w zasadzie głównie są zamknięte – bo sprząta, bo zaraz będzie stacja, bo właśnie była stacja, bo tak. Nocą dojeżdżamy do granicy z Chinami. Cała procedura przekroczenia granicy zabiera pięć godzin. Najwięcej czasu pochłania rozłączenie wszystkich wagonów, ustawienie ich na trzech równoległych torach, kolejne podniesienie i wymiana kół na te o właściwym dla Chin rozstawie. Zastanawiamy się czy aby nie łatwiej, szybciej i taniej było po prostu zmienić pociąg. Dojechać jednym do granicy mongolskiej, przejść z bagażami do podstawionego składu chińskiego i ruszać dalej. Jednak z jakiegoś powodu procedura rozmontowywania pociągu na części pierwsze i wymiana kół jest praktykowana dwuktornie każdego dnia. Na pierwszą chińską stację wjeżdżamy kilka minut po północy. Jest czysto, schludnie, klomby, drzewa i krzewy równo przycięte, z głośników płynie hipnotyczna chińska piosenka. W nocnym powietrzu, rześkim i przejrzystym nie widać jeszcze zapowiedzi smogu. Musiał pojawić się w nocy, wkraść bezszelestnie w przestrzeń, kiedy niczego nieświadomi spaliśmy kołysani nerwowym turkotem pociągu. Rano był już wszędzie – gęsta, szara zawiesina – ni to dym ni to mgła. Rozmazał linię horyzontu, oblepił drzewa, góry, wnętrza tuneli, rozproszył światło, przygarbił niebo. Tu też go pełno. W Pekinie pełno jest smogu, ludzi, samochodów i neonów. Przed wieczornymi zakupami pojawia się tylko jedno pytanie, co kupić, skoro tu WSZYSTKO jest made in China...

 

Transsyberiada26-27 września, 2013. Ułan Bator – Park Narodowy Gorkhi Terelj, Mongolia.

Są miejsca w Ułan Bator, które bez naciągania i kurtuazji można uznać za ładne. Buddyjska świątynia Gandan, która łączy trzy style: mongolski, tybetański i chiński, z mnichami śpiewającymi chanty, bezzębną staruszką sprzedającą ziarno dla setek gołębi, gruchających na pagodowych dachach i wewnętrzym placu, z dymem kadzideł i sprzedawcami mongolskich malunków na wyprawionej, krowiej skórze – to wszystko tworzy świat zupełnie niepodobny temu poza murami świątni. Największy Budda Azji, którym tak chwali się Ułan Bator – Megjidjanraising, za dwa lata (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem) będzie miał konkurencję, powstaje tu bowiem projekt jeszcze większy – Budda, który na razie doczekał się tylko stóp. Drugim miejscem w stolicy Mongolii, przy którym zatrzymują się nieliczne o tej porze roku wycieczki, jest plac Chingis Khaana z siedzibą rządu. Nam przydarzył się ślub i wdzięczna wycieczka przedszkolaków – mongolskie dzieci są niezwykle otwarte i przyjazne, nie wstydzą się obcych, pozwalają się fotografować, a na najmniejszy prezent reagują z olbrzymią euforią.

W Parku Narodowym Gorkhi Terelj kończy się jesień. Lada dzień nomadowie zaczną zwijać swoje jutry i przenosić się na zimę do cieplejszych domów. Klimat Mongolii, skrajnie kontynentalny, należy do tych najbardziej nieprzyjaznych ludziom i zwierzętom - choć powierzchniowo Mongolia jest pięć razy większa od Polski – mieszka tu niecałe trzy miliony ludzi. Latem upały sięgają powyżej 30 stopni C, zimą temperatura spada poniżej trzydziestu. Jest sucho. Pada rzadko i mało – tak deszczu jak i śniegu. Wieje. Nam trafiła się pogoda – marzenie. Słońce, wiatr porywisty, ale nie przenikliwy, noc ciepła, jak na tę porę roku. Pomogły też piece w jutrach, w których na noc napaliliśmy drewnem. Przestrzenie puste i potężne, dopiero w Parku pojawiły się żółknące modrzewie, skarłowaciałe brzozy i pasma wiatrem wyrzeźbionych skał. Będąc w Mongolii nie można nie dosiąść konia. Wprawdzie dziki pęd po stepie pozostał w sferze marzeń – nasze konie wlokły się raczej powoli i niezbyt żwawo, głównie zainteresowane kępkami wyliniałej trawy - to i tak zabawa była przednia. Sama komunikacja z koniem rozumiejącym wyłącznie po mongolsku przedstawiała się mocno komicznie. Wieczorem wszyscy zebraliśmy się w jednej jurcie na nocne Polaków rozmowy i słynne kawały Jurka. Rano wybraliśmy się na spacer do buddyjskiej świątyni położonej na zboczu góry – dobry trening przed kolejnymi godzinami w pociągu do Pekinu. Widok ze światyni na jesienną, rozległą, cichą dolinę – bezcenny. Choć Park jest silnie ukierunkowany turystycznie i takich obozów jak nasz jest sporo, koniec sezonu to gwarancja spokoju i bezruchu. Mieliśmy także okazję zajrzeć do prawdziwej nomadzkiej jurty, skosztować tradycyjnej mongolskiej herbaty z mlekiem i solą, sera z mleka jaków, suszonego na twarde suchary jogurtu i tego naturalnego też. Niektórym strzelanie z łuku poszło lepiej niż degustacja niepasteryzowanych mlecznych produktów ;-). Wieczorem, już w Ułan Bator kolacja w mongolskim BBQ, a dla nielicznych, którzy zdecydowali się pójść – wcześniejszy show folklorystyczny. Niesamowite widowisko, zaskakująco oryginalne i ciekawe jak na tak jałowy krajobrazowo kraj. Jutro skoro świt – pociąg do Pekinu.

 

Transsyberiada18-25 września, 2013. Moskwa - Irkuck - Ułan Ude - Ułan Bator.

Monumentalizm to ta cecha Rosji, która pierwsza rzuca się w oczy. Drugą jest, chyba genetyczna, przekazywana z pokolenia na pokolenie, potrzeba szpiegowania. Czy to carskie pałace, czy sowieckie podziemia – wszędzie pełno tajnych przejść, ukrytych komnat i pokoi, sekretnych labiryntów... W Moskie istnieje nawet specjalna, owiana tajemnicą linia metra, której używał Stalin, a która ponoć do dziś służy ściśle tajnych operacjom rządowym. Gdyby tak odciąć górną warstwę Moskwy, odsłonić podziemny świat – najbardziej pracowite terminy poczułyby się zawstydzone potęgą i sprytem rosyjskiego umysłu...

Koleją transsyberyjską mogłabym jechać w nieskończoność, ale niestety, nawet Rosja gdzieś się kończy. Istnieje jakaś ostatnia stacja, jakiś cel podróży, jakieś miejsce, gdzie tory nikną, milknie stukot i chrzęst. Pierwsze godziny podróży to próba zorganizowania życia na kilkadziesiąt kolejnych godzin na przedziałowej mikroprzestrzeni – na początku wydaje się, że nie sposób pomieścić bagaży, siatek z prowiantem i samych siebie, ale po jakimś czasie wszystko i wszyscy znajdują swoje miejsce. W korytarzu już wrze kipiatok – czas na pierwszą herbatę, ewentualnie chińską zupkę instant. Pierwszego dnia wypełzamy na porannej stacji w miejscowości Balezino, przecierając zaczerwienione oczy. Okazuje się, że wcale nie jest już tak rano, choć rześkie powietrze sugeruje wczesny poranek. Minęła pierwsza po południu czasu moskiewskiego. W podróży czas jest względny – jeden w pociągu, ten moskiewski właśnie, którego trzymamy się nie zważając na to, o której robi się ciemno, a o której dnieje, czas pokazywany przez zegary na wszystkich stacjach oraz ten drugi – czas na zewnątrz pogiągu, czas w mijanych wioskach i brzozowych, jesiennych zagajnikach, który zmienia się co kilkaset kilometrów, dotrzymując tempa słońcu. Syberyjska jesień towarzyszy nam przez ponad pięć tysięcy kilometrów aż nad Bajkał. Czas przestaje być istotny. Dochodzimy do siebie po pierwszej nocnej, pociągowej imprezie. Drugiego dnia wszyscy czują się jak u siebie w domu. Gramy w karty, czytamy książki, gadamy – w zależności od składu osobowego w przedziałach – od receptur na kiszenie żuru po polityczne aspekty postsowieckiej Rosji. Pociąg miarowo toczy się po torach. Brzozy, brzozy, rozsypująca się wioska, brzozy, rozsypująca się fabryka, brzozy, trochę iglaków, skrawek przestrzeni, brzozy... ktoś musiał celowo posadzić je w równym rzędzie wzdłuż torów by zasłoniły podróżnym widok – nie tak dawno nawet widoki były przecież zakazane... Okazuje się, że istnieje trzydzieści wykonań besame mucho. Że nawet jak nie ma flaszki, to jakaś się znajdzie. Że babuszka z Charkowa podróżująca do córki do Pekinu wie kto to był Swedenborg, a nie wiedzą tego młode Szwedki. I że na stacjach jest pełno wychudzonych psów, a nie widać żadnych handlujących domowym jedzeniem babuszek. Brak babuszek martwił nas chyba najbardziej. Prowadnica powiedziała, że policja ciągle je przegania. W końcu, w Barabińsku pojawiły się na peronie! Sprzedawały wędzone ryby z okolicznych jezior, bliny z twarogiem, pielmieni, gotowane ziemniaki na gorąco, zawinięte we wczorajszą gazetę i foliowy worek, wareniki, twarogowe racuchy, żurawinę i sosnowe orzeszki. Były też na stacji Ilanskaya. A potem już tylko peronowe kioski i kolejne kulawe, głodne psy. Dziewczyny na samym początku obłaskawiły prowadnicę porządną butelką Crown Royal i potem już z niczym, nigdy nie było problemu. Trzeciego dnia zaczęło do nas docierać, że niedługo będzie trzeba wysiadać, że Irkuck zbliża się w zawrotnym tempie turkotania pociągu. Wysiedliśmy w sercu Syberii o 23:47 czasu moskiewskiego. W rzeczywistości była prawie piąta rano. Przejechaliśmy 5135 km.

Nad Bajkałem pogoda jak na zamówienie. Paweł odebrał nas ze stacji, czekały już domki z potężnych drewnianych bali w lesie koło Listwianki nad Angarą – jedyną rzeką uchodzącą z Bajkału. Brzozy z jesiennym ogniu, błękit, pełne słońce. Jurek z Tadeuszem po zmierzchu poszli popływać w lodowatej rzece, bo jak tu będąc nad Bajkałem nie zanużyć się w jego odmęty, reszta grupy wybrała cieplejszą opcję – sesję w rosyjskiej bani. Wędzone na gorąco omule szybko zyskały status najlepszej jedzonej kiedykolwiek ryby. W porzuconej, opustoszałej wiosce, do której dopłynęliśmy wiekową rybacką łajbą, tuż przy torach kolei krugobajkalskiej, oglądaliśmy całkiem niezłe obrazy w najdziwniejszej galerii świata – drewniana chatka wyglądająca na niezamieszkałą, otwarta dla każdego, komu wpadłoby do głowy do niej zajrzeć, w dwóch izbach mieściła kilkanaście płócien z syberyjskimi pejzażami. Kika metrów dalej rzeźbiarz-dziwak wyrabiał piękne meble z okorowanych, wygładzonych, białych bali. Najgłębsze jezioro świata musi kryć w sobie wiele tajemnic i istnień, o jakich ichtiologom się nawet nie śniło. Nam wystarczy fakt istniena omula. Oczeń wkusnaja rybka. Sam Irkuck okazał się zaskakująco ciekawym architektonicznie miastem, pełnym, niestety mocno zaniedbanych, starorosyjskich drewnianych domów ze zdobionymi, zazwyczaj błękitnymi okiennicami. I choć wciąż sporo tu śladów po twórczym, betonowym rozmachu stalinizmu – to właśnie ta drewniana architektura tworzy klimat miasta – szczególnie zimą musi być tu pięknie.

Nocnym pociągiem dojechaliśmy do Ułan Ude i stąd autobusem do Ułan Bator w Mongolii. Przekraczając granicę pociągiem czeka się na bocznicy nawet i do 10 godzin - wszystkie procedury paszportowo-celne i zmiana rozstawu kół, bo przecież tory już węższe, lubią przeciągać się w nieskończoność. Nam przeprawa graniczna zajęła tylko dwie godziny, pomimo, że nie było jeszcze praktycznie żadnej kolejki i tylko Pawłowa wiza nie podobała się celnikom. Do stolicy Mongolii – dotychczas drugiej po Manili najbrzydszej stolicy (a zarazem uznanej za najzimniejszą na świecie) dojechaliśmy przez stepowe pustkowia, uprawne pola i pastwiska, trąbiąc co jakiś czas na nieforne stada krów, kóz i owiec. Nocujemy w Kempińskim. A jutro w jurtach na stepie!

 

Transsyberiada13-17 września, 2013. Toronto - Pekin - Nowosybirsk - St.Petersburg - Moskwa

Pierwszy raz zupełnie pogubiłam się w czasie. Kilka godzin snu po kubańskich szaleństwach z grupą z Małopolski, walizka pakowana w półśnie i porannym, jesiennym już mroku, trzynaście godzin lotu do Pekinu, pięć do Nowosybirska i jeszcze cztery z okładem do St. Petersburga. Pijąc szybką kawę przy Krasnym Prospekcie nie mogłam dojść do tego jaki właściwie jest dzień tygodnia. Była niedziela. Deszczowa, syberyjska niedziela schyłku lata w trzecim (i pewnie jednym z najbrzydszych, bądź też w jedym z wielu brzydkich) mieście Wielkiej Rosji. Przesiadka w Nowosybirsku nie mogła przecież zatrzymać się na lotnisku... autobus do Dworca Centralnego (jeszcze tu wrócę, szlak kolei transsyberyjskiej wiedzie właśnie tędy) kosztował całe 35 rubli, a ponieważ na zewnątrz temperatura wynosiła jedyne osiem stopni (po trzydziestu kilku w Santa Lucia to jednak spory szok) kierowca grzał atmosferę do dwudziestu pięciu pomagając sobie głośnym ruskim techno. Patrząc na Nowosybirsk z samolotu zrozumiałam dlaczego Rosjanie tyle piją. Tego ogromu, przestrzeni wylanej po horyzont betonem, rozciętej plującymi dymem kominami, odrysowanej od linijki, surowej, szarej, niepojętnie smutnej – bez wódki nie rozbjerjosz. A dalej? Jak jest tam, dalej?... Moje próby komunikacji pozostawiają sporo do życzenia, ale przynajmniej, po dziesięciu latach nieużywania języka, jestem w stanie dogadać się w najprostszych sprawach. Co ciekawe – obok tabunów hiszpańskich słówek, przychodzą mi do głowy całe frazy z dialogów przerabianych z podręcznika na lekcjach rosyjskiego... A wy mnie skazytie gdie nachoditsa astajanka taxi. Tak czy inaczej umiejętność rozszyfrowania bukw dalej już pewnie komfort. Po kilku dniach w pociągu będę razgawarit kak maladiec!. 

W Petersburgu wylądowałam jako ostatnia – cała grupa doleciała kilka godzin wcześniej lotami przez Kopenhagę, Amsterdam, Rzym, Warszawę i Sztokholm. Tu przytłoczył mnie kolejny ogrom – kapiący złotem, przerysowany, kiczowaty carski przepych. Carskie Sioło, Peterhoff i Ermitaż należą do absolutnej czołówki kiczu w architekturze. Nie wiem nawet gdzie w kanonie piękna można by je umiejscowić. Wrażnie robią te carskie wnętrza potężne – kandelabry, przestrzenne sale balowe, lustra mnożące w nieskończoność złoto dekoracji, kaflowe piece, krucha, niezwykle gustowna porcelana, stiuki, mozaki, obrazy, kilimy, meble, a pomiędzy prawie namacalny szelest sukni Carycy Katarzyny II, rżenie konie Piotra I, chichot, wirujące w powietrzu drobinki pudru sypiącego się z peruk... Wielkość leżeć musi w rosyjskiej duszy od zarania dziejów, bo czy za cara czy za bolszewika wszystko musiało być ogromne, przestrzenne i monumentalne. Tak, kiedy myślę o Rosji nasuwają mi się dwa słowa – przestrzeń i monumentalność. Larisa, nasza petersburska przewodniczka w ciągu dówch dni przelała w nas ładny kawałek historii, kultury i obyczajowości byłego Leningradu. I choć nikt z nas pewnie nie zdał by testu z wiedzy o dynastii Romanovów, carskich potomkach dziecieciu dzieci Pawła i kochankach Katarzyny II – mamy już całkiem wyraźny obaz carskie Rosji. Obraz, który Larisie udało się wyłuskać z mroków naszej pamięci – bo przecież gdzieś to już wszystko było – na lekcjach historii, w kinie, w literaturze i piosenkach. Drugiego wieczoru część grupy skusiła się na tradycyjne wykonanie Jeziora Łabędziego, kolejnego – wszyscy poszliśmy do Teatru Nikolajevskiego na wieczór folkloru rosyjskiego. W międzasie (międzyczasu na zakupy nigdy nie brakuje) upłynniliśmy trochę rubelków na ruskie czapy z komunistycznymi gwiazdami, matrioszki, porcelanę, wydawnictwa książkowe i filmy na dvd. A i tak największym powodzeniem cieszył się zestaw podróżno-turystyczny złożony z czterech metalowych kieliszków w skórzanym pokrowcu zdobnym w jakimś socjalistyczny symbol.

Mamy też już za sobą pierwszy przejazd koleją – nocny pociagiem sypialnym z Petersburga do Moskwy, w którym większość czasu i tak została przebalowana w wagonie restauracyjnym. Dziś Moskwa w pierwszej odsłonie. W powłóczystym kroku zmęczonych nóg, rozmazanym obrazie niewyspanych oczu. W słońcu. Kreml, Plac Czerwony, Wróblowe Wzgórza, Katedra Moskiewska, byłe budynki KGB, domy i apartamenty partyjnych z czasów bolszewizmu i czasów zupełnie współczesnych... I absolutnie niesamowite metro ze stacjami tak wymyślnie zaprojektowanymi, że nie pozostawiają żadnych wątpliwości – to może być tylko Rosja! Jutro Arbat, jutro rejs po Moskwie i wieczorny pociąg do Irkucka. Realne zagrożenie czterema dniami bez internetu... ale ile za to opowieści będzie, gdy znów złapiemy kontakt ze światem...

 

Strona 1 z 4