Znajdujesz się tutaj: Blog
 
 

Nasz Blog

Podróże przemyślenia porady

Argentyna - Brazylia; 2 - 17 maja 2012

Argentyna - Brazylia 201215 - 17 maja 2012; Buenos Aires - Toronto

No i wróciliśmy do domu. Pełni wrażeń, wspomnień - jak zawsze po egzotycznej podróży w nowe miejsca (no dobra, w moim wypadku - w miejsca na nowo odkrywane:-). Ostatniego dnia w Aires strajkowali pracownicy metra, znów więc zatonęliśmy w dżungli, tym razem tej betonowej, tłocznej i rozpędzonej. Zakupy, ostatnie wizyty w muzeach, księgarniach, Teatrze Colon, kawiarni, gdzie mieszkańcy Aires przychodzą potańczyć tango, w restauracjach i pubach. Wieczór wcześniej sami próbowaliśmy opanować podstawowe kroki tanga podczas godzinnej lekcji w Tango Complejo. Zdjęcia pojawią się wkrótce. Opowieści snuć będą się jeszcze długo.

Argentyna - Brazylia 201213 - 14 maja 2012; Buenos Aires - Colonia del Sacramento

Stało się coś dziwnego. Za czwartym, a może i piątym razem, podczas pobytu w Buenos Aires zauważyłam, ze Paryż Południa jest absolutnie obłędny. Do tej pory Buenos wydawało mi się jednym z wielu miast, niczym specjalnie nie zdołało mnie oczarować. Nie wiem czy to głęboka jesień i pastelowe światło, które miękko odkłada się na bruku La Boca, płynące z maleńkich sklepików rzewne nuty tanga, kafejki pełne niespiesznego, uśmiechniętego tłumu, może ta monumentalna architektura schyłku XIX wieku, może historia ognistego acz leniwego społeczeństwa, a może fakt, że po kilku latach podróży po krajach trzeciego świata inaczej patrzy się na piękno w czystej, europejskiej formie. Inaczej spaceruje się po szerokich alejach w szeleszczących liściach pod japonkami, kiedy całe Buenos zasuwa w jesiennych kozakach. Dziś kolejny cudowny dzień upłynął nam leniwie w urugwajskiej Colonii del Sacramento, czas pogubił się gdzieś w wąskich, osiemnastowiecznych, portugalskich uliczkach, uleciał z wrzaskiem zielonych papużek, rozpłynął się w brunatnej wodzie Rio de la Plata. Jeszcze dwa dni w Aires. Jeszcze dwa dni...

Argentyna - Brazylia 201210 - 12 maja 2012; Foz do Iguacu - Ciudad del Este - Puerto Iguazu - Buenos Aires

Nie tylko przetrwaliśmy Black Friday w Paragwaju - udało nam się nie zbankrutować i nie zagubić w zalewie chińskiego badziewia. W Puerto Iguacu złapał nas fatalny, rzęsisty deszcz, tak jakby wody w wodospadach było za mało. Mokrzy nie wiadomo od której wody ratowaliśmy się jednorazowymi pelerynami i gorącą herbatą. Garganta del Diablo i Salto Bossetti wygrały konkurs piękności. Tak jak padać miało od 3 po południu, tak padało do 3 po południu. Kiedy wsiadaliśmy do sypialnego autobusu Via Bariloche do Buenos Aires, niebo znów było błękitne i bezchmurne. W prowincji Misiones sporo akcentów polskich, które nawet przez okno były widoczne. Takie, jak tablica "Częstochowa" w miejscowości Wanda, o której opowiadała nam wcześniej Ewelina. Jechaliśmy więc przez urzekające, pełne dziwnej, pierwotnej energii krajobrazy ulepione z czerwonej ziemi i soczyście zielonej roślinności na południe. W boskim Buenos Aires zastał nas rześki, jesienny poranek. Trzeba było wyciągnąć cieplejsze ciuchy z walizek. Cały dzień spędziliśmy na estancji jeżdżąc konno, wsuwając argentyńską wołowinę asado przepijaną czerwonym winem z Mendozy, oglądając popisy gauchos, ścigając się na krowich skórkach po pampie w szeleście zeschłych liści. Osobliwe zjawisko jak na połowę maja. Jutro ruszamy na podbój Paryża Południa :).

Argentyna - Brazylia 20127 - 9 maja 2012; Rio de Janeiro - Foz do Iguazu

Drugiego dnia w Rio znalazła się amazońska zguba. Znów w komplecie wsiąkliśmy w miasto - to u stóp Christo Redentor na garbie Corcovado, pełne turystycznego jazgotu, to wśród dwustuletnich palm i orchidei ogrodu botanicznego, w to plażowe, rozśpiewane polską nutą w barach przy Copacabanie, to o smaku caipirinii, miasto kontrastów i wiecznych wakacji. Miasto, które ma dwie pory roku - lato i piekło. Miasto, które kompletnie zwariowało z powodu Mistrzostw Świata w Piłkę Nożną w 2014 i Olimpiady 2016, co odbija się głównie w cenach absolutnie wszystkiego. Wciąż jednak... w moje ulubione miasto na świecie. Następnego dnia, po spacerze Ipanemą i dwugodzinnym locie wylądowaliśmy w Foz do Iguacu. Po wczorajszym show folklorystycznym dziś dostaliśmy piękny, słoneczny dzień w brazylijskim Parku Iguacu Falls, który z lotu ptaka (helikopreta) odsłania dopiero swój rozmach i potęgę. Ptaki (te prawdziwe, głośne, skrzeczące i barwne) odwiedziliśmy w Parku Ptaków. Upał trochę męczy, a i tak wszystkich dziwi niezwykła ilość tlenu. Wielkiej wody trochę mniej niż jesienią, ale wciąż robi piorunujące wrażenie... Jutro w Paragwaju w Ciuad del Este 70% off na wszystko... wrócimy do Toronto chyba tylko statkiem...

Argentyna - Brazylia 20123 - 6 maja 2012; Manaus – Amazonia – Manaus – Sao Paulo – Rio de Janeiro

Nie możemy uwierzyć, że minęły dopiero cztery dni odkąd wylądowaliśmy w sercu Amazonii, w dwumilionowym Manaus. Wydarzyło się już tyle, że wystarczyłoby na całkiem niezłą powieść. W Amazonii czas płynie zupełnie inaczej. Nie przeszkadza mu ciągły dzwonek telefonu, brzęczenie wiadomości tekstowych, „like on Facebook”, wieczorne wiadomości – nie przeszkadza mu prawdę mówiąc zupełnie nic. Płynie leniwie z wodami Rio Negro, zlewa się z żółtawym odmętem Rio Solimoes i znika gdzieś w zalanej puszczy. Jest prawie 30 metrów wody więcej niż w porze suchej. Tropikalne, gwałtowe ulewy potrafią w kilka minut przemoczyć do suchej nitki wszystkich, którzy wbrew pogodzie wybrali się na połowy piranii. Woda w rzece – żółtawa od niesionych z nurtem zbutwiałych roślin i czerwonej, żelazistej ziemi - jest ciepła i pozwala na codzienne kąpiele. Można godzinami siedzieć i patrzeć przed siebie – na deszcz, na rzekę, na niekończącą się, podtopioną zieleń, przepijając upływające leniwie minuty lokalnym rumem w doborowym towarzystwie, w którym nigdy nie brakuje powodów do śmiechu. W międzyczasie przybierania postaci leniwców obserwowaliśmy życie dżungli nie mogąc nadziwić się jak niewiele jesteśmy w stanie dostrzec. Bo dziura w ziemi wcale nie wyglądała jak ślad jaguara, wąski ślad ciągnietej jakby po glinie gałęzi wcale nie przypominał śladu pancernika, nigdy nie wpadlibyśmy na pomyśł, że w gałęziach jakiegoś krzaka może płynąć pitna woda, że nocne ryki to wołania małp i że one gdzieś w krzakach naprawdę siedzą, choć tak trudno nam było je dostrzec. Gdyby nas ktoś tak samych na tę rzekę łodzią wypuścił wrócilibyśmy do logde twierdząc, że nic poza stadem wrzaskliwych papug nie widzieliśmy na brzegu – przewodnicy potrafili wyłapać każdy ruch, odnaleźć ukryte w liściach iguany, leniwce i kolorowe ptaki, a nocą schwytać kajmana gołymi rękami. I wcale nie jest pocieszające, że nie umieliby się poznać na sezonowych obniżkach w dżungli z betonu. Odpoczęliśmy trochę przez te trzy dni od cywilizacji po to, by wrócić w jej samo sedno – barwne, rozedgrane, wiecznie szczęśliwe Rio de Janeiro. Jednemu udało zrelaksować się tam bardzo, że zagubiony w czasie i przestrzeni nie stawił się na umówionym miejscu o umówionej godzinie i nie zdążył na samolot. Czekamy więc na niego w Mieście Boga włócząc się po Copacabanie bo wciąż, mimo nocnego lotu przez Sao Paulo, mamy niespożyte zasoby energii. Jest w tym mieście coś magnetycznego, nieśmiertelnego, niezywkle magicznego... Widok z Pao de Acucar na zatokę Guanabara i Chrystusa z Corcovado hipnotyzuje, uliczna muzyka zmusza nogi do tańca, ocean wprowadza w stan rozmarzenia i tęsknoty. Tak, to dopiero czwarty dzień naszej wyprawy, a mamy już tyle historii do opowiedzenia...

Argentyna - Brazylia 20122 maja 2012: Toronto - Manaus

Powietrze lepi się do ciała. Jest ciemna, głęboka amazońska noc. Wylądowaliśmy szczęśliwie w Manaus w Brazylii. W samolocie z Panamy siedzący obok chłopak opowiadał mi o nurkowaniu na Galapagos, prądach, z którymi mierzyć się mogą tylko doświadczeni płetwonurkowie i migracji ryb, dokładnie takiej jak w "Gdzie jest Nemo?". Potem wyjął niewielki notebook i opowieść nabrała kolorów - miał mnóstwo zdjęć i filmów z podwodnego świata. Niezły wstęp do jutrzejszych połowów piranii w Amazonce i piraruku na obiad - ponoć najlepszej ryby lasu deszczowego. Kawał świata znów pokonaliśmy i choć jeszcze nikt za bardzo nie zdaje sobie sprawy, że oto znajdujemy się na progu słynnego Zielonego piekła jutro rozpoczynamy amazońską przygodę. I to w sposób niezwykle kulturalny, bo wizytą w tutejszej operze - Teatro Amazonas. Potem znikniemy w gąszczu na kolejne dwa dni, relacja będzie więc spóźniona lekko, za to gęsta od wrażeń. O ile nie zjedzą nas piranie...

Indonezja - Malezja - Brunei - Filipiny - Hong Kong - Singapur - grudzień 2011 / styczeń 2012

Bali12 stycznia 2012: MANILA - HONG KONG - TORONTO

Jak się skończyła cała historia? Szczęśliwie. Wszyscy dotarli do domów cali i zdrowi. Jedni wcześniej, inni trochę później. w Winnipegu było -16, w Toronto -10, w Chicago -2, w Nowym Jorku -1, a w Miami 23 stopnie Celsjusza. Na Mindoro nieustannie 30, różnica więc w większości "naszych" miejsc była niemniej drastyczna jak różnica czasu. Manilę, stolicę Filipin, jak zgodnie doszliśmy do wniosku - można by zaorać - takich korków nie ma chyba nawet w New Delhi. Ładna jest starohiszpańska zabudowa - katedra, kilka klimatycznych uliczek. Byłoby jeszcze ładniej, gdyby nie amerykańskie bomby, które zniszczyły lwią część manilskiego piękna. Poza starówką - kłębi się w kurzu jedenaście milionów ludzi, którzy przybyli do stolicy w poszukiwaniu lepszego bytu. Takie to czasy, że kto ma pieniądze ucieka z miasta na wieś, gdzie kupuje kawałek świętego spokoju, a kto pieniędzy nie ma - gnieździ się w mieście wierząc w łatwiejszy zarobek. Filipiny wciąż postrzegane są jako kraj trzeciego świata. W stolicy, w oparciu o tanią siłę roboczą, pełną parą produkują: Philips, Honda Motors, Husqvarna, Dagg Kortejn, Danone czy Wrangler. A pracować jest komu - filipińskie rodziny należą do jednych z najliczniejszych na świecie. Bohater narodowy tego kraju - Jose Rizal - urodził się w połowie XIX wieku jako siódme z kolei dziecko w jedenastoosobowej rodzinie. Moda na wielodzietność trwa na Filipinach do dziś, co nie zostaje wprawdzie bez wpływu na problem przeludnienia, ale ma jedną, podstawową zaletę - Filipińczycy są nadzwyczaj uprzejmi i serdeczni. Poza Manilą, która w godzinach szczytu staje się piekłem - Filipiny przypominają raj na ziemi. Gdyby nie huragany i zatrzęsienie rosyjskich wycieczek można by uwierzyć, że trafiło się dziwnym zrządzeniem losu do Edenu, Arkadii czy innej mitycznej Krainy Szczęśliwości. Dziś, siedząc już za biurkiem w Toronto, karmię zmarznięte spojrzenie zamkniętą w fotografiach bielą piaszczystych plaż Boracay, zamiast sycić się bielą śniegu za oknem. I chyba trochę rozumiem jak czuli się Ewa i Adam, gdy dawno, dawno temu ktoś wyrzucił ich z Raju.

Bali 8 - 10 stycznia 2012: FILIPINY: CLARK – WYSPA MINDORO, SABANG

Z Kota Kinabalu do Clark, położonego półtorej godziny na północ od stolicy Filipin Manili, wykonaliśmy ostatni lokalny przelot. Rano jeszcze niektórzy próbowali na niedzielnym malezyjskim targu kupić dwa koty za 500 ringitów, wieczorem koty z Borneo zastąpiły luzońskie kotki z Fields Avenue. Clark przez lata służyło jako amerykańska baza wojskowa. I choć Zbawiciele Świata jakiś czas temu się stąd wynieśli zostały po nich hangary, lotnisko (dziś służące jako cywilne choć na takie nie wyglądające) i tęskne spojrzenia czarnych, lekko skośnych oczu. Smutne są nocne kluby w Clark. Dziewczyn czekających na białasów z wypchanymi portfelami, którzy wróżą lepszy byt na kilka dni dla ich malutkich dzieci, jest ogrom. Nie tańczą jak Rosjanki i Ukrainki w torontońskich klubach go-go, nie robią striptizu ani magicznych sztuczek, w których przodują Tajki w Bangkoku. Filipinki w Clark stoją w skąpych strojach kąpielowych, smętnie poruszając biodrami, smutne, czekające na Dolarowego Księcia w Potrzebie. Do spółkowania z podtatusiałymi Książętami (to ci z kategorii: „znowu w życiu mi nie wyszło”) zmusza je najczęściej bieda – dla własnej rodziny są w stanie zrobić bardzo dużo. Rodzina na Filipinach znaczy wszystko. Już w centrum handlowym rzuca się to wyraźnie w oczy. Oprócz butików, sklepów i stoisk mnóstwo jest mini placów zabaw dla dzieci – kąciki plastyczne, huśtawki, trampoliny, zamki i baseny z piłeczkami, a nawet jeżdżąca po całym centrum kolorowa ciuchcia. Nie bez powodu w Toronto filipińskie nanie mają świetną opinię – tu dzieci ma się wcześnie i sporo.

W poniedziałek z Clark ruszyliśmy przez sakramenckie korki odrapanej, zaniedbanej Manili do Batangas, gdzie w porcie na fali kołysały się bancas – łodzie wyważone bambusowymi palami tak, by łatwiej trzymały się na, często wzburzonym, morzu. Sabang – filipińska mekka płetwonurków - okazał się małym, klimatycznym, przybrzeżnym miasteczkiem, ze świetnym salonem masażu i SPA, pobliskimi pustymi, pięknymi plażami, namiastką nocnego życia Clark i chmarą sprzedawców sztucznych pereł. Zanim zapadł zmrok zdążyliśmy jeszcze popływać i pogrzebać w piasku w poszukawaniu morskich dziwów.

Dziś na cały dzień wybraliśmy się w góry czterema pojazdami made in Philipippines, nazywanych jeepney. Kto Filipiny zna z turystycznych wysp Boracay czy Bohol – nie zna ich wcale. To tak, jak pojechać do Cancun i twierdzić, że było się w Meksyku. Prawdziwe życie w każdym miejscu na świecie toczy się daleko od wielkich miast i zadeptanych ścieżek. Na Mindoro udało nam się dziś zobaczyć coś autentycznego – codzienność górskich wiosek. Bieda tu porażająca. Domy to zazwyczaj sklecone z desek, liści palmowych i bambusa chatki, bez okien, drzwi, z klepiskiem zamiast podłogi. Nie ma płotów, zamków i alarmów. Nie ma złodziei bo nie ma co ukraść. Kilka kur, dwie świnie i mnóstwo pięknych, dorodnych kogutów, które każdego ranka niemiłosiernie się wydzierają. Strzeliste plamy kokosowe, kawa, kakaowce, papaje, mango, limonki, gujawy, nieprzebrana, soczyście zielona ściana dżungli za każdą mijaną wioską. Z każdego okna bez szyby, zza każdej prowizorycznej firanki, z każdego ogródka – szeroki uśmiech, przyjazne machania dłonią. Straszna tu bieda - mówimy, tak jakby ciężko było nam przyznać – ile tu szczęścia. W wiosce rdzennej ludności Mangyan, obserwując obdarte, umorusane dzieci wyciągające łapczywie rączki po słodycze, które zachęcani przez przewodnika próbujemy rozdawać, jedyne co mogę zrobić by zupełnie się nie rozkleić to schować się na lufą nikona i trzaskać kolejne zdjęcia. Skąd w tak małej wiosce tyle dzieci? Nie wiem. Chwilę wcześniej, kiedy wracaliśmy po kąpieli w wodospadach, z miejsca znawego laguną, ktoś opowiadał, że tu niektóre rodziny mają nawet po szesnaścioro dzieci. Że troje to naprawdę mało. Drogę do wodospadów niektórzy przebyli pieszo, nie raz nie dwa pokonując wartki nurt rzeki, inni – prostymi wozami zaprzęgniętymi w muły. Obiad już dawno nie smakował tak wyśmienicie, jak wioskowe, grilowane kurczaki, wieprzowina i świeżo złapane ryby. A wieczorem – ku uciesze terapeutek miejscowego SPA – w znacznej większości relaksowaliśmy się na masażach i zabiegach upiększających - ceny wciąż są tu bardzo konkurencyjne. Tacy piękni i wyluzowani jeszcze nie byliśmy. Jutro jeszcze poranne plażowanie a potem już Manila i nieunikniony koniec kolejnej przygody.

Bali 7 stycznia 2012: KOTA KINABALU

Straciliśmy rachubę który to już samolot. Na lotniskach czujemy się jak ryby w wodzie (bynajmniej płotki), do mistrzostwa opanowaliśmy sztukę szybkiego pakowania dwudziestokilogramowych walizek i choć sporo jeszcze miejsc i przygód przed nami, powoli zaczyna do nas docierać, że coś, dzień po dniu, dobiega końca. Na szczęście jeszcze zdążymy nałapać słońca przed powrotem w kanadyjskie śniegi. Dzisiejszy przelot z Labuan (jakoś nie dziwi mnie, że Jery, nasz brunejski przewodnik, nazwał to miejsce swoim prywatnym rajem na ziemi – alkohol w sułtanacie zabroniony tu jest niewyobrażalnie tani i powszechnie dostępny) do Kota Kinabalu zajął nam ledwo pół godziny – przejazd autobusem po malezyjskich drogach zająłby około dziesięciu. W porcie czekały superszybkie łodzie, a potem piaszczyste, białe plaże, szmaragdowa, ciepła woda – zasłużony relaks pod palmami. Udzieliło nam się leniwe tempo wyspiarskiego życia, a powrót do hotelu grzbietami całkiem sporych fal otwartych wód Morza Południowo-Chińskiego dosypał szczyptę adrenaliny do woka, w którym wolno bulgotał kończący się dzień. Wieczorem, zanim uderzyliśmy w nocne miasto, oglądałam na jakimś lokalnym kanale tv program o rafie koralowej gdzieś u wybrzeży Afryki - płaszczki wielkości minibusa, drapieżne koralowce, rekinia rodzina – te klimaty. Nagle ryby zniknęły w połowie zdania lektora i pojawił się głos zawodzącego muezaina. Siódma wieczorem, czas na modły, Allah jest jedynym bogiem i tak dalej. Po jakiś pięciu minutach zniknęli malezyjscy kosmonauci, pociągi, wnętrza meczetów, wierni i krajobrazy zachodzącego słońca – rybki wróciły w urwanym momencie i przerwanej sylabie. Srytne – zamiast przerw na reklamę – przerwa na „zdrowaśkę”, ciekawe kiedy u nas, w kraju nad Wisłą wejdą takie regulacje do państwowej telewizji. Jak się okazuje - w niektórych rejonach świata tego typu praktyki są zupełnie normalne.

Bali 6 stycznia 2012: BRUNEI DARUSALAM

Wydawać by się mogło, że kraj, w którym nie płaci się podatków, służba zdrowia i szkolnictwo (łącznie ze stypendiami na zagranicznych uczelniach, takich jak Oxford) są bezpłatne, a król kocha poddanych z wzajemnością - istnieją tylko w bajkach. Tymczasem okazuje się, że takie państwo – niewielkie, ale jak najbardziej prawdziwe – istnieje na naszej planecie! Tyle, że nasz świat nie ma nic wspólnego z bajką, stąd musi istnieć także druga strona medalu – nawet w przypadku Brunei Darussalam. Przyznaję – cztery lata temu nie miałam za bardzo świadomości istnienia Brunei, a zlokalizowanie go na mapie byłoby wydarzeniem mocno przypadkowym, nawet jeśli to jedno z najbogatszych państw świata. Brunei śpi na ropie naftowej, a że jest krajem naprawdę mikroskopijnym, zajmującym 1% powierzchni wyspy Borneo (trzecia pod względem wielkości na świecie), zamieszkiwanym przez niecałe pół miliona poddanych – łatwiej było tu podporządkować sobie społeczeństwo, ustalić pewne reguły, wyznaczyć granice moralności, prawa i dobrego smaku. Łatwiej niż w zepsutych krajach Zachodu. Dwudziestodwukaratowe złoto zdobiące kopuły meczetu sułtana oraz przepych królewskiej posiadłości (powierzchnia podłóg wynosi około 200 000 m2, a rezydencja mieści 1788 pokoi, 257 łazienek, 18 wind, 5 basenów, klimatyzowane stajnie dla kilkuset wierzchowców, salę bankietową na 5000 osób oraz meczet na 1500 osób oraz 3 podziemne garaże na 2 tysiące najwspanialszych samochodów świata – m.in 500 Rolls-Royce’ów i 200 Aston Martinów) kontrastują z zaniedbaną, parującą od upału wodną wioską, którą ciągnie się kilometrami wzdłuż rzeki. Tradycja budowania domów na palach sięga tu XIV wieku, a ludzie mieszkający w tych blaszano-drewnianych parnikach są ponoć szczęśliwi i dumni ze swojej spuścizny dziedziczonej z dziada pradziada. W Brunei nie można napić się nawet piwa, nie ma dyskotek ani pubów, za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci. 69% społeczeństwa to ortodoksyjni muzułmanie. Sułtan ma luksusowy jumbo-jet, helikoptery, jachty i okręt podwodny, a w połowie grudnia kupił w Polsce 12 śmigłowców Black Hawk. Nie uznaje ochroniarzy, wychodząc z meczetu brata się z plebsem i raz do roku, przez trzy dni po Ramadanie, otwiera podwoje swojego pałacu dla poddanych – każdy może najeść się wtedy do syta, uścisnąć prawicę Sułtana, dzieciaki dostają drobne prezenty. Nie ma buntów, nie ma strajków, nie ma praktycznie bezrobocia. Każdy kocha Sułtana, kocha Allaha i kocha turystów. Podobno, bo w rzeczywistości spotkała nas tylko opryskliwość stróża meczetu zamkniętego dla innowierców w piątki, który złośliwie przeganiał nas jak najdalej od miejsc, gdzie zrobić można było dobre zdjęcia. Kto wyobrażał sobie przepych, szerokie aleje, nienaganny porządek i złocone klamki supermarketów znów musiał zderzyć się ze zgoła odmienną rzeczywistością. Czy komentarze takie jak: Eee, to najnudniejsze państwo na świecie, wina do obiadu nie ma... czy też: strasznie smutne takie życie na wodzie – z rzeczywsitością mają coś wspólnego – nie mnie oceniać. Co kraj, to obyczaj, jak to mówią. Według naszego przewodnika – jeśli głowa pracuje sprawnie/robi dobrze rzeczy – ogon podąży za nią. W Brunei się to sprawdza – ogon-społeczeństwo ślepo podąża za głową–Sułtanem. I wszyscy zdają się być z takiego obrotu spraw zupełnie zadowoleni. Tak czy inaczej – jeden dzień w zupełności wystarcza na poznanie naftowego imperium, dlatego nocujemy w bezcłowej strefie miasta Labuan (z powrotem w Malezji, puszka piwa kosztuje tu ledwo dolara) po przepłynięciu morza południowo-chińskiego promem, o którego istnieniu Sułtanowi Brunei nigdy się nie śniło.

Bali 4 - 5 stycznia 2012: KUALA LUMPUR

Pomyślałam lądując w Kuala Lumpur – o matko, kolejne duże miasto. Bo w sumie trochę hałasu o Petronas Tower i co dalej? A jednak dalej robiło się coraz ciekawiej. Im ciemniej tym ciekawiej. Izy, nasza malezyjska przewodniczka, wspomniała podczas zwiedzania o chińskim targu, gdzie sprzedaje się stuprocentowo oryginalne podróbki największych światowych marek. Zakupowy szał niektórym przyćmił nawet piękno nocnych bliźniaczych wież. Bo Petronas Tower dopiero po zmierzchu robią naprawdę piorunujące wrażenie – rozświetlone srebrzyście przypominają dwa idealnie ociosane kryształy. Za dnia najlepiej prezentują się z Menara Tower, gdzie obchodziliśmy przy wystawnym lunchu urodziny Tamary i dwóch Krzyśków, które wypadły akurat w trakcie wycieczki. Spokój znaleźliśmy w meczecie, jednym z niewielu otwartych dla zwiedzających, a nie tylko dla muzułmanów, jak bywa w większości przypadków. Początki miasta i prosperity kraju wyłoniły się z dymu towarzyszącemu wyrabianiu rękodzieła ze stopu cyny z ołowiem (pewter). A i tak najistotniejszym aspektem naszego pobytu w stolicy Malezji było zwolnienie tempa, wolny poranek przed wyjazdem na dalszą część zwiedzania, piękny hotel w samym centrum i możliwość skorzystania z niedrogich, a bardzo relaksujących zabiegów SPA. Jesteśmy więc wyspani, wypoczęci i gotowi do dalszej drogi!

Bali 3 stycznia 2012: YOGYAKARTA

Czasem zdarza się tak, że trzeba wstać, kiedy za oknami dopiero zaczyna rozrzedzać się mrok, by złapać samolot w jakieś miejsce. 3.30 am jako godzina wstawania na normalnym zegarku nie istnieje, stąd kiedy wylądowaliśmy kilka minut po 6 am w Jogjakarcie każdy przecierając zaspane oczy zastanawiał się czy to jawa czy sen. Jednak Jawa. Znaleźliśmy się w magicznym pierścieniu ognia, najeżonym wulkanami i kipiącymi lawą historiami rodem z filmów katastroficznych. Kiki – nasz kolejny przewodnik, którego rodzice nieświadomi zupełnie jego przyszłego fachu przewodnika, wiążącego się z obcowaniem z mocno międzynarodowym towarzystwem, niezbyt roztropnie nazwali Facky – obudził naszą jaźń historią wulkanu Krakatau, położonego między Jawą a Sumatrą. Jego erupcja w 1883 uważana jest za jedną z najpotężniejszych w dziejach Ziemi – huk wybuchu słychać było w Australii. Wulkan Merapi (najbardziej aktywny wulkan w Indonezji), u podnóża którego leży największy na świecie buddyjski kompleks świątynny Borobudur, w listopadzie 2010 wypluł z siebie tak ogromne ilości pyłów, głazów i lawy, że zniszczył nie tylko kilkaset domów, ale i słynny zabytek UNESCO przykył dwuipółcentymetrową warstwą pyłu wykluczając go z turystyki na kilka dni. Borobudur, uznany za jeden z Siedmiu Cudów Świata, zdobi 2672 pełnych znaczeń i przypowieści płaskorzeźb i 504 posągi Buddy, z których większość uśpiona jest w kamiennych, ażurowych stupach. Drugi powód, dla którego do Jogjy ściągają tłumy turystów to Prambanan – największa w Indonezji świątynia hinduistyczna, pochodząca, podobnie jak Borobudur, z IX wieku. Dla kontrastu najszerzej wyznawaną religią w Indonezji jest dziś islam, a okutane chustkami kobiety, nastolatki i małe dziewczynki to zupełne powszechny w Jogjakarcie widok. Przy turystycznych atrakcjach roi się od sprzedawców wszelkiej maści pamiątek. Atakują sforą, znają niektóre zwroty po polsku, są nieustępliwi, za wszelką cenę próbują cokolwiek sprzedać. Pamiątka, bardzo ładna pamiątka przegrała z łyżką do kartofli, a i tak konkurs znajomości polszczyzny wygrał zawodnik, który na Pawłową odmowę kupna jawajskiej maski zakrzyknął targuj się! Rzadkim, a nawet niespotykanym zjawiskiem na ulicach tego siedmiuset tysięcznego miasta są natomiast psy. Muzułmanom religia zabrania hodowania psów czy też trzymania ich w domach, stąd najbardziej popularnym domowym zwierzątkiem są tu śpiewające i gadające ptaki, które kupić można na przydrożnych straganach. Z zabytków pozawyznaniowych w Jogjakarcie zobaczyć można pałac sułtana Kraton i Taman Sari Water Castle – królewski ogód z systemem basenów gdzie w XVIII wieku pluskały (ciężko stwierdzić czy aby radośnie) 32 żony sułtana. My wieczorem (absolutnie radośnie) pluskaliśmy się natomiast w przyhotelowym basenie, kilka osób skorzystało z możliwości relaksu w SPA, inni pochowali się w tropikalnym, parującym ogrodzie by przy kuflu piwa zapomnieć o trudach podróży. Melia Purosani to idealne miejsce w Jogjy by zebrać siły na kolejny etap – jutro Malezja i Kuala Lumpur!

Bali 2 stycznia 2012: BALI

Wyspa skradła mi kawałek serca. Bali już po trzech dniach znalazło się na mojej prywatnej liście: miejsca, do których chciałabym wrócić, gdzieś pomiędzy Japonią, Nepalem i Brazylią. Jakże się tu nie zakochać w wyspie, gdzie żaden budynek nie może być wyższy niż palma kokosowa, czarne dachy mogą mieć tylko świątynie, wiara w sekretne numery, mikro i makro kosmos oraz karmę jest bardzo silna, nie istnieją ograniczenia prędkości na drogach, a ludzie chodzą z sercem na dłoni? Jakże nie zakochać się w miejscu, gdzie wszyscy żyją życiem prostym a szczęśliwym, a przy tym są wyjątkowo uzdolnieni plastycznie – wykonują przepiękne, kunsztowne (słynne na całym świecie) balijskie rzeźby, batiki, obrazy i ozdoby ze srebra. Któregoś dnia chciałabym tu wrócić. Pożyczyć motor i wypuścić się w kręte, górzyste drogi, wyjść na wulkan Batur, przepłynąć promem na Lombok, posiedzieć na schodach świątyni Besakih albo na omszałych głazach koło Goa Gajach (Jaskini Słonia), patrzeć w niebo, chłonąć spokój i romantyzm kiełkujący na polach ryżowych. Bo nawet jeśli Bali nie sprostało wyobrażeniom kilkorga z naszej grupy – moje zupełnie przerosło.

Całodzienne zwiedzanie zakończyliśmy w gorących źródłach w okolicach jeziora Batur, uprzednio odwiedziwszy unikatowy w skali świata... cmentarz. Należący do malutkiej wioski leżącej na brzegu jeziora u stóp wulkanu, charakteryzyje się tym, że umarłych nie grzebie się tu w ziemi ani nie kremuje. Zwłoki przykrywa się bawełnianym całunem i składa na gołej ziemi, przynosząc różne ofiary. Po kilku miesiącach, gdy ciało się rozłoży, sprząta się kości i robi miejsce dla następnego umrzyka. Tu doczesne szczątki po śmierci tracą jakiekolwiek znaczenie i nikt nie darzy ich żadnym szacunkiem czy estymą – stąd walające się w kupie śmieci piszczele, fragmenty kręgosłupa, kości miednicy czy pokaźna kolekcja ludzkich czaszek. Takie właśnie ekstremalne przykłady pomagają zrozumieć jak bardzo różnimy się od siebie i jak bardzo różnorodność kulturowa jest światu potrzebna. Z samego rana opuszczamy Bali, aby kolejne przygody wyśnić na Jawie.

Bali 1 stycznia 2012: BALI

Po hucznej sylwestrowej imprezie dzień zaczęliśmy z lekkim poślizgiem, chwilę przed południem. Kuta nawet w pierwszy dzień nowego roku, kiedy wszyscy młodzi Australijczycy leczą kaca po nocnych szaleństwach, jest niezwykle ruchliwa i zakorkowana. Mekka surferów i luzaków jest miejscem gdzie lokalni restauratorzy zostali już tak zepsuci przez turystykę, że próbują klientowi wcisnąć irish coffee bez whiskey i zdziwieni są gdy się o wkładkę upomnisz. Przemysł pamiątkarski za to kwitnie. Zamiast targować się na straganach wystarczy wejść do pamiątkowego outlet’u gdzie wszelkie balijskie kurzołapy i suweniry kupić można za grosze. Balijczycy nie obchodzą Nowego Roku w jakiś specjalny sposób. Ciekawym zjawiskiem są przydrożne mini-dyskoteki na otwartym powietrzu, gdzie przy piwie i araku, w rytm nowoczesnej muzyli pop, kiwa się kwiat męskiej młodzieży. Dziewczyn nie widać, bo porządne dziewczyny na Bali nie piją, nie palą i nie imprezują. Słynna plaża Jimbaran o tej porze roku tonie w śmieciach. Mieszkańcy Bali latami odpadki żywnościowe zawijali w liście bananowca i wyrzucali w tak zwane „byle gdzie”. Organiczne opakowania szybko się rozkładały i poza zapachem nie stwarzały żadnego problemu. Potem liście bananowców zastąpiono plastikiem i niestety zmiana ta nie nastąpiła równolegle ze zmianą nawyków mieszkańców wyspy – śmieci nadal wyrzucają byle gdzie. Plastik rozkłada się dziesiątki lat, szybciej więc radzi sobie z nim deszcz, który w tych szerokościach geograficznych i o tej porze roku (na Bali jest środek lata) pojawia się dość regularnie, krótko acz treściwie. Śmieci lądują na plażach. Zanim Balijczycy, przyzwyczajeni chyba przez pokolenia do ręcznej pracy przy upawie ryżu, zdążą całe to wysypisko posprzątać, kolejny deszcz przynosi kolejne śmieci. I tak wkoło Macieju przez całe lato. Kiedy ustają deszcze – ustają śmieciowe powodzie i plaże (przynajmniej niektóre) wracają do bardziej pocztówkowego stanu. Niektóre, bo najbardziej znana plaża w Kucie nigdy ponoć nie wraca do względnie czystej formy. Za dużo turystów, za dużo śmieci.

Świątynia Uluwatu zbudowana na stromym klife, zamieszkała przez towarzyskie, sprytne małpy–złodziejki to miejsce, gdzie o zachodzie słońca odbywa się pozak tańców kecak. Wydarzenie ma pierwotne brzmienie, nie pojawiają się żadne instrumenty, muzyka tworzona jest przez tancerzy wydających z siebie dziwaczne, ekstatyczne dźwięki. Na myśl przywodzi to sceny z filmów i bajek o wielkich odkrywcach nieznanych lądów, którzy przybywali na tropikalne wyspy zamieszkałe przez tubylcze plemiona. Dzikość, autentyzm, pewien nawet atawizm drzemie w tańcu kecak. Pojawia się motyw, jakże pierwotnego, ognia i motwy, jakże niechcianego, deszczu padającego na widownię.

Wspomniane małpy, szczególnie maluchy, mają miękkie łapki, choć bardziej pasowałoby użyć określenia – dłonie – w dotyku podobne do poduszek na łapkach małego kociaka, o wiele bardziej jednak czepliwe, wyciągające się chętnie po banany i ciasteczka. Pyton w dotyku też jest zaskakująco gładki, wręcz aksamitny i wcale nie tak oślizgły jakby mogło się wydawać. Najdziwniejsze jednak uczucie towarzyszy trzymaniu za rozpięte skrzydła oswojonego nietoperza. Zdjęcia z wczorajszej popołudniowej sesji można obejrzeć w galerii. Nadal nie mamy żadnych doświadczeń z durianem. Jutro ostatni dzień na Bali, duża więc szansa, że w końcu ktoś się przełamie i kupi na przydrożnych straganie tego legendarnego śmierdziela.

Bali 31 grudnia: BALI

Na lotnisku w Denpasar utknęliśmy w niekończącej się kolejce do odprawy paszportowej, co szybko uświadomiło nam, że Nowy Rok u progu. Tabuny młodych, opalonych, wysportowanych Australijczyków wybrało Kutę na miejsce sylwestrowej balangi. Czym się kierowali? Może relatywną bliskością wyspy (z Australii przecież wszędzie jest bardzo daleko), może przystępnymi cenami (w Australii przecież wszystko jest kilkakrotnie razy droższe) a może, co po opowieściach naszego balijskiego przewodnika nabrało głębszego sensu – dostępnością magicznych grzybków. W Indonezji bowiem, w przeciwieństwie do Spingapuru, zamiast systemu kar lepiej sprawdza się system łapówek. Na Bali nie ma prawa regulującego prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, co dziwne – nie ma też wcale wypadków. Żeby dostać pracę w policji czy wojsku indonezyjskim nie trzeba mieć niczego poza kasą – po uiszczeniu odpowiedniej sumy u władz dostaje się mundur i zatrudnienie. Zainwestowane w karierę zawodową pieniądze trzeba jednak jakoś odzyskać, najłatwiej oczywiście przez pobieranie łapówek. Dzieciaki na Bali do szkoły dojeżdżają na motorynkach, choć w ich wieku i bez prawa jazdy nie jest to dozwolone. Wiedzą jednak, że z panem policjantem wszystko można załatwić w inny sposób. Skorumpowany jest też oczywiście rząd, zrzesztą Indonezja w rankingach światowych na liście „najbardziej skorumpowane kraje” zajmuje zaszczytne drugie miejsce. Twarde narkotyki i zioło są tu nielegalne – legalne natomiast (co, jak sądzimy przyciąga młodych Aussies) są magiczne grzybki (magic mashrooms), z których robi się magiczny napój o smaku truskawkowym lub pomarańczowym o lekkim działaniu halucynogennym. W zależności od nastroju, w jakim jest on spożywany można dostać głupawki lub zalać się łzami na kolejne dwie godziny. Grzybki rosną na krowim łajnie, ale to jak widać nikomu specjalnie na Bali nie przeszkadza.

Pomimo tego, ze 80% społeczności wyspy wyznaje hinduizm – klimaty są tu zgoła odmienne od indyjskich. Święte krowy nie wylegują się na środku ulicy, ludzie są uprzejmi uprzejmością szczerą a nie wyrachowaną, gościnni i mili i chociaż pod względem czystości daleko Indonezji do Singapuru równie daleko jej do Indii. Z kokosa produkuje się 45% arak, odkryliśmy też świetne, lokalne, mocno cytrusowe w posmaku, białe wino, które wyśmienicie uzupełniło atmosferę zachodu słońca ostatniego dnia roku 2011 przy świątyni Tanah Lot.

Balijczycy są niezwykle rodzinni i przywiązani do swojej wyspy. Mało kto wyjeżdża poza jej obszar, a nawet jeśli za chlebem trafi do Ameryki – zawsze wraca do siebie. Ludzie żyją prosto, uprawiają ryż, kukurydzę i różne owoce – od pysznych, słodkich rambutanów, przez bardzo tu popularne mangostany po śmierdzące zgnitym jajem duriany, których na razie nikt z nas nie miał odwagi skosztować (jesteśmy na etapie „wąchania przez skórkę”). Co ciekawe i dla wyspy charakterystyczne – ludzie na Bali nie mają nazwisk. Istnieje system nadawania określonych imion nowonarodzonym dzieciom w zależności od tego czy to pierwszy, drugi, trzeci czy czwarty potomek. I tak pierworodny nazywać się może Wayan, Putu, Gede, lub Ni Luh, drugie dziecko będzie nosiło imię Made, Kadek lub Nengah, trzecie: Nyoman lub Komang, czwarte: Ketut. Jeśli urodzi się piąte – wraca się z powrotem do pierwszej listy imion. To imię – nadawane jako pierwsze – zastępuje tu nazwisko, drugie i trzecie – nadawane według gustu i uznania rodziców dookreśla indywidualność jednostki. Według balijskiego systemu, jako pierworodna córka mogłabym nazywać się Putu Kaja Maria, a Paweł, jako drugie dziecko w rodzinie – Kadek Paweł Piotr.

Wyobrażenia, jakie mamy o danym miejscu nie zawsze zbiegają się w jednym miejscu z zastaną rzeczywistością. Jeśli ktoś myśli o Bali w kategoriach karaibskich plaż, niestety się rozczaruje. Od pierwszego momentu jednak wyspa zachwyca bogactwem roślinności, uprzejmością mieszkańców i oryginalnym pięknem tutejszych świątyń. Ryżowe tarasy, niekończąca się zieleń, góry i chmurne wulkany - dla mnie Bali ma to coś, co już teraz, po ledwo pierwszym dniu, sprawia, że chciałabym tu kiedyś wrócić na dłużej.

Bali 29 - 30 grudnia: SINGAPUR

Trzy w jednym – wyspa, państwo i miasto, chociaż ma ledwo 42x22 km – to miejsce z kategorii „naj”. Najczystsze, najbezpieczniejsze i najgęściej zaludnione w skali świata. SINGAPUR. Najwięcej tu też osobliwych kar, które grożą za żucie gumy, śmiecenie, jedzenie i picie w miejscach publicznych, takich jak np. stacje metra, czy zakaz jedzenia durianów, o których naturze wkrótce mieliśmy się dowiedzieć więcej na Bali. W poszukiwaniu romantyzmu zachodzącego słońca, po przelocie Hong Kong - Singapur, wyjechaliśmy na taras widokowy Marina Bay Sands - potężnego kompleksu hotelowo-rozrywkowo-hadlowego projektu Moshe Safdie, który przez niektórych postrzegany jest jako symbol miasta-państwa. Symbol to jednak młody bo ledwo półtoraroczny, oddany do użytku w czerwcu 2010. 50 kondygnacji, 2560 pokoi, zajmujące 4 piętra kasyno i 6 mld zainwestowanych dolarów muszą robić wrażenie. Prawdziwym symbolem miasta jest – wypluwający potoki wody na drugim brzegu na przeciwko Marina Bay – Merlion – kamienny lew. Według malajskiej legendy, dawno temu książę Sumatry odwiedził wyspę Temasek. Szukając schronienia przed burzą, spotkał lwa. Potraktował to jako dobrą wróżbę i założył Singapurę - Miasto Lwa. Singapur, choć silnie zurbanizowany w prawie połowie porośnięty jest dziką, zieloną, bujną, okołorównikową roślinnością – stąd do równika już tylko 137 km. Dzielnica ambasad i pobliski ogród botaniczny oddalone kilkadziesiąt minut jazdy od betonowej dżungli centrum to zupełnie inny świat. Na wyspie Sentosa, gdzie zlokalizowano rozrastający się wciąż park rozrywki polatać można w specjalnej komorze na symulatorze skydiving, odwiedzić studio Universal Pictures albo - tak jak my – przejechać gondolą nad portem i zrelaksować się przy kawie tudzież na jednej z miejskich plaż.

To co w Singapurze zachwyca (poza niebywałą wręcz czystością) to na pewno kuchnia. Niezwykle popularne są food courts, nie mające oczywiście nic wspólnego z tymi w centrach handlowych Ameryki. Fast foodów tu nie uświadczy, znaleźć natomiast można przedziwne i przepyszne potrawy kuchni chińskiej, malajskiej, japońskiej, indonezyjskiej i singapurskiej - cała kulinarna Azja w jednym miejscu. Bohaterem Singapuru został Piotruś – pogodny, wychudzony przewodnik wegetarianin, posiadacz cudownie abstrakcyjnego poczucia humoru i zaraźliwego chichotu. Kolejny samolot, tym razem linie Jet Star zabrał nas na drugą stronę równika – do Indonezji, która szybko okazała się zupełnym przeciwieństwem Singapuru.

Bali 28 grudnia: Macau

Człowiek przez stulecia najpiękniejsze budowle wznosił zawsze bogu. Nie miało i nie ma większego znaczenia czy jest to Shiwa, Allach, Jezus, Budda czy Pieniądz. Świątynią tego ostatniego bez wątpienia można by nazwać Macau. Terytorialnie niewielkie, ale od Chin niezależne, jest stolicą hazardu całej Azji. 34 kasyna to podręcznikowe przykłady nowoczesności, przepychu i kiczu wzorowanego na amerykańskim Las Vegas. Wszystko tu nowe, błyszczące, nocą pulsujące tysiącem neonów, iluminacji, brzęczące mamoną, jęczące przeciąganymi kartami kredytowymi, wiecznie żywe. Miasto, które nigdy nie zasypia, miasto, które każdego dnia przetrawić portafi średnio 20 tys turystów - głównie zakochanych w hazardzie Chińczyków. Nic nie kusi tak, jak zakazany owoc – hazard w Chinach jest nielegalny i jedynie Macau stanowi enklawę, gdzie można poddać swoje szczęście wątpliwej próbie zostania milionerem.

Milioner jest jeden. Nazywa się Stanley Ho i do niego należy przynajmniej połowa wyspy, najstarsze kasyno i hotel Lisboa, które powstały na początku lat 70., liczne hotele, firma promowa, kilka innych lukratywnych biznesów i cztery żony, z których najmłodsza nie ma jeszcze pięćdziesiątki. Sam Król Hazardu w tym roku skończył lat 90. Jego najnowszą, niedawno zakończoną inwestycją jest hotel i kasyno Grand Lisboa, które już – dzięki ciekawej architekturze - zyskało status jednego z symboli miasta. Sam Stanley Ho jest najsłynniejszą postacią tego rejonu świata. I trudno się dziwić – przez 40 lat miał monopol na hazard, co pozwoliło mu zbudować finansowe imperium. Na wyspie Taipa jak na drożdżach rosną kolejne kasyna, tak jakby zupełnie nie było logiki w tym, że skoro jeden dorobił się gigantycznej fortuny wielu musi swoje fortunki stracić by odwieczna zasada równowagi została zachowana. Galaxy ma w potężnym, cukierkowo rozświetlonym hallu wielką fontannę, z której co godzinę, przy podniosłych dźwiękach na myśl przywodzących ścieżki dźwiękowe z filmów o podboju kosmosu, wyłania się potężny, plastikowy, efektownie błyszczący diament, mający przynieść szczęście kolejnym śmiałkom marzącym o szybkiej, niewymagającej wysiłku, dużej gotówce. Venetian jest (na chwilę obecną) największym, 40-piętrowym, kasynem w Macau, należącym dla odmiany do Las Vegas Sands i stąd – stanowiącym lustrzane niemal odbicie pierwowzoru amerykańskiego. Tu kicz sięga zenitu – jest plac św. Marka, kanały weneckie, po których kursują gondole, markowe sklepy i kapiące złotem, barokowe freski. Rozmach, przepych i marmury. Wszystko dla Pieniądza. Kiedy już człowiek otrzepie się z tej dziwnej mieszanki zachwytu i szoku refleksja nachodzi go taka – Pieniądz jest bez wątpienia ulubionym bogiem naszego gatunku.

Macau to jednak nie tylko karty, black jack, ruletka i snujący się smętnie, siny papierosowy dym. Niezwykły klimat tego miejsca tworzy osobliwe połączenie kultury chińskiej i widocznych wciąż wpływów portugalskiego kolonializmu. Wieczorem, kiedy oczy już bolą od migotliwego blasku kasyn, przyjemnie jest przespacerować się uliczkami najstarszej części Macau, pamiętającej portugalskich kupców, artystów i kaznodziejów, wstąpić na congee – tradycyjną chińską ryżową zupę z różnymi dodatkami – do lokalnego baru, albo spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy – z wieży Macau Tower. Stąd miasto wydaje się zupełnie małe i niepozorne. Dla żądnych mocniejszych wrażeń Macau Tower ma najwyższe na świecie bungee jumping – sześciosekundowy lot z predkością 180 km/h wykonać można z 233 metrów. Przeżycie to niezwykłe. Wiem co mówię, bo sprawdziłam ;-)

Po całodziennym zwiedzaniu i przepychaniu się przez bożonarodzeniowe tłumy Kitajców nikt nie miał już siły składać ofiar w kasynach. Szybki i treściwy sen, pakowanie maneli i w drogę do Singapuru – najbezpieczniejszego i najczystszego państwa świata, gdzie kary płaci się nawet za wwóz gumy do żucia, a z życiem pożegnać można się szybko za szereg wykroczeń, w tym – posiadanie narkotyków, rozboje i korupcję (wśród urzędników).

Bali 26-27 grudnia: Hong Kong - Macau

Chyba w okolicach Syberii wessało nas drugi dzień Świąt. Wylecieliśmy z Toronto w niedzielę (25.12) o 14:50 (z czterdziestominutowym opóźnieniem spowodowanym odladzaniem skrzydeł) i wylądowaliśmy na wyspie Lantau w Hong Kongu w poniedziałek (26.12) chwilę po 19. Jak na prawie szesnastogodzinny lot - poszło gładko, a Cathay Pacific okazały się (ku naszemu zaskoczeniu) jednymi z lepszych linii, jakimi nam do tej pory przyszło latać. Pomimo zmęczenia, nocą wybraliśmy się jeszcze w miasto, bo Hong Kong by night to widok niezwykły, a ilość świątecznych dekoracji dodaje mu jeszcze więcej kolorów i klimatu. A to po wielkim drapaczu chmur zasuwają świetlne renifery, a to pada neonowy śnieg - po gmachu banku św.Mikołaj pruje w saniach i ma się wrażenie, że lada moment zderzy się z wściekle pomarańczowym smokiem na ścianie sąsiedniego budynku. Ludzi jak mrówek. Na okres świątecznych ferii do Hong Kongu przyjeżdża mnóstwo Chińczyków, głównie w poszukiwaniu okazji w sklepach i rozrywki, która w kontynentalnym Państwie Środka wciąż jest mało dostępna. Następnego dnia rano, skoro świt, pustymi zupełnie ulicami wracamy z wyspy Hong Konga na wyspę Lantau odebrać z lotniska lwią część grupy. W pełnym składzie 33. osób wyruszamy na zwiedzanie miasta. Powoli opada poranna mgła, robi się cieplej, choć na Alei Gwiazd w porcie półwyspu Kowloon mocno wieje od morza. Odciski dłoni na spacerowej promenadzie i pomniki bohaterów chińskiego przemysłu filmowego (poza Jackie Chanem i Brucem Lee) niewiele mi mówią. Naszpikowane niebotycznymi wieżowcami centrum finansowe po drugiej stronie zatoki powoli wyłania się z szarości. W Aberdeen Village oglądamy pływające domy rybaków skonstuowane na barkach, przycumowane ciasno jeden obok drugiego, największą pływającą restaurację na świecie Jumbo i przepiękne, nowoczesne, potężne jachty, których ceny sięgają nawet miliona dolarów. Na Stanley Market przerwa na lunch i czas na buszowanie wśród kramów pełnych... pamiątek made in China. Czyli zmienia się niewiele, bo praktycznie gdzie się nie ruszymy wszędzie znajdujemy pamiątki produkcji chińskiej, tyle, że tutaj akurat jest to jak najbardziej uzasadnione. W buddyjskiej świątni dusimy się od dymu kadzideł i nijak nadziwić się nie możemy wyobraźni architektów projektujących budownictwo mieszkalne. Bloki są tak wysokie, że trzeba zadzierać mocno głowę, by dojrzeć ostatnie piętra, strzeliste i jakieś takie... chude. Mnogość mieszkań (15 m2 to tutaj standard w metrażu) przywodzi na myśl ogromne kopce termitów, jakie niedawno widziałam w Parku Narodowym Chitwan w Nepalu. Dużo uroku tej nowoczesnej, do niedawna brytyjskiej, metropolii z betonu i szkła dodaje górzystość terenu; drogi są wąskie i kręte, zatoka Victorii i Repulse Bay migają raz po raz między drzewami, plaże kuszą, ale jeszcze za zimno na kąpiel - poczekamy aż temperatura z 20 stopni skoczy na 30. Najgorętszy adres w mieście? 99 Repulse Bay Road - jakby komuś przyszła ochota odwiedzić Jackie Chana ;-). Widoki z Góry Victorii zostawiamy sobie na późne popołudnie, a przed zaokrętowaniem na superszybki prom do Macau udaje nam się jeszcze (tym razem całej grupie) zobaczyć Hong Kong rozświetlony świątecznymi neonami. Po godzinie, nie ukrywajmy - spania, ukołysani falami Morza Południowochińskiego (romantyzm tego zdania zabiło nasze zmęczenie podróżą i całodziennym zwiedzaniem) - dobijamy do portu w Macau (kolejne po HKG niezależne terytorium należące do Republiki Chińskiej) - jedynym miejscu w Chinach, gdzie hazard jest legalny. Las Vegas Azji zostawiamy sobie jednak na kolejny dzień. Wrażeń mamy mnóstwo i teraz każdy marzy tylko o gorącym prysznicu i łóżku i wygodnym.

Bali 25 grudnia: Toronto - Hong Kong

Gdzieś, pewnie nawet niedaleko, trwają Święta. Wigilia, trzask opłatka, rzewne kolędy, karp, grzybowa, groch z kapustą, kluski z makiem. U nas świąteczne były tylko porządki, a potem zwyczajowe już pakowanie walizek, drukowanie tony dokumentów, przewodniki, mapy, sunscreen, paszporty. Plany na pierwszy dzień Świąt? YYZ - HKG operated by Cathay Pacific. Lecimy dziesięcioosobową grupą, reszta dolatuje dzień później i zaczynamy Wielką Noworoczną Przygodę. 2012 powitamy na Bali. Powietrze znów pachnie Przygodą. Ponoć (w końcu) idzie zima - najwyższy czas odlecieć do ciepłych krajów!

Indie - Nepal, listopad 2011

Indie 19 - 20 listopada: Kathmandu - New Delhi

Rano na lotnisku czekając na lot widokowy nad Himalaje oglądaliśmy z zapartym tchem gęstą mgłę, modląc się w duchu do wszystkich możliwych 330 milionów silnych i wspaniałych, żeby ją sobie jednak zabrali. Nie zabrali. Pojechaliśmy więc zwiedzać okolice Kathmandu. Za Nagarkot, niewielką miejscowością położoną wśród zielonych, górskich a zarazem rolniczych przestrzeni, na platformie widokowej otworzyła się w końcu przed nami upragniona panorama najwyższych gór świata. Stanęliśmy twarzą w twarz z potęgą Langtang i sąsiednich szczytów, które wyłoniły się z mgły, chmur i smogu. Tylko jedno przyszło mi do głowy - wrócić. jak najszybciej tu wrócić. Jeszcze bardziej spektakularne widoki mieliśmy dzień poźniej lecąc z Kathmandu do New Delhi. Tymaczasem sobota zaczęła się całkiem obiecująco - z Nagarkot zjechaliśmy wśród terasów porośniętych rzepakiem i ziemniakami do Bhaktapur – niezwykłego miejsca, uznawanego za kulturalną stolicę Nepalu. Miasto w kształcie muszli pamiętające czasy VII w. w listopadowe, zalane słońcem popołudnie, pełne sklepików zaopatrujących ludność w pobliskich wiosek, z trzema pięknymi placami, zachwycającymi świątyniami, misternie rzeźbionymi ornamentami i matrą „Om Mani Padme Hum” dobiegającą z każdego kramu z pamiątkami – klimat powstał magiczny. Stanęłam na Duttatraya Square, zamnęłam oczy – to jedna z tych chwil, które chce się zapamiętać na zawsze. Wieczór zastał nas przy Bouddhanath – największej buddyjskiej stupie w Nepalu i jednej z największych na świecie. Nieparzysta liczba okrążeń zgodnie z ruchem wskazówek zegra w tłumie mnichów buddyjskich, chrześcijańskich zakonnic, hindusek i turystów (nieparzysta liczba czyli 1 ;-). Wieczorem w Nepali Ciauli zjedliśmy ostatnią, pożegnalną, wspólną kolację zakrapianą winem ryżowym, przeplecioną pokazem lokalnego folkloru. A potem zaczęliśmy wracać. Powrót do domu z końca świata nie jest bowiem wcale taki prosty i różnymi wiedzie drogami. Do Toronto wracamy przez Amsterdam, Bangkok, Tokio, Seoul i Singapur w różnych dniach i godzinach, ale wszyscy cali, zdrowi na ciele i umyśle, bez problemów żołądkowych, lekko podziębieni, z walizkami pełnymi orientalnych cudów i wspomnień, z odebraną ważną lekcją – naprawdę nie mamy w życiu powodów do narzekania. Namaste.

 

Indie 17 - 18 listopada: Pokhara - Kathmandu

Pokharę opuściliśmy we mgle. Przejazd przez góry do Kathmandu zajął nam prawie cały dzień, bo drogi kręte i strome, ale nie dłużył się wcale. Ze wszystkich zaplanowanych i niezaplanowanych postojów najfajnijeszy był ten z okazji nepalskiego wesela. Przywitani zwyczajowym „namaste”, z czołami usmarowanymi czerwonym ryżem, obserwowaliśmy przygotowania pana młodego i jego rodziny przed udaniem się do domu przyszłej żony. Był też przystanek przeznaczony na zakup mandarynek, spacer po wiszącym moście, lunch, banany i ostatni – w stolicy. Dziś od rana zwiedzialiśmy Kathmandu, chaotyczne, zakorkowane, brudne miasto, które i tak przy całych Indiach wydaje się oazą spokoju. Zaczęliśmy od Swayambhunath – buddyjskiej stupy i świątyni, znanej wsród turystów jako świątynia małp. Faktycznie – zgraje skaczących, ciekawskich małp tworzą niepowtarzalny klimat świętego wzgórza, a dodatkowe wyzwanie stanowią stada sprzedawców próbujących upchnąć turystom wszystko - od bransoletek począwczy na rzeźbach skończywszy. Najciekawszą ze światyń, jaką przyszło nam dziś zobaczyć była jednak świątynia Kumari – żywego wcielenia boginii. Kumari to dziewczynka (obecnie 7,5 letnia), którą co kilka lat, w oparciu o specyficzne reguły, wybiera grupa kapłanów. Kumari ma między 4 a 6 lat kiedy zaczyna swą „boska karierę” i służba kończy się gdy dostaje pierwszą miesiączkę. Wraca wtedy do społeczeństwa i swojej śmiertelnej postaci i żyje dalej jako zwykła ziemianka. Przez lata, kiedy jest wcieleniem boginii nie może praktycznie (poza świętami religijnymi) opuszczać swojej świątyni, wyznawcy hinduizmu mogą natomiast przychodzić do niej i oddawać jej cześć. Dla osób z naszego kręgu kulturowego idea wydawać się może mocno kosmiczna i niepojęta. Kiedy chwilę potem na Patan stadko czarnych, młodych kóz prowadzone jest siłą do świątyni, gdzie skończy jako ofiara dla bogów – człowiek zaczyna zastanawiać się czy to naprawdę XXI wiek, czy też może jakimś cudem udało nam się przenieść do średnowiecza. Nazwać zacofaniem czy nieuświadomieniem pewne zjawiska jest nam łatwo, nie zmienia to jednak faktu, że w Nepalu (nawet w Kathmandu) rozwody są zupełnie niepopularne, co więcej – wdowa nie może po raz drugi wyjść za mąż. A to i tak nic w porównainiu do szesnastowiecznych praktyk, kiedy po śmierci mężczyzny jego żony żywcem kremowano na stosie ofiarnym, tylko po to by jak najszybciej znalazły się blisko swojego męża. Do Pasupatinah, najważnieszej w Kathmandu świątyni Shiwy, usytulowanej nad brzegiem Bagmati, dotarliśmy chwilę przed zmrokiem, akurat by zobaczyć z bliska ceremone pogrzebowe – kremację zwłok na gathach. Tamel wieczorową porą to najlepsze miejsce na zakupy w stolicy Nepalu. Dobrze, że dobijamy do końca wyprawy, bo już wszyscy poważnie spłukali się z kasy na te wszystkie orientalne cuda-niewidy.

 

Indie 16 listopada: Pokhara

A jednak Shiwa, który jest silny, tym razem nie do końca nam sprzyjał. Pobudka o piątej rano wynagrodzona została nam widokiem na potężne, białe, niekończące się pasmo... chmur. Przestało wprawdzie padać, ale wschodzące słońce nie zdołało przebić się przez grubą, skłębioną, z pary wodnej utkaną zasłonę. Góry otaczające Pokharę pozostają więc dla nas na razie zagadką. Na szczycie punktu widokowego, grzejąc się herbatą z prądem, o wprowadzeniu której do asortymentu o dziwo pomyślał tamtejszy sprzedawca, obejrzeliśmy wszystkie szczyty na plakacie zakupionym przez jakiegoś sprytnego Koreańczyka. Rzut oka na plakat, kolejny na białą ścianę chmur, szybka wizualizacja i oto masyw Annapurny staje przed oczami wyobraźni. Po śniadaniu objechaliśmy najciekawsze zakątki miasta – ulicę z kilkoma zachowanymi jeszcze najstarszymi domami Pokhary, niesamowity wąwóz w środku miasta i pobliską jaskinię z maleńką świątynią Shiwy, regionalne muzeum etnologiczne i najważniejsze wzgórze świątynne. Podczas rejsu łódkami po jeziorze Fewa (Phewa) – tym, w którym przy ładnej pogodzie odbija się ostry szczyt Machapuchare (Fishtale) Piotr wykrakał małą katastrofę. Łódki były cztery. Wioślarzy było trzech. I jedna wioślarka. W drodze na wyspę Piotr bez przerwy ponoć powtarzał, że baba przy wiośle przynosi pecha, nie powinna w ogóle wykonywać takiej pracy i że to się źle skończy. No i skończyło się tym, że przy wychodzeniu na brzeg Jola w dziwny sposób straciła równowagę na chyboczącej się łajbie i wpadła do (na szczęście ciepłej i płytkiej) wody, mocząc się równo po pas. Postanowiła jadnak heroicznie kontunuować rejs po jeziorze, wszyscy jednak zgodnie odmówili ponownego wejścia na pokład feralnej łódki napędzanej babskim wiosłem. Sprawnie ulokowali się po pięć osób w trzech pozostałych łódkach, a ta przeklęta została dla mnie i naszych dwóch opiekunów/przewodników. Przy większej dozie pecha grupa mogła stracić nas wszystkich na raz, na szczęście do kolejnego wypadku nie doszło i niecałą godzinę później wszyscy postawili suchą stopę na brzegu (poza Jolą, która nie zdążyła wyschnąć). Popołudnie upłynęło nam na buszowaniu po nadbrzeżnej ulicy, gdzie pełno jest sklepów z wszelkiego rodzaju pamiątkami, rękodziełem, literaturą górską, mapami i sprzętem trekkingowym. Marki takie jak North Face kupić tu można za bezcen. Nikt nie wierzy oczywiście w oryginalność pochodzenia tych ciuchów, ale za takie pieniędze nie warto sobie głowy zawracać kwestią domniemanej oryginalności. Czas kurczy się nam coraz szybciej, jutro już jedziemy do Kathmandu, w niedzielę kończymy wyprawę i wracamy do Toronto. Wciąż przed nami najwyższe góry, wciąż jeszcze jest szansa, że Ganesha lub Lakshmi zlitują się nad nami i przesuną chmury poza horyzont. Być w Nepalu i nie zobaczyć Himalajów – brzmi zbyt nierealnie by mogło być prawdą.

 

Indie 15 listopada: Chitwan National Park - Pokhara

Po wczorajszych hulankach przy grillu, w okrojonym składzie, bladym świtem ruszyliśmy na obserwację ptaków w towarzystwie wioskowej watachy rudych kundli. Mgła wisiała nisko i ptaków widzieliśmy niewiele, a jeśli jakieś – to z daleka, za to w rzece wylegiwał się wielki nosorożec, a rześki chłód poranka szybko wszystkich postawił na nogi. Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę do Pokhary – mekki fascynatów pieszych, górskich wędrówek. Czterogodzinny przejazd tym razem zupełnie się nie dłużył bo i krajobrazy nijak się miały do hinduskiego, przydrożnego chaosu. Górska droga wiła się jak i rzeka w dolinie poniżej, wśród porośniętych tropikalną roślinnością ostrych, prawie pionowych szczytów. Małe, schlude wioski, wąskie wstęgi wodospadów, zielonkawa woda idealna pod rafting, piaszczyste łachy i błogi spokój górskiego odludzia. W Pokarze dopadł nas deszcz. Na szczęście miasto ma bogate zaplecze restauracyjno-barowo-sklepowe, można więc wreszie zaspokoić zakupowy głód, na co do tej pory nie było za bardzo czasu. Dopadł nas też jakiś wirus, o dziwo wcale nie pokarmowy – w dużej większości jesteśmy zakichani i zasmarkani, a ja zupełnie straciłam głos i już nie mogę nikogo poganiać, bo na migi mnie nie słychać. Jeśli do rana się wypada mamy szansę zobaczyć wschód słońca nad Himalajami. Zobaczyć coś takiego w kompletnej ciszy – bezcenne.

 

Indie 14 listopada: Chitwan National Park

Rano na rzece panował niewykły spokój. Jeszcze lekko zaspani nie mieliśmy energii robić hałasu, który tak łatwo potrafi zniszczyć nastrój i magię dalej chwili. Chybotliwymi, wydłubanymi z pni drzew czółnami płynęliśmy z nurtem oglądając zupełnie nieruchome, wyglądające jak atrapy, krokodyle muggers i wodne ptactwo. Spacer przez nabierającą wilgoci i ciepła dżunglę dobrze nam zrobił. W Elephant Breeding Centre widzieliśmy słonie bliźnięta i zupełnie małe, pięciomiesięczne, pocieszne słoniątko, które jako jedyne chodziło swobodnie po wybiegu – reszta słoni była przywiązana łańcuchami do potężnych słupów. Słonie jedzą 200-300 kg pokarmu dziennie, w co wchodzi kilo soli, kilo melasy, kilo ryżu, a reszta to trawa i gałęzie, wypijają ponad sto litrów wody, wydalają 8 kg guano, śpią na stojąco i żyją mniej więcej tak długo jak ludzie. Mają grubą choć bardzo wrażliwą skórę i jeszcze bardziej wrażliwe organy wewnętrzne i nie mogą leżeć dłużej niż pół godziny, bo doszłoby do ich uszkodzenia. Są mądre, słuchają komend, potrafią trąbą podnieść z ziemi dwudziestopięciocentówkę. Koło południa odbywa się w Chitwan kąpiel słoni, w której udział brać mogą także ludzie. Sławek, Jan i Tadeusz jako trzech odważnych z naszej całej grupy zażyli takiej słoniowej kąpieli – siedząc na ich grzbietach najpierw przeszli przez prysznic prosto z trąby, a potem wszyscy skończyli w rzece, zrzuceni przez zanurzające się w całości w wodę słonice. Te same słonice po lunchu zabrały nas na safari do dżungli. Buszując wśród gałęzi, kołysami dostojnym, powolnym krokiem, widzieliśmy sporo różnego gatunku jeleni, krokodyle, dzikie koguty i pawie. Bardzo ciekawa jest też sama wioska Chitwan zamieszkała przez lud Tharu. Tharu żyją w chatkach z gliny, zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą zwierząt domowych, mają czyste, zamiecione, schludne małe gospodarstwa. Kobiety na głowach noszą tu stosy chrustu na opał, a mężczyźni wieczorami tańczą dla zagranicznych turystów w lokalnym domu kultury, tak jak dla nas wczoraj. Dziś wieczorem atrakcji też nie zabrakło - przepijaliśmy rumem kurczaka i whiskey dziką świnię przy barbeque zorganizowanym przez naszych opiekunów i gospodarzy. Jutro ruszamy w stronę gór, do Pokhary, u stóp masywu Annapurny.

 

Indie 11 - 13 listopada: Varanasi - Lumbini - Chitwan National Park

Jak to było? Expect unexpected? Nasz pociąg, jak i podobno kilkadziesiąt innych, spóźnił się dobre cztery godziny z powodu... mgły. Co ma piernik do wiatraka nie mam pojęcia, mgła jaka jest każdy widzi i każdy wie, że przeszkadza samolotom, a tu się okazuje, że także pociągom w Indiach. 11.11.11 w Varanasi był więc dla nas dniem mocno oderalnionym, a nocny rejs po Gangesie i ceremonie Aarthi odprawiane nad brzegiem świętej rzeki każdego wieczora przez głęboko wierzący lud Hindu, miały dziwnie oniryczne, baśniowe zabarwienie. Spaliśmy krótko, bo bladym świtem wypływaliśmy znów na wody Gangi by tym razem obejrzeć rytuały porannego prania i kąpieli. Nikomu nie wystarczyło odwagi by dołączyć do autochtonów. Wokoło płonęły zwłoki na ghatach, kapłani przy wtórze kogutów śpiewali poranne pieśni, pojawiły się święte krowy. Przeszliśmy plątaniną wąskich ulic starego Varanasi obijając się a przeraźliwie chudych ludzi idących w transie do świątyń, kolejne święte krowy, próbując uciec spod kół pojawiających się niewiadomo skąd motocykli. W Sarnath, miejscu gdzie Budda doznał oświecenia, obejrzeliśmy eksponaty w muzeum archeologicznym pamiętające czasy III i IIw przed Chrystusem, ruiny monastyrów i stupę, po czym ruszyliśmy do Nepalu drogą, którą od 401 na Scarborough dzielą lata świetlne. 350 km pokonaliśmy w dziesięć godzin po dziurach, wybojach, w hinduskim chaosie drogowym i donośnym wyciu klaksonów. Granica przerosła nasze wyobrażenia – dantejskie ciemności, łyskający białkówkami oczu, niemiłosiernie obtargani rikszarze czekający jak sępy na nasze bagaże, oficer hinduski z latarką wbijający nam pieczątki wyjazdowe z kraju Maharadżów, Bollywood i masala dosa, potem formalności nepalskie (wizy – tu już przy świetle żarówki – wydał nam przemiły oficer, który dwóm dziewczynom, które nie miały potrzebnej fotografii skopiował pierwszą stronę paszportu twierdząc , że takie ksero zdjęcia mu wystarczy) i głęboki oddech. Okazało się, że magiczna linia dzieląca Indie i Nepal oznacza mniejszy ruch, względną ciszę na drodze o (sic!) normalnej, równej nawierzchni, lepsze powietrze i dziwny spokój. Nagle 40 minut oznacza znów 40 minut, a nie trzy godziny, w hotelu jest darmowe wi-fi i mniej jest napiwkowej nachalności. Dziś rano w Lumbini, miejscu gdzie narodził się Budda, zwiedzając świątynie cisza aż kłuła po uszach. Niezwykły spokój poranka, pierwszego od tygodnia bez ulicznego zgiełku, pozwolił się nam wyciszyć i odetchnąć z ulgą. Jest noc i za oknem grają cykady. Popołudnie w Chitwan National Park to kolejne kroki w spokój, zieloność i Naturę. Oprócz słoni wiedzieliśmy dwa nosorożce i wieczorny pokaz lokalnych tańców w wykonaniu miejscowych mężczyzn. Jutro czeka nas całodniowe safari a potem najwyższe góry świata. Na usta ciśnie nam się jedno - Incredible India!

 

Indie 10 listopada: Agra - Varanasi

O świcie (może nie bladym, ale świt sam w sobie jakoś tak romantycznie brzmi, a o romantyzm w Indiach trudno) stanęliśmy twarzą w twarz z jednym z Siedmiu Cudów Świata – Taj Mahal. Potęga tego miejsca tłumaczy fascynację tłumów, które ciągną do tego niepojętego kraju o każdej porze dnia i roku. Taj Mahal jest zaprzeczeniem wszystkiego, co widać na ulicach – nieskazitelna biel marmuru, idealna symetria, zamysł, logika, porządek. To, co opisywał Salman Rushdie w „Dzieciach Północy” odwołując się do Taj z początku ubiegłego wieku, nijak się ma do rzeczywistości. Taj to miejsce czyste, wolne od naganiaczy, sprzedawców i żebrzących dzieci, wypielęgnowane, przycięte, wykoszone, pełne kolorowych turystów fotografujących się w różnych konfiguracjach z pałacem. Aż żal, że władca Shah Jahan nie zrealizował pomysłu budowy repliki z czarnego marmuru po drugiej stronie Yamuny. Jeśli faktycznie Taj Mahal powstał w hołdzie dla żony Jahana Mumtaz Mahal, która zmarła w połogu wydając na świat czternaste dziecko – siła miłości mogolskich władców musi być niezwykła. Z drugiej strony obserwując Hindusów przez szybę autobusu trudno uwierzyć, że to właśnie oni wymyślili Kamasutrę. W tym chyba właśnie leży cała niezwykłość i magia tego kraju – tu wszystko jest zaprzeczeniem znanych nam zasad logiki, estetyki i człowieczeństwa. Jak ogarnąć 360 milionów bogów, z czego jeden mieszka w bazylii, drugi w krowie a trzeci w żelazie? Jak zrozumieć festiwal czczenia ciężarówek, rowerów i samochodów (a właściwie ich żelaznych części)? I to, że pół wioski może umrzeć z głodu mieszkając nad rzeką pełną ryb nie mogąc ich złowić, bo akurat na tym odcinku rzeka ta uważana jest za świętą? Zachodni świat żyje obrazami z filmów Bollywood, mitologią, jogą i hare kriszna. ”Slumdog milionaire”, nawet jeśli zmienił wizerunek Indii w oczach świata, nie robi takiego wrażenia jak bezpośrednie obcowanie z tą kulturą. Indie są dla twardzieli. Dla ludzi o otwartych umysłach. Ciekawych świata, tolerancyjnych, przygotowanych na wszysto co nieprzewidywalne. Expect unexpected – jak pisało w jednym z naszych przewodników.

Z nieskazitelności i perfekcji Taj Mahal przenieśliśmy się do innego wymiaru – okrutnego, smutnego, poruszającego, ale pełnego miłosierdzia – do przytułku dla kobiet i sierot Matki Teresy. Szkliły się oczy i otwierały się portfele. Przytułek, jak na tutejsze warunki, jest zadziwiająco czysty, przytulny i kolorowy. Dzieci zadbane, nakarmione, tłuką się o zabawki i dominację na placu zabaw, serce ściska przy łóżeczkach z noworodkami. Z przytułku znów w marmury – tym razem na prezentację inkrustacji, niezwykle czaso- i pracochłonnej techniki, za pomocą której stworzono wszystkie zdobienia Taj Mahal. Potem już w drogę do Delhi. Zamykamy przy pełni księżyca Złoty Trójkąt Delhi – Jaipur – Agra – Delhi i nocnym pociągiem sypialnym jedziemy do jednego z siedniu świętych miast hinduizmu – Varanasi. Jutro magiczna data – 11.11.11 – w sam raz na rejs po Gangesie i palenie zwłok na kremacyjnych stosach Ghats.

 

Indie 9 listopada: Jaipur - Agra

Z Różowego Miasta od rana tniemy na Agrę. Shiwa traci cierpliwość do symboli i zabobonów – po drodze widzimy pierwszy wypadek – kraksę tuk-tuka z niewielką osobówką. Karetka mija nas dobre dwadzieścia minut później. Kilka razy stajemy, żeby zapłacić frycowe - a to za „autostradę” a to podatek prowincyjny – z Rajastanu wjeżdżamy do Uttar Pradesh. Pan Edward stwierdza, że na tę drogę nie wyjechałby nawet ruskim czołgiem. Przydrożne życie kwitnie – handel, śmieci i słodkie nieróbstwo. Niechcianie święte krowy zawzięcie żują foliowe siatki. Teraz przynajmniej wiadomo skąd się bierze paczkowane mleko. W Fatehpur Sikri oglądamy potężny fort zbudowany przez władcę Akbara w 1574 roku i porzucowny niecałe piętnaście lat później z braku wody.

Historia Gulabo Rani, którą potem w autobusie opowiada Ujjwal, ma w sobie dramatyzm Bollywoodu i grozę, jaką budzą opowieści osadzone w obcych, odmiennych kulturach. Indie nadal są krajem bardzo patriarchalnym i nadal narodziny chłopca w rodzinie to większy powód do szczęścia niż narodziny dziewczynki. Niecałe pięćdziesiąt lat temu w Rajastanie niechciane noworodki płci żeńskiej po prostu zabijano i produkowano kolejne, z nadzieją na chłopca. Jedna z dziewczynek chwilę po urodzeniu została zakopana żywcem przez rodziców, którzy jej nie chcieli. Pojawił się jednak bezdzietny, daleki wujek, który zdążył niemowle odkopać zanim się udusiło i wychować. Dziewczynka, kiedy urosła, nie chodziła do szkoły, bo szkoły były tylko dla chłopców. Uczyła się za to tańca. Dziś jest najsłynnijeszą na świecie tancerką z Rajastanu. Kultywuje tradycyjne tańce i walczy o prawa kobiet. Całe Indie są z niej niezwykle dumne, choć to kultura tego właśnie kraju o mały włos unicestwiłaby kolejne, nic nie znaczące, życie. Tu święte są krowy, szczury i bazylia, bogowie przybierają postacie małp i słoni, dokarmia się papugi, chipmunki i małpy, a człowiek zdaje się nie mieć żadnego znaczenia. To może wlaśnie jest równowaga dla zamerykanizowanych społeczeńst gdzie liczy się tylko człowiek i nic poza nim.

Czerwony Fort w Agrze położony nad Yamuną w cieple zachodzącego słońca nabiera odcienia ciepłego, pastelowego różu, a biały marmur łagodnieje i zdaje się nawet przytulny. W oddali widać piękną, osławioną kopułę Taj Mahal. To nasz kierunek na jutrzejszy poranek. Kolejny z Siedmiu Cudów Świata przed nami!

 

 

Indie 8 listopada: Jaipur

Słoni jest sto. Pracują codziennie od ósmej do jedenastej przed południem. Każda słonica, bo tylko samice pracują tu w turystyce, zabiera po dwie osoby i zaturbanionego poganiacza. Wymalowane w kolorowe kwiaty, mniej agresywne niż osobniki męskie, kołysząc się z boku na bok, posłusznie stąpają pod górę, gdzie położony jest Fort Amber. Zanim jednak taką słonicę się dosiądzie trzeba odstać swoje w turystycznej kolejce. Tu jednak nawet stanie w kolejce jest niezwykle zajmujące. Szybko okazuje się na przykład, że komary nie są wcale najbardziej natrętnymi istotami żyjącymi na Ziemi. Handel, czy też jego próby, kwitnie. Kapelusze, koszulki, wszelkiego rodzaju pamiątki od turbanów przez książki, biżuterię, drewnianie figuki kurzołapki, aż po... łyżki do butów w kształcie pawi. Usłyszeć wypływające z ust hinduskiego sprzedawcy bezbłędne „łyżka do butów” to niecodziennie zjawisko. I to jest właśnie ta druga strona medalu – bo z jednej strony ta nachalność i próba wyłudzenia jak najwyższej ceny, a z drugiej jakby nie było spory wysiłek włożony w naukę kilkuset słów w kilkunastu językach. Nachalność czy determinacja, trudno powiedzieć – wielu z tych sprzedawców zapewne tylko w ten sposób może zarobić na utrzymanie całej rodziny. Ich cierpliwość i spostrzegawczość jest niespotykana – zdjęcia, które robią setkom turystów podróżujących na słoniach do Fortu Amber każdego dnia, wywołują błyskawicznie, czekają przy wyjściu z Fortu i potrafią bezbłędnie wyłapać w tłumie z morza głów te uwiecznione na fotorgafii. Potem, jak spod ziemi, pojawiają się przy Pałacu Maharadży w Jaipur i dalej próbują przehandlować wszystkie zdjęcia. Każdy ma jakiś biznes, każdy próbuje zarobić na czymkolwiek. Dziewczynki plotą kiczowate bransoletki i malują dłonie henną, chłopcy pokazują magiczne sztuczki (niektóre naprawdę świetne), dorośli handlują wszelkiej maści pamiątkami. Biznes można zrobić nawet posiadając tylko kuchenkę polową i stary, aluminiowy imbryk – przyrządzając na ulicy kawę i herbatę. Najlepszy zarobek jest jednak z napiwków. Wystarczy fajnie się przebrać i pozować do zdjęć. A jak z biznesem i napiwkami nie wypali to jeszcze zostaje żebranie, które przecież niczym od pracy się nie różni, skoro przynosi dochód.

Zgiełk każdego dnia jest taki sam. Nie sposób do niego przywyknąć. Nie sposób zamknąć oczu i nie patrzeć – tu wszystko jest tak inne i niepojęte. Nawet Fort Amber – potężny, piękny, z Pałacem Maharadżów o tej samej nazwie, tysiącem zaułków, schodów, tajnych pasaży, korytarzy i przejść – miejsce magiczne, gdzie łatwo się zgubić i trudno odnaleźć - gdyby znalazł się na terenie jakiegokolwiek innego kraju wyglądałby zupełnie inaczej. Bo przecież szczerniałe mury można by odmalować, rezerwuary mające kumulować wodę na czas suszy wodą zalać, powiesić wspomnianie przez przewodnika kurtyny, draperie i zasłony... tyle, że wtedy nie byłby to już ten sam Fort i trudno przewidzieć czy na takiej przemianie więcej by zyskał czy stracił.

Jaipur z perspektywy obrotowej restauracji na wieży OM, gdzie wyjechaliśmy na lunch, wygląda jak zupełnie zwyczajne miasto. Dopiero zejście na ziemię ujawnia prawdę – to nie jest zupełnie zwyczajne miasto. To Incredible !ndia. Stare miasto faktycznie jest różowe. Żółte było zanim przyjechała tu z wizytą brytyjska królowa Victoria i na jej cześć Maharadża kazał przemalować miasto na kolor, który dla mnie nie istnieje. Jest trochę smutku i ogrom uroku w podniszczonym fasadach, odrapanej farbie, zrujnowanych wieżyczkach, gdzie masowo gnieżdżą się gołębie. Gdyby tak ten kraj posprzątać, odmalować, umyć, odczyścić i ogarnąć mogłoby się okazać, że magiczny świat hinduskich legend, maharadżów, magików i cudów istnieje naprawdę. Tymczasem współczesny Maharadża ma funkcję wyłącznie reprezentacyjną, 12 lat i mamę za doradcę. Mieszka w Pałacu Maharadży w sercu Różowego Miasta. Osobliwym miejscem okazał się Jantar Mantar – królewskie obserwatorium astronomiczne, pełne dziwacznych budowli mających określać czas, ruchy planet, a nawet horoskopy. Jak swkitował nasz Doktor – bez wódki nie razbjerjosz.

 

Indie 7 listopada: New Delhi - Jaipur

Kiedy o 9.30 wyruszyliśmy w drogę z Delhi do Jaipur wszyscy inni dawno już w drodze byli. Ludzie, psy, świnie, święte krowy, zaprzęgnięte do skleconych z byle czego wozów muły, osły i wielbłądy, wszelkiego rodzaju pojazdy kołowe – od rowerów pociągowych przez motocykle wiozące pięcioosobowe rodziny i pojazdy "made in garaż" po słynne hinduskie ciężarówki tata wymalowane w kolorowe symbole mające przynosić szczęście na drodze i napis na naczepie głoszący „blow horn”, co w wolnym tłumaczeniu brzmieć by mogło – wal po klaksonie. Dokąd zmierzali – nie wiem. Jadąc przez Indie ma się wrażenie, że wszytko i wszyscy są w nieustannym, zupełnie nieuzasadnionym ruchu. Wałęsanie się przydrożne jest chyba cechą wrodzoną tego narodu. Wiem na pewno, że te wszystkie magiczne symbole: pseudożydowskie gwiazdy z dwoma literami oznaczającymi matkę boginię, pomarańczowe trójkąty, bożki, figurki, święte znaki muszą mieć magiczną moc, bo w ponad sześciogodzinnego podóży nie widzieliśmy ani jednej kraksy, co przy hinduskim stylu jazdy wydaje się niemal cudem. Przydrożne życie tego kraju jest oszałamiające. Bieda i beznadzieja – okrutne. Odczłowieczenie – przytłaczające. Przydrożni mężczyźni nie patyczkują się ze swoją filozofią olewania wszystkiego – od brudu i smrodu po mury i pobocza. Półnagie, wyśluchtane, rozczochrane dzieci radośnie machają, kobiet nie widać prawie wcale – siedzą w domach albo w świątyniach. Za to wszyscy mężczyźni w mijanych autobusach gapią się z nieukrywanym zaciekawieniem na nasze dziwnie jasne oczy, włosy i twarze. Tak, nasza inność wciąż jest tu zagadkowa i niezmiernie intrygująca. Święte krowy też mają swoją smutną historię. Te bezdomne, niczyje, skubiące apatycznie sterty śmieci to stare egzemplarze wyrzucone na ulicę przez właścicieli. Nie dają już mleka, nie mogą urodzić więcej cieląt, a że są święte – nie można ich zabić i zjeść. Ot – inna definicja humanitaryzmu. Wśród 360 milionów Bogów najsilniejszy jest Shiwa, ale i tak ukochaną boginią większości Hindusów jest Lakszmi – bogini pieniędzy. Nie ma chyba na świecie kraju bradziej żebrzącego o kasę i napiwki. Ale Lakszmi czuwa, wszystko jest więc usprawiedliwione.

Wjeżdżając do Jaipur bocznymi uliczkami, co miało nas uchronić przed koszmarnym, popołudniowym korkiem, obserwując kolejne sceny z codziennego życia, nie mogąc nasycić oczu niezwykłymi kolorami sari tutejszych kobiet krzyknąć mi się chciało „ej strojnisie syfiary – miotła i do roboty”. Można patrzać na to samo i widzieć zupełnie coś innego, jak się okazuje. Do hotelu dotraliśmy późno przez korki w mieście i pozamykane drogi,wybraliśmy się jednak jeszcze do Chokhi Dhani – wioski kulturowej Rajastanu. Muzyka, tańce, zwyczaje i tradyje, popisy akrobatyczne, magiczne sztuczki, przejażdżki na wielbłądach i słoniach, przebieranki, malowanie dłoni henną lub też czytanie przyszłości z linii papilarnych, lokalne specjały, przyprawy i ozdoby, a potem kolacja oparta o przysmaki kuchni Rajastanu – pikantnie i smacznie. Nocą ulice Jaipur były dziwnie puste i ciche bez wściekłych klaksonów i gwałtownego hamowania w najmniej spodziewanych momentach. Jutro autobus zamieniamy na słonie i skoro świt zdobywamy Amber Fort.

 

Indie5 - 6 listopada: New Delhi

Wczoraj po podróży przez pół świata i różne porty lotniczne (od Amsterdamu przez Emiraty Arabskie po Bangkok) dotarliśmy chwilę po północy do hotelu Royal Plaza w New Delhi. Spać trzeba było szybko i treściwie – bo od rana zaplanowane było zwiedzanie miasta. Przewodnik o imieniu, którego nikt nie potrafił wypowiedzieć a tym bardziej zapamiętać, zapytał mnie wieczorem, kiedy kończyliśmy dzień przy Pałacu Prezydenckim: I co? Przyznasz, że przez dwa ostantie lata wiele się w Delhi zmieniło? Kurtuazyjnie przytaknęłam. Może i w międzyczasie zorganizowali tu Commonwealth Games, otworzyli nowy, nowoczesny i zaskakująco ładny terminal na lotnisku międzynarodowym i umyli księżyc, jednak Delhi nie staciło absolutnie nic ze swojego chaosu, hałasu, kłujących aż do bólu kontrastów, wszędobylskiej biedy i bajecznych kolorów. W Kraju nad Wisłą zasadą było – może być biednie, ale musi być czysto. Kilka narodów na planecie mogłoby się jej od nas nauczyć.

Zaczęliśmy od Starego Delhi, którego wąskie uliczki przebyliśmy w miarę sprawnie rikszami. Gdyby nie niedziela i relatywne pustki, kluczenie między kłębiącymi się tu zazwyczaj ludźmi zajęłoby nam pewnie pół dnia. W meczecie Jama Masjid, jak na prawdziwych katolików szanujących inne religie przystało, zdjęliśmy buty i boso, okutani w kolorowe szmaty okrywające nasze grzeszne ciała weszliśmy na plac świątyni. Po jednej stronie Jama Masjid jest część hiduska starego Delhi, po drugiej – muzułmańska. Różnią się głównie zaopatrzeniem ulicznych kramów – w hinduskiej, całkowicie wegańskiej części nie można kupić nawet jajek, w muzułmańskiej wiszą smętnie zaszlachtowane kury, sprzedaje się baraninę i ryby, a zaraz obok opony i wszelkiego rodzaju złom. Minęliśmy Raj Ghat i potężny, Czerwony Fort, którego mury mają długość 2,5 km, dłuższą chwilę spędziliśmy przy India Gate już w Nowym Delhi i w Ghandi Smriti – miejscu gdzie w 1948 zamordowano Mahatmę Ghandiego, a gdzie dziś zwiedzać można multimedialne, interaktywne muzeum poświęcone życiu, pracy i filozofii prostoty, która towarzyszyła temu małemu-wielkiemu człowiekowi podczas jego nieustannej walki o dobro najbiedniejszych Hindusów z najniższych kast.

Podczas lunchu mieliśmy okazję przyjrzeć się prawdziwie bollywoodzkim obchodom... urodzin. Park archeologiczny, gdzie zabrał nas po południu przewodnik o enigmatycznym imieniu okazał się miejscem gdzie wciąż dociera bardzo niewielu turystów. Przez lata zapomniany i zaniedbywany przez władze miasta zarósł dziko i zielono i niedawno dopiero zaczęto inwestować pieniądze w renowację tego terenu, na którym rozsiane są budowle (częściowo w pięknej, tajemniczej ruinie) stylem zakorzenione w kolejnych epokach od XII wieku począwszy. Zamiast klaksonów skrzek papug, zamiast przedzierania się przez zgiełk spokój i względna pustka. Quitab Minar – prawie 73 metrowa Wieża Zwycięstwa, która malowniczo komponuje się ze startującymi z pobliskiego lotniska samolotami, w cieple zachodzącego słońca dnia pierwszego to dopiero przedsmak precyzji i misterności ornamentów architektury Mogulskiej. Nad Pałacem Prezydenckim wisiał już mrok i słynna delijska, zimowa mgła. Ostatni dystans do pokonania – z windy do łóżka ze stopover pod prysznicem. Jutro jedziemy do Różowego Miasta Jaipur.

 

Indie4 listopada: Toronto - New Delhi

Wszystko spakowane. Jak zawsze - chwilę przed wyjazdem na lotnisko. Nasza szesnastoosobowa ekipa spotka się w komplecie na lotnisku w Delhi, bo kilka osób dolatuje po swojemu. Niech więc 360 milionów hinduskich bogów i Shiwa, który jest silny, mają nas w opiece. Expect Unexpected - tak brzmiało moje ulubiona zdanie z jednego z przewodników. W Indiach możliwe jest wszystko, a jakiejkolwiek logiki (w znaczeniu europejskim) ze świecą by szukać. Immodium mam, latarkę mam, paszport i visa są. Karta pamięci w Nikonie sformatowana. No to, komu w drogę... A hoj przygodo!

Honduras

honduras21 - 24 maja 2011 - Semuc Champey - Coban - Antigua

Semuc Champey to utworzony przez naturę, wapienny, 300 metrowy most, pod którym przepływa rwąca rzeka Cahabon, natomiast górę tego zadziwiającego cudu natury tworzą kaskady i turkusowe baseny, kuszące orzeźwiającą kąpielą, otoczone bujnym, niezykle różnorodnym gatunkowo, tropikalnym lasem. Niedaleko znajduje się też jedenastokilometrowa jaskinia, z której pierwszy kilometr udostępniono poszukiwaczom mocnych wrażeń. Poziom adrenaliny rośnie tu z każdym krokiem – jaskinia wypełniona jest wodą i wrzaskiem nietoperzy, niektóre miejsca są tak głębokie, że trzeba je przepłynąć trzymając w zębach świeczkę. Na wodospad wspiąć się trzeba po linie, by na końcu trasy wykonać skok ze skał do wody w dantejskich ciemnościach, rozświetlanych tylko czołówką przewodnika. Nie jest to na pewno rozrywka dla cierpiących na klaustrofobię i lęk przed ciemnością. Zresztą sama droga z Rio Dulce do Semuc Champey jest już nie lada wyzwaniem – 6 godzin off-roadu po krętej, wyboistej, górskiej drodze w tumanach kurzu wymaga już nawet nie wytrzymałości – to po prostu trzeba lubić. Z Semuc Champey przez Coban, gdzie napotkaliśmy pierwsze oznaki cywilizacji pod postacią dziewczyn w dżinsach i złotych łuków McDonalds’a (w górach kobiety ubierają się wciąż tradycyjnie, w obszerne, marszczone spódnice i przewiewne, ażurowe, przypominające firankę, bluzki) i zgiełk stolicy (Gwatemala City) dotarliśmy do najpiękniejszego, kolonialnego miasteczka Gwatemali – Antiguy. Atmosferą trochę przypominająca peruwiańskie Cuzco Antigua popularność zyskała dzięki bogatej ofercie szkół hiszpańskiego, swoje musiała zrobić też niezwykła atmosfera tego miejsca. Brukowane uliczki, kolorowa, niska zabudowa, zrujnowane katedry, mnóstwo pięknego, regionalnego rękodzieła – wszystko u stóp trzech potężnych wulkanów: Agua, Acatenango i Fuego. Najbardziej dotkliwy jest jednak spadek temperatury – z upalnych tropikalnych nocy wpadliśmy w chłód wyżyn – z 40C do 15C – robi sporą różnicę. Jutro ostatni dzień przed powrotem do Toronto, który, obiecujemy, zaowocuje nową galerią zdjęć!

 

honduras18 - 21 maja 2011 - Tela - Roatan - Utila - Tom Owen's - Livingstone - Rio Dulce

Z Teli do La Ceiby dojechaliśmy lokalnym autobusem, który stawał na każde machnięcie spracowanej dłoni rolnika, handlarzy wodą, ciastkami i przepisami na zdrowotne soki, matek z dziećmi i wystrojonych panienek jadących na kolejną imprezę trwajacego cały tydzień karnawału. Prom na Roatan odpłynął punktualnie i po półtorej godziny znaleźliśmy się w miejscu zupełnie innym, choć wiąż podobno honduraskim. Wyspa, największa i najdroższa aktrakcja Hondurasu, przyciągająca rokrocznie rzesze turystów, nurków i miłośników wczasów all-inclusive okazała się miejscem jak najbardziej anglojęzycznym. Tu, w umówionym miejscu przy kei z zawieszonym rekinem, spotkaliśmy się z Rafałem, kapitanem katamaranu Quo Vadis i Anią, pasjonatką nurkowania i przygód. Pierwsza noc na łodzi stojącej na bojce, pierwsze opowieści, pierwsze sny na morzu – rano wypłynęliśmy w stronę Utili. Ta, dużo mniejsza, mniej popularna, tańsza i bardziej klimatyczna wyspa, gdzie można zrobić najtańsze kursy nurkowania (OWD – Open Water Diver, Advanced i Master Diver) na świecie, a co za tym idzie - zobaczyć jedne z najpiękniejszych raf koralowych, jest ulubionym miejscem fascynatów podwodnego świata. Daliśmy więc nura w błękitne odmęty Morza Karaibskiego, w ciszę, w magię, w piękno, którego nie można znaleźć nigdzie na powierzchni. Po krótkim postoju na wyspie i uzupełnieniu zapasów oraz wszelkich potrzeb internetowo – pocztowych, pożeglowaliśmy dalej, przez noc podzieloną na wachty, aż do belizyjskich wysp – Cayos Zapotillos. Takie miejsca, gdzie dotrzeć można tylko wodą, maleńkie, zapomniane, rozrzucone wśród raf i turkusu, znane tylko nielicznym jak na przykład Tom Owen’s Cay czy Seals Island wprawiają kolejnego „zdobywcę” w osobliwą ekstazę, choć przejście ich wzdłuż i wszerz nie zajmuje więcej niż pięciu minut. Na Tom Owen’s znajduje się baza nurkowa – kilka uroczych kamiennych domków dla gości, magazyn ze sprzętem, palmy, hamaki, kuchnia, trzy łazienki i bezkres wody dookoła. Z Belize popłynęliśmy w stronę Gwatemali. W Livingstone, według starych, brytyjskich zwyczajów rzuciliśmy kotwicę i wciągnęliśmy na maszt żółtą flagę oznaczającą kwarantannę. Po niecałym kwadransie motorówka przywiozła z brzegu oficjalną, rządową delegację – strażników granicznych, doktora, doktorową i dwóch innych oficjeli, którzy rozsiedli się w mesie i zaczęli sprawdzać wszystkie papiery. Chwilę później na maszcie zawisła flaga Gwatemali, w paszportach pojawiły się nowe pieczątki i w ten to sposób po raz pierwszy w życiu przekroczyliśmy granicę jakiegoś kraju wodą. Krótki postój w Livingstone, kolejna sopa de mariscos i czas nam było w dalszą drogę. Do mariny w Texaco Bay na Rio Dulce dopłynęliśmy już po zmroku, przez krajobrazy żywcem wyjęte z ”Jądra ciemności”. Ostatnia noc na Quo Vadis miała w sobie spokój mazurskich jezior, pomimo grzmotów i błyskawic rozdzierających niebo gdzieś daleko, nad górami. W sobotnie popołudnie pożegnaliśmy się z Rafałem i Anią w Rio Dulce i ruszyliśmy w stronę Semuc Champey.

 

honduras16 - 17 maja 2011 - Tela

W poniedziałek uciekliśmy od zgiełku i chaosu miasta w zieloność Ogrodu Botanicznego Lancetilla, który, jak większość turystycznych miejsc o tej porze roku, okazał się pusty i spokojny. Po południu odtańczyliśmy ostatnią lekcję salsy, a nazajutrz - ostatniego dnia pobytu w Teli - wybraliśmy się na Lagunę Los Micos. Piątej rano często nie ma na naszych zegarkach, tym razem jednak musiała się pojawić – by zobaczyć całą chmarę wodnego ptactwa trzeba być na jeziorze odpowiednio wcześnie (wczesna pora niestety nie gwarantuje orzeźwiającego chłodu, charakterystycznego dla zwykłych poranków). Z parą nowojorskich Japończyków i dwójką maluchów, które spokojnie nazwać by było mianem kawaii (jap. cute) i naszym lokalnym przewodnikiem Fernando wybraliśmy się przez mangrowia na poranny spektakl brązowych pelikanów, fregat i bobo. Upał gęstniał, wiatr zupełnie ustał, świat zaczął spowalniać i zastygać. Wróciliśmy do Miami – ostatniej na lagunie wioski Garifuna – jedynej naprawdę autentycznej, nie skażonej coca-pepsi-colą, złożonej z kilku jakby pośpiesznie skleconych chatek, garstki leniwych, rozlanych w fali upałów tubylców, palm kokosowych i kolorowych hamaków. Życie w Miami, oparte na porannych połowach ryb, handlu paliwem z kolumbijskimi przemytnikami narkotyków oraz leżeniu w hamaku, paleniu jointów i bezmyśnym patrzeniu na morze, jest w tej temperaturze w jakiś sposób uzasadnione. Nie tylko nieróbstwo i brak ruchu powoduje u ludu Garifuna nadmiar kilogramów – ich dieta jest bardzo monotonna i zadziwiająco niezdrowa, jak na rejon świata obfitujący w owoce i warzywa. Codzienny posiłek składa się ze smażonej na głębokim tłuszczu ryby, w ten sam sposób przygotowanych bananów i ryżu z czerwoną fasolą z olejem kokosowym. W budce pełniącej rolę jedynego w Miami sklepu widzieliśmy colę, chipsy, piwo i kostkę rosołową. Patrząc na tempo życia i zmian – i w tej kwestii długo jeszcze nic się tu nie wydarzy.

 

honduras15 maja 2011 - Tela

Nasz pobyt w Hondurasie nie mógłby się skończyć bezproduktywnie - Pablo już planuje trasę po Ameryce Centralnej. Po wczorajszej wycieczce na Punta del Sal i magii karaibskich plaż dziś wybraliśmy się w drugą stronę, w kierunku La Ceiby do Punta Izopo i dalej kajakami w tajemnicze mangrowia. Drzewa mangrowe (z geografii zapamiętane jako namorzyny) rosną bardzo dziwnie, na terenach, gdzie sięgają morskie pływy. W zależności od poziomu wody widać albo tylko ich korony, albo niewykłą plątaninę poskręcanych korzeni. Spokój zarośli, dzika zieloność, powykręcane korzenie czarnych mangrowców (poziom wody o tej porze roku jest zdecydowanie niższy niż zimą, po ulewnych deszczach) i dosyć specyficzny zapach, jaki wydzielają, tworzą ekscytujący klimat przygód Indiana Jones. Ma się wrażenie, że za kolejnym zakolem, kolejną plątaniną korzeni i gałęzi wyłonią się zapomniane ruiny, pełnę kłębiących się węży i ukrytych skarbów. Tymczasem wyłaniają się... wędkarze i ich głupawo dzwoniące telefony komórkowe. Nie udało nam się wprawdzie zobaczyć krokodyli, które najbardziej aktywne są nocą (cóż, wiosłowanie nocą, w kompletnych ciemnościach po mętnych wodach mangrowii postanowiliśmy pozostawić bohaterom jakiegoś reality show o przetrwaniu w tropikalnej głuszy), jednak późniejsza kąpiel w niezwykle dziś przejrzystej i ciepłej, karaibskiej wodzie zrekompensowała nam wszelkie trudy wiosłowania w ponad trzydziestostopniowym upale.

Na wybrzeżu w okolicach Teli znajduje się pięć wiosek ludu Garifuna - plemion nazywanych Czarnymi Karaibami, potomków Karibów, Arawaków i afrykańskich niewolników sprowadzanych do pracy na plantacjach, których do Hondurasu przesiedlono z wyspy St.Vicent pod koniec XVIII wieku. W Hondurasie żyją też inne ludy plemienne - m.in. Lencas, Pech, Miskito - o nich jednak rząd tego państwa dawno temu zapomniał lub pamiętać nie chce. Każdy natomiast, kto odwiedzi wybrzeże Hondurasu czy Belize na pewno usłyszy o Garifuna. Okolicze wioski - Miami, Tornabe, San Juan, Triunfo de la Cruz i La Ensenada to niewielkie społeczności, którym udało się zachować resztki dawnej kultury i korzeni, głównie odzywających się w muzyce, tańcach i sztuce. Garifuna żyją głównie z turystów i dotacji, które przysyła im chociażby dzielna Unia Europejska troszcząca się o autentyzm i kulturę plemion, które równie dzielnie przez lata podbijała i sprowadzała na właściwą drogę. La Ensenada, wioska, do której zawitaliśmy na pieczoną rybę,to społeczność 286 osób, które w weekendy obsługują ruch turystyczny gotując na polowych kuchniach opalanych drewnem, a w tygodniu pracują tudzież udają, że pracują. Plaże w okolicach wiosek Garifuna są piękne, piaszczyste i kuszące, po zmierzchu jednak lepiej się tu nie włóczyć. Tak przynajmniej twierdzi nasz przewodnik Moon'a, a że kiedyś w kwestii brazylijskiej Copacabany się nie mylił - wierzymy mu na słowo. Co ciekawe La Ensenada wygląda jak wioska coca-coli - niemal każdy dom, zagroda, murek czy publiczna toaleta dumnie noszą symbol jednego z największych światowych koncernów. To oczywiście zasługa Amerykanów, którzy przybyli pewnego dnia do wioski Garifuna i zaproponowali, że ozdobią wszystkie budynki swoją coca-colową sztuką. Za darmo oczywiście. Za darmo pomalują więc oczywiście nie zapłacą ani pół lempiry (waluta Hondurasu) za tę, tak natarczywą i oczywistą reklamę. Tu, w Hondurasie wciąż wszystko, co amerykańskie jest z założenia najlepsze. Podobnie więc rzecz ma się z tablicami oznaczającymi wjazd do każdego kolejnego miasta i miasteczka - wszystkie mają reklamę coca-coli lub... konkurencyjnej Pepsi. Zainstalowano je za darmo, rząd więc miał jeden problem z głowy mniej. Kiedy lokalni przewodnicy, pracujący w turystyce od lat, zwrócili uwagę ludziom Garifuna, że ta wszędobylska coca-pepsi-cola niewiele ma wspólnego z autentyzmem ich kultury, usłyszeli - nie mamy pieniędzy, żeby przemalować. I temat umarł śmiercią naturalną. Smutne ale prawdziwe. Nie zmienia to jednak faktu, że kobiety Garifuna pieką najlepszy chleb kokosowy na wybrzeżu, a tutejszy folklor ma w sobie afrykańską dzikość ich przodków.

honduras12 - 14 maja 2011 - Tela

W piątek skończyliśmy lekcje. Cztery godziny dziennie przez pięć dni z rzędu to dosyć mocna dawka, mamy jednak spory niedosyt i planujemy w miarę wolnego czasu wrócić w te strony po kolejną porcję. Nie pamiętam kto mi mówił, że hiszpański to bardzo prosty do opanowania język, ale albo był lingwistycznym geniuszem albo nie za bardzo wiedział o czym mówi. Ok, na pewno jest prostszy od japońskiego czy tajskiego, na pewno też łatwiej go przyswoić Polakom niż Amerykanom (choćby ze względu na wymowę), ale to nie zmienia faktu, że gramatyka jest dosyć skomplikowana i wymaga ostrego wkuwania. Więcej rozumiemy - to na pewno, do płynnego komunikowania się jednak potrzebne by nam były jeszcze... ze dwa miesiące:-).

Kończąc naukę zaczęliśmy zwiedzać okolicę. I tak wczoraj, świętując przy okazji Pawłowe urodziny, wybraliśmy się na wycieczkę do Punta del Sal. Teraz wiemy jak wygladają domki krabów, z których robi się zupę - lokalny specjał - i wiemy też, żeby taką zupę zjeść i nie dostać rozstrojenia żołądka trzeba mieć pewność, że błękitne kraby przeszły wcześniej dwunastogodzinną kurację oczyszczającą ziarnami gotowanej kukurydzy. Wiemy, że blood tree, kiedy się je natnie barwi na czerwono, a kolce viscosii dają substancję, którą lokalne plemiona Garifuna stosują w profilaktyce żółtaczki pokarmowej typu A. I że władze Parku Narodowego zmagają się z tymi,którzy nielegalnie karczują lasy tropikalne pod plantację african palms, z których wytwarza się olej palmowy - największe, po bananach, źródło dochodu tej części świata. Ach, i jeszcze to, że nikt za bardzo nie może tu nic zrobić z czymkolwiek nielegalnym, bo największą chorobą Hondurasu jest wszędobylska korupcja. Punta del Sal to nie tylko las pełen dziwów, ale przede wszystkim rozległe, piękne plaże, szmaragdowe morze i rafa koralowa, którą podziwialiśmy uprawiając tzw snorkeling. Grillowana ryba z ryżem, fasolą i pieczonymi bananami, którą dostaliśmy na lunch w jedynej przybrzeżej restauracji prowadzonej przez jedyną mieszkającą na terenie parku rodzinę (w parku mieszka jeszcze pustelnik amerykańskiego pochodzenia), podana pod strzechą z palmowych liści i kokosowym orzechem (do popicia) smakowała wyśmienicie. Tak jak może smakować ryba prosto z Morza Karaibskiego podana w scenerii Piratów z Karaibów i The Beach. Wieczorem kontynuowaliśmy świętowanie osiemnastki Pablo. Cumpleaños Feliz!

 

honduras9 - 11 maja 2011 - Tela

Tela. Hotel Maya Vista. Ciepły, karaibski wieczór. Norah Jones i relaks po całym dniu... relaksu. Gdzieś niedaleko jest Morze, piraci z Karaibów, tajemnicze wyspy i ukryte skarby. Drzewa owinięte bożonarodzeniowymi światełkami, hamaki gdzie będziemy zakuwać od jutra słówka i odmiany czasowników nieregularnych, ogromne patio na dachu. W takich okolicznościach przyrody nauka języka musi być czystą przyjemnością.

***

Jesteśmy po trzech dniach indywidualnych lekcji (one-to-one, cztery godziny dziennie) i generalnie jesteśmy w stanie już COŚ powiedzieć. Coś więcej niż dos cervezas por favor! :-). Uczą nas dwie kobitki - Weronika i Lesbia - ta pierwsza jest z wykształcenia nauczycielką, ta druga - dziennikarką prowadzącą poranne wiadomości. Z Teli. Fajnie - mają studio telewizyjne, ale nie mają kina:). Sama Tela jest większa niż wynikało z mapy w przewodniku Moon'a "na której" wjeżdżaliśmy już po zmierzchu do miasta. Oznaczenie ulic nic nie dało - istnieje na papierze, ale w rzeczywistości... do dziś nie udało mi się wypatrzeć żadnej nazwy czy numeru budynku;-). Miasto, przynajmniej według wyobraźni ministrów od turystyki ma status Cancun Hondurasu. Na szczęście jednak nie ma tu snobistycznych resortów, przeszklonych tarasów i niezliczonej ilości basenów. Plaża jest czysta, a przynajmniej regularnie sprzątana, kilka restauracji serwuje świetnie owoce morza, turystów nie ma prawie wcale, bo jest już po sezonie, a lokalesi są sympatyczni i jeszcze nieokaleczeni wpływami Ameryki Północnej.

Ale do nauki wracając - oprócz czterech godzin hiszpańskiego dziennie (i dwóch dodatkowych, które schodzą nam na powtórki i robienie ćwiczeń) uczymy się też zawzięcie salsy - codziennie po godzinie z prywatnym nauczycielem. Salsa tańczona w temperaturze 35 stopni jest naprawdę wymagająca :-). Nie tylko poczucia rytmu. Wieczorami pracujemy na otwartym patio. Żyć nie umierać. Esta vida loca amigos!

honduras6 - 8 maja 2011 - Toronto - Niagara - Fort Lauderdale - San Pedro Sula - Copan

Tym razem udało nam się wyrwać z Toronto zupełnie prywatnie. Nie, nie leżymy plackiem na kubańskiej plaży w kurorcie all-inclusive-nie-pamiętam-co-było-na-wakacjach;-). Postanowiliśmy w końcu nauczyć się hiszpańskiego. Tudzież - podjąć takową próbę, bo jak się okazuje język Marqueza i Llosy łatwy jest w piosenkach Shakiry ale niekoniecznie w mowie potocznej. Początkowo miała być Gwatemala - padło na Honduras, a to dlatego, że w ostatniej chwili (jak to my) zdecydowaliśmy się także popływać trochę katamaranem po Morzu Karaibskim. Z Toronto podjechaliśmy na lotnisko w Niagarze i liniami Spirit Air dolecieliśmy do San Pedro Sula z krótkim postojem na Florydzie (oferują doskonałe połączenia z Ameryką Centralną). San Pedro (Honduranie czy też może łatwiej - mieszkańcy Hondurasu - zazwyczaj pomijają "Sula") jest jak nabardziej latynoskim, chaotycznym, głośnym miastem, gdzie z każdego możliwego głośnika muzyka wydostaje się siłą wszystkich możliwych decybeli, a kierowcy stosują zasadę - kto pierwszy ten przetrwa. Uciekliśmy więc szybko wynajętym samochodem na zachód do ruin Copan i miasteczka o tej samej nazwie. Szybko okazało się, że poza San Pedro życie w Hondurasie toczy się leniwym, karaibskim, niezwykle barwnym choć biednym rytmem. Dzieciaki zamiast grać w gry video jeżdżą na niewielkich koniach, sprzedają hot-dogi, grillowaną kukurydzę, mango i arbuzy (bardzo dumne z powierzonego zajęcia), strzelają z procy do jaszczurek i są przy okazji zupełnie szczęśliwe. Na skwerkach, w cieniu wściekle czerwono kwitnących drzew flamboyant, miejscowi mężczyźni grają w karty i palą papierosy, kobiety plotkują na rogatkach ulic - nikt nigdzie się nie spieszy i nikt nikogo nie pogania. Tu wpada się w zieloność sielską i upalną, beztroskę i spokój - mieszkańcy żyją według słońca - wstają z kurami i wraz z nimi się kładą. Dróg jest niewiele, ale w dobrym stanie, większość samochodów to pickupy, co rozwiązuje jakiekolwiek problemy komunikacyjne, bo wszyscy nawzajem się podwożą.

W przydrożnym barze za grosze dostać można śniadanie w postaci jajek od kury, która, w przeciwieństwie do amerykańskich, lata szcześliwie po podwórku, frijoles (pasta z czarnej fasoli), tortillas, pieczonych bananów i prawdziwej śmietany. Prawdziwej. Takiej, co to jeszcze pachnie trawą, oborą i krową. Taką jak kiedyś, w czasach, kiedy jeszcze nikt nie myślał o pasteryzowaniu mleka.

Miasteczko Copan położone w pobliżu ruin uważanych za największy skarb Hondurasu, przejść można wzdłuż i wszerz w przeciągu godziny, uroczymi uliczkami z kocich łbów. Jest kilka restauracji i hoteli, dzieciaki sprzedają własnoręcznie robione naszyjniki, wałęsają się potwornie wychudzone psy i kilku turystów. Musi być poza sezonem, bo na ruinach nie spotkaliśmy właściwie nikogo. Miasto Majów, nazywane Akropolem Nowego Świata, jest wprawdzie dosyć mocno zrujnowane, ale wciąż czuje się tu potęgę i mistykę tej odległej kultury. Koloru dodają ogromne, rozwrzeszczane ary. W Copan niewątpliwą atrakcją jest także canopy tour czyli czterokilometrowa jazdna na linach między drzewami - bezpieczna i na tyle łatwa, że nawet nie lubiący ryzyka i adrenaliny Paweł się zdecydował - jak sam powiedział - pojechałby jeszcze raz - szybciej! ;-). dotarliśmy także do Aguas Calientes - położonych w górach gorących, mineralnych źródeł, gdzie w tropikalnej zieloności zażywaliśmy błotnych i termalnych kąpieli. I tak czas relaksu dobiegł końca - trzeba brać się do roboty - kierunek - nadmorska Tela!

Tajlandia - Kambodża - Wietnam

wietnam24 - 27 listopada 2010 - Sajgon - Haipong - Hanoi - Bangkok - Toronto

2,5 h trwał lot z Sajgonu do Haiphong. Z południowego Wietnamu, przenieśliśmy się na samą północ tego kraju, tuż przy granicy z Chinami. Zmiana położenia znalazła odzwierciedlenie w pogodzie, zamiast 30 stopni C i błękitnego nieba, do którego przywykliśmy podczas pobytu w Tajlandii, Kambodży i południowym Wietnamie, Haiphong przywitał nas znacznie niższą temperaturą i zamglonym niebem. Po części z racji mgły, ale też z racji dużego zagęszczenia w tym regionie zakładów przemysłu ciężkiego, w tym cementowni, skutecznie ograniczających pole widzenia. Haiphong nie sprawia wrażenia modnego kurortu turystycznego - chaotyczna zabudowa, duża industralizacja, wąskie, nierówne drogi, pełno kurzu... My nie po to jednak przelecieliśmy z Sajgonu 1700 km, by podziwiać to miasto, a raczej kilkanaście z kilkuset wapiennych wysp położonych na zatoce Halong. Pełna eksploracja tego niezwykle zróżnicowanego terenu przekroczyłaby znacznie ramy programu naszej wycieczki, skorzystaliśmy zatem z jednodniowego rejsu łódką typu "dżonka". Zagęszczenie tego typu łódek w porcie jest ogromne, a każda niemal łódka wykonana jest według innego projektu. Oferowane są różnego rodzaju rejsy, nasz połączony z pysznym obiadem z owoców morza, pozwolił nam nie tylko rozkoszować się widokiem wapiennych wysp i wysepek, ale także zwiedzić jedną z wielu w tym terenie jaskiń. Co ciekawe językiem dominiującym w jaskinii był... polski, gdyż spotkaliśmy dwie duże grupy rodaków.

160 km dzieli Halong ze stolicą kraju Hanoi. Podróż zabrała nam jednak prawie 5 godzin i zrozumieliśmy dokładnie o czym mówił nam jeden z wietnamskich przewodników, że przy jeździe po Wietnamie masaż jest bezpłatny. Faktycznie czuliśmy wszystkie mięśnie po tej podróży, a niektórzy nawet, by nie wypaść z siedzeń preferowali raczej lotniczą komendę: fasten seat belts.

Hanoi - drugie co do wielkości miasto Wietnamu - nie wywarło na nas tak pozytywnego wrażenia jak Sajgon. Podobnie jak Haiphong cechuje się dużym chaosem architektonicznym i komunikacyjnym. Przemiany gospodarcze ostatnich lat sprawiły, że stolica wygląda podobnie jak polskie miasta początku lat 90. - wciąż dużo bylejakości, a w obraz miejskiej szarzyzny jak izolowane wyspy wkomponywują się nowoczesne centra handlowe. Turystyczą część Hanoi - Old Quater i French Quater najlepiej zwiedzać rowerem, bądź rowerową rikszą. My skorzystaliśmy z tej drugiej opcji i trzeba przyznać - była to miła forma relaksu. Wieczorny relaks zapewniła wizyta w specyficznym teatrze - wodnych kukiełek. To bardzo znane i popularne przedstawienie na północy Wietnamu. Szukając dalej odpoczynku od wielkomiejskiego gwaru udaliśmy się na nocleg do pięknie położonego nad jeziorem West hotelu. Jezior z resztą w stolicy jest znacznie więcej, co daje również i mieszkańcom możliwość wypoczynku.

Poranek następnego dnia to oddanie hołdu przywódcy wietnamskich komunistów - Ho Chi Minh'owi pod jego mauzoleum, którego rozmiarów by się nawet sam Lenin nie powstydził. Z mieszanymi uczuciami niektórzy przyjęli fakt, że polska ambasada znajduje się w najbardziej prestiżowym miejscu Hanoi, tuż obok wspomnianego mauzoleum... Pozostałą część dnia spędziliśmy 100 km na południe od Hanoi pływając łódkami po rzece w rejonie Tam Coc, która przypomina słynne wapienne przełomy chińskiego Guilin. Na zakończenie tej wycieczki dotarliśmy do Ninh Binh, byłej stolicy Wietnamu, zanim w XI wieku przewodnią rolę w kraju przejęło Hanoi. W Ninh Binh zwiedzaliśmy min. Pałac Króla i... pojeździliśmy na wołach. Wieczornym lotem egzotycznych linii Qatar dotarliśmy z Hanoi do "punktu wyjścia" czyli Bangkoku. Ostatni dzień w Tajlandii część grupy spędziła na odpoczynku lub zakupach, a pozostali udali się do położonej o 2,5 h drogi od Bangkoku hedonistycznej Pattai, kuszącej nie tylko swoimi pięknymi plażami, ale wszelakimi formami rozrywki.

wietnam23 listopada 2010 - Sajgon- Wietnam

Pierwszy dzień pobytu w Wietnamie upłynął nam nie na rozważaniach o tej socjalistycznej republice, ponieważ myślami wciąż byliśmy w Kambodży. W stolicy tego kraju Phnom Penh spędziliśmy pierwsze dwa dni Water Festival czyli dorocznego święta wody. Gdy przeciskaliśmy się godzinami przez ogromny tłum mieliśmy świadomość, że wystarczy bardzo niewiele, by mało liczne zastępy policjantów straciły kontrolę nad tą masą ludzi. Niestety nie myliliśmy się. Trzeciego dnia festiwalu, kiedy odlecieliśmy już do Wietnamu, prawdopodobnie zwarcie elektryczne, które poraziło kilkanaście osób, było przyczyną wybuchu paniki. Na terenie szpitala, gdzie część z nas dzień wcześniej odpoczywała korzystając z klimatyzowanych pomieszczeń, leżały dziesiątki ciał osób stratowanych na śmierć. Tragiczny bilans: prawie 400 osób nie żyje, drugie tyle zostało rannych!!! Jest to najbardziej tragicznie wydarzenie w historii Kambodży od czasu obalenia reżimu Pol Pota w 1979 roku!

Sajgon - największe miasto Wietnamu, ma nawet w młodzieżowym slangu negatywne konotacje. I faktycznie największe turystyczne atrakcje Sajgonu, zwanego również wymiennie Ho Chi Minh City, to relikty tragicznej wojny z Amerykanami. Obowiązkowym punktem programu są tunele Cu Chi budowane przez wojska komunistycznego Wietkongu do partyzanckiej walki z Amerykanami. Paradoks polegał na tym, że zarówno wojska Wietkongu jak i USA często stacjonowały w tych samych miejscach, tyle, że Amerykanie na górze, a Wietnamczyczy w tunelach budowanych nawet do 8 metrów pod ziemią i prowadzilili swoją partyzantkę głównie nocą.

Dla turystów otwarty jest fragment tunelu, który mimo, że został poszerzony przeznaczony jest tylko dla osób bez klaustrofobii. Kilka osób nie lubiących braku przestrzeni w naszej grupie było i w zamian postrzelali sobie z karabinu AK – 47 - bardziej znanym pod nazwą kałasznikow - prawdziwymi nabojami. Za naboje należało zapłacić, użycie karabinów - bezpłatne. Jak twierdził nasz przewodnik bezpłatnie strzelanie w Wietnamie skończyło się 30 lat temu, teraz taka atrakcja oferowana jest bezpłatnie w Afganistanie.

Gęsta sieć tuneli o układzie labiryntu oraz niezwykle wąskie przejścia stanowiły w okresie wojny ogromny problem dla Amerykanów, stąd też do walki wpuszczano sojuszniczych i filigranowych Filipińczyków. Ginęli jednak masowo z rąk obeznanych w tunelach Wietnamczyków, bądź w wyniku zabłądzenia lub od ukąszeń owadów i węży. Nie udało się zwalczyć partyzantów też przy pomocy wpuszczanej wody (tunele miały połączenia z rzekami) ani wpuszczanie gazu (tunele miały szczelne zamykane komory). Wszystkie pozostałe sposoby zbrodniczej działalności Amerykanów w Wietnamie są przedstawione na zdjęciach i w opisach w Muzem Wojny w Sajgonie – drugiej atrakcji turystycznej miasta. Niezwykle wstrząsające są zwłaszcza zdjęcia przedstawiające ataki bronią chemiczną, a skutki tych ataków w postaci wypalonej dżungli i przede wszystkim - koszmarnych ludzkich obrażeń i zmian genetycznych, powinny być przestrogą dla kolejnych psychopatów. Skutki wojny są wciąż widoczne - oprócz 4 mln ludzi, którzy zginęli, szacuje się, że w Wietnamie żyje 7 mln inwalidów wojennych będących ofiarami broni chemicznej. Dla kraju jest to wielki problem, bo tylko część z tych osób znajduje zatrudnienie - głównie w spółdzielniach pracy - my mieliśmy możliwość jedną z takich zwiedzić i podziwiać kunszt lokalnych artystów.

Krajobraz okolic Sajgonu to oczywiście pola ryżowe, ale też plantacje kauczuku. Plantacje te mają dość osobliwe przeznaczenie. Gdy kilkanście lat temu organizacja WHO stwierdziła, że w Wietnamie jest za dużo urodzeń i zbyt szybko rozprzestrzenia się AIDS, podjęto akcję uświadamiania ludzi i dostarczono transporty prezerwatyw. Po kilku latach okazało się, że akcja nie przynosi rezultatu. Zadecydowała pruderyjność Wietnamczyków i co za tym idzie - problemy z wytłumczeniem zastosowania prezerwatyw (jak mówił dobitnie nasz lokalny przewodnik na czym polega różnica z Zachodem: wy całujecie się na ulicach i sikacie w domu, a my odwrotnie...), ale także dyskomfortowym dla tutejszych mieszkańców był „European standard”. Zaczęto zatem produkować prezerwatywy w Wietnamie wg tutejszych wymogów, akcja przyniosła porządany efekt, a Wietnam jest aktualnie głównym eksporterem prezerwatyw do krajów ościennych o „podobnych wymogach”.

Pozostając w tym kręgu tematycznym nie sposób nie wspomnieć o lokanym specyfiku „snake wine” czyli alkoholu z zatopioną kobrą. Ponoć taki napój leczy z reumatyzmu i innych schorzeń, ale przede wszystkim jest silnym stymulantem. Większość panów z naszej grupy zaopatrzyło się w kilka butelek, twierdząc, że to na prezent lub do gablotki domowej...

Wracając z tunelów Cu Chi mieliśmy okazję zobaczyć świątynie i obrzędy mało popularnego odłamu chrześcijan – Kaodaistów. Wyznawcy uważają kaodaizm za zwieńczenie tradycji zachodnich religii objawionych (monoteistycznych) twierdząc, że: "judaizm był pąkiem, chrześcijaństwo - kwiatem, zaś kaodaizm jest owocem".

Sajgon na szczęście nie będzie kojarzył się nam tylko z martylologią. Choć w mieście jest zarejstrowanych 6 mln motorów, można znaleźć spokojne miejsca, pospacerować uliczkami „Little Paris” z repliką katedry Notre Dame na czele, napić się w miłej atmosferze kawy, posłuchać muzyki. Widać, że to miasto rozwija się bardzo dynamicznie i na pewno będzie tu przyjeżdzało coraz więcej turystów. A nam, mimo 28 stopni Celsjusza, świątecznie udekorowany hotel oraz ulice przypomniały o nadchodzących świętach!

wietnam21 - 22 listopada 2010 - Siem Reap, Kambodża

Water Festival - największe święto ludowe Kambodży nieoczekiwanie znalazło się w programie naszej wycieczki. Trzydniowe obchody, których główną areną jest rzeka Mekong i odbywające się tu wyścigi łodzi przyciągają do stolicy kraju trzymilionowy tłum. Jest to więcej niż liczba mieszkańców miasta, szacowana na 2 mln. Taka koncentracja ludzi spowodowała absolutny paraliż miasta. Nasz hotel znajdował się w epicentrum wydarzeń, więc ostatni kilometr dzielący nas od bazy, pokonywaliśmy pieszo przeciskając się... kilka godzin przez nieprzebrany tłum ludzi, na szczęście bardzo przychylnie nastawionych do obcokrajowców.

Dla obywateli Kambodży mających świeżo w pamięci tragiczne wydarzenia, możliwość uczestniczenia w plenerowym koncercie rockowym, obserwowanie wyścigów 500 łódek na Mekongu czy podziwianie iluminacji świetlnych, w dodatku w pokojowej atmosferze, stanowi wartość wiele większa niż mogłoby nam się wydawać.

Przejeżdżając szerokimi, zadbanymi ulicami Phnom Penh, zaprojektowanych trochę na modłę rosyjskich miast, trudno uwierzyć, że zaledwie 10 lat temu była to jedna z najbardziej niebezpiecznych stolic świata, gdzie rano na bazarze sprzedawno karabiny AK-47, z którymi wieczorami urządzano gonitwy. Trudno uwierzyć też, że w latach 1975-1979 Phnom Penh funkcjonował jako Ghost Town czyli wymarłe miasto. Rewolucyjny pomysł studenta francuskiej Sorbony - Pol Pota zapędzenia ludzi do życia w elementarnej wspólnocie vel komunie, niechęć do wszystkiego co miejskie i postępowe spowodował wyludnienie stolicy. Nie były to oczywiście migracje dobrowolne, nie były to również migracje, którymi zajmuje się geografia społeczna. Tymi wydarzeniami zajmuje się historia i w dodatku jej bardzo ponury rozdział. Szacuje się, że podczas czteroletniej władzy Czerwonych Khmerów w Kambodży zginęło około 2-3 mln ludzi, czyli prawie 40% ówczesnej populacji! Niezwykle wstrząsające wrażenie robi wizyta w więzieniu ofiar reżimu Pol Pota. Do tej pory tylko dwukrotnie w życiu spotkałem sie z czymś równie niezrozumiałym - pierwszy raz na wycieczce szkolnej w Oświęcimiu i drugi raz w tym roku, w Muzeum Bomby Atomowej w Hiroszimie. Położone zaledwie kilkanaście kilometrów od stolicy Choeung Ek Killing Fields czyli miejsce kaźni ofiar Pol Pota, taki odpowiednik naszego Katynia 1940, dopełniają jeszcze obraz zgrozy.

Mimo wspomnianego paraliżu miasta i obecności w mieście króla udało nam się pospacerować po ogrodach Pałacu Królewskiego, a także odwiedzić wzgórze, na którym rozpoczęła się historia miasta. Po krótkiej wizycie na Targu Centralnym udaliśmy się na lotnisko. Samolot Vietnam Airlines po zaledwie 45 minutach lotu wylądował w Sajgonie czy jak kto woli - Ho Chi Minh City. Mimo, że pora deszczowa się skończyła powitał nas monsunowy deszcz, który storpedował plany popołudniowego zwiedzania miasta. Jutro jednak czeka nas słoneczny dzień i wiele atrakcji!

wietnam19 - 20 listopada 2010 - Siem Reap, Kambodża

Sieam Reap jest najbardziej popularnym kierunkiem turystycznym Kambodży. Decydują o tym liczne atrakcje, dość egzotyczne z perspektywy zachodniego turysty. Oczywiście najczęściej i najchętniej odwiedzanym miejscem jest kompleks architektoniczny Angkor, gdzie na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, w gęstej dżungli zlokalizowanych jest wiele światyń będących pozostałością po imperium Khmerów, rządzących tymi ziemiami w latach od 802 do 1432, kiedy to zostali ostatecznie podbici przez Syjam czyli Tajów. Z resztą cała historia tego regionu to niemal nieustanne walki, w tym z Tajami również, a nawet sama nazwa Sieam Reap oznacza " Klęska Syjamu". Nie sposób zwiedzić zabytki imperium Khmerów w jeden dzień - my skorzystaliśmy z biletu trzydniowego, w cenie jak na kambodżańskie standarty egzotycznej - 40 usd. W zgodnej opinii największe wrażenie zrobiła mniej uczęszczana, trochę będąca poza głównym szlakiem - Ta Prohm. W przeciwieństwie do pozostałych świątyń udostępnionych dla turystów - Ta Prohm pozostała w takim wyglądzie jak ją odkryto, dzięki temu można zobaczyć jak wielka jest siła przyrody, jeśli może niszczyć mury, które ostały się 1000 lat i przetrwały wiele wojen. Z resztą wrzynające się w mury ogromne korzenie decydują, że jest to najbardziej fotogeniczne i romantyczne miejsce w całym kompleksie otwartym dla turystów. Angor został otwarty dla zwiedzających dopiero w 1993 roku, a początki ruchu turystycznego to raczej dramatycznie wydarzenia, bowiem wg słów naszego lokalnego przewodnika wiele osób zginęło w tym miejscu wybuchów min lądowych. Dopiero w 1998 roku teren został oczyszczony z min, a zagrożenie - wyeliminowane. Kambodża jednak wciąż jest najbardziej zaminowanym krajem na świecie, szacuje się, że kambodżańska gleba wciąż ukrywa około ...6 mln min, a dziennie wg statystyk od wybuchów giną tu dwie osoby. W drodze powrotnej ze świątyni Banteay Srei, nieco odległej od pozostałych, zatrzymaliśmy się przy muzeum min. Jest to dość specyficzne muzeum, założone przez niejakiego Aki Ra. Aki nie wie kiedy się urodził, przupuszcza, że w 1970 roku. Przypuszcza też, że rodziców zamordowali Czerwoni Khmerzy, przez co on sam trafił do dżungli. Został wyszkolony do zakładania min i założył ich tysiące. Wojna była dla niego naturalnym stanem, nie znał innego. Po upadku Khmerów dokonała się u niego metamorfoza. Zaangażował się w kampanię oczyszczania kraju z ładunków wybuchowych oraz uczynienia z Kambodży bezpiecznego kraju. Dzięki temu, że wie o minach wszystko uczestniczy nieustannie w akcjach odminowania terenu, a wespół z żoną prowadzi muzeum, a tuż obok muzeum - sierociniec dla dzieci bedących ofiarami min, ale także tych z ubogich domów, z wirusem HIV... Podczas naszej wizyty w muzeum poznaliśmy wolontariuszkę pracującą z Aki, a pochodzącą z kraju, który za wiele tragedii w tym regionie ponosi główną odpowiedzialność - USA. To tylko jest potwierdzeniem faktu, że uogólnienia rodzą wypaczenia. Wolontariuszka z USA pracuje tutaj za własne pieniądze na przemian z mężem, a my akurat byliśmy świadkami odwiedzin jej siostry, która była bardzo dumna ze swojej rodziny.

Sieam Reap położone jest w pobliżu największego w Indochinach jeziora - Tonle Sap. Wokół tego jeziora i na jeziorze żyje wielu mieszkańców. My uczestniczyliśmy w rejsie do takich pływających wysp. Czas jakby tu się zatrzymał, wszyscy prowadzą naturalny tryb życia uzależniony całkowicie od jeziora, w porze deszczowej, kiedy jest duży poziom wody łowią głównie ryby, a w porze suchej sadzą na tarasach zalewowych ryż. Wahania poziomu wody pomiędzy porami to aż 14 metrów, stąd wszystkie domy przy brzegu stoją na ogromnych palach. W jednej z takich odizolowanych od świata wiosek, gdzie dopłyneliśmy łodzią, udostepniono nam lokalne canoe, dzięki temu mieliśmy piękną przejażdzkę po tropikalnym lesie pogrążonym w otchłani wód jeziora Tonle Sap.

Pozostałością po kulturze Khmerów są słynne tańce Apsara, kiedyś odgrywane na dworach królewskich dziś w każdym szanującym się hotelu w Sieam Reap. W jednym z takich przedstawień mieliśmy również okazję uczestniczyć. Z resztą tancerki Apsara spotykaliśmy również przy zabytkach imperium, gdzie można było sobie - za opłatą - robić pamiątkowe zdjęcia w pięknych "okolicznościach" przyrody.

Turystyka ogromnie przyczyniła się do boomu ekonomicznego w tym regionie, niemniej jednak na każdym kroku widoczna jest ogromna bieda. Co gorsze, zetknięcie się ze światem Zachodu rodzi jeszcze większe spustoszenie wśród mieszkańców. Nasz przewodnik, z resztą ultra sympatyczny człowiek, nie będzie pewnie mężem kobiety, którą kocha, bo rodzina kobiety szuka patnera bogatego. I ta tendencja dominuje u tutejszych kobiet, lokalni amanci nie mają szans w konfrontacji z bogatymi z Zachodu...

wietnam18 listopada 2010 - Bangkok - Siem Reap

Cztery godziny zajęła nam podróż z Bangkoku do Poipet, miasta na granicy Tajlandii z Kambodżą. Załatwianie dokumentów wjazdowch do Kambodży to ceremonia podobna do niektórych przejść granicznych w Ameryce Południowej. Kluczową rolę odgrywają tu naganiacze i pośrednicy. My też - by zaoszczedzić czas na nie do końca logiczne procedury - skorzystaliśmy z pośrednika, ale dzięki temu w czasie, gdy on załatwiał nasze wizy, my spożywaliśmy jeszcze lunch po stronie tajskiej. Dwa dolary od osoby to bakszysz za wygodę. Wiza kolejna do kolekcji jest w paszporcie, niektórych zmartwił fakt, że na podstawie tej wizy - jak wyraźnie jest napisane - nie można podjąć pracy zarobkowej w Kambodży, a kilka osób już wcześniej intrygowała praca policjanta za 20 usd na miesiąc...

Bez pozwolenia na pracę, ale z pełną aprobatą na zwiedzanie kraju, którego jeszcze kilkanaście lat temu nie było na mapie turystycznej świata, znaleźliśmy się po drugiej stronie muru z napisem Kingdom of Cambodia. Oczywiście musieliśmy jeszcze odstać swoje najpierw na tajskiej, a później już kambodżańskiej odprawie, skorzystać z tragarzy, zmienić autobus i poczuć swojski zapach granicznej rzeki.

Królestwo powitało nas kasynami po obu stronach drogi, dość dziwnie wkomponowanymi w ogólny rozgardiasz przypominający niemal dokładnie słynne już przejście peruwiańsko-boliwijskie. Pol Pot pewnie w grobie się przewraca na myśl o tych burżuazyjnych przybytkach... Droga z granicy do Siem Reap zajęła nam 2,5 godziny, a równinny teren urozmaicały pola ryżowe, farmy rybne i cherlawe domki lokalnej ludności. Pozornie niepozorny stop na przerwę techniczną zakończył się kupnem 2 skrzynek... wina żeńszeniowego o napięciu 23 volt i cenie jednostkowej poniżej dolara za butelkę. Nie doczytaliśmy, że jest tam też min... ekstrakt z poroża, po którym krew ma zacząć szybciej krążyć. I zaczęła, bo rozpoczęła się dyskusja o Pol Pocie, rosyjskich szpiegach i - o zgrozo - sytuacji politycznej w Polsce. Generalnie jednak było kupę śmiechu i taka atmosfera towarzyszyła nam również podczas wieczornej kolacji z pokazem tańców Apsara wywodzących sie z kultury Khmerów.

Siem Reap już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie miasta, które przeżywa boom turystyczny. Dość powiedzieć, wg naszego przewodnika w 1993 roku były w mieście 3 hotele, a teraz jest ich ponad 100, wiele z nich bardzo ładnych. W jednym z takich hoteli - Somadevi - zatrzymała się nasza grupa. Fajnie, że spędzimy tu trzy noce, bo zachowany w tradycyjnym kambodżańskim stylu hotel gwarantuje pełny relaks. Jutro właściwe zwiedzanie - atrakcja nr 1 Kambodży - magiczny Angkor Wat!

wietnam16-17 listopada 2010 - Bangkok

Dwa dni i trzy noce spędzone w Bangkoku nie przekonały nas do przydomka „Miasto Aniołów”. Jeszcze mniej zrozumiale brzmi pełna nazwa Bangkoku: กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์, co w prostym tłumaczeniu oznacza: Miasto Aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce, gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu. Oficjalnie nazwa miasta figuruje w księdze Guinessa jako najdłuższa na świecie. I nie ma się co dziwić.

Rekordowe upały w mieście powodują, że Bangkok uznawany jest również za najbardziej gorące miasto na świecie. Jest to o tyle zaskakujące, że do równika jest stąd jeszcze relatywnie daleko, może „gorączka nocy sobotniej” podwyższa tą średnią? Faktem natomiast jest, że nadchodzi zima i temperatura spada nawet do... 25 stopni Celsjusza, co z naszego punktu widzenia jest optymalnym rozwiązaniem. Okres od listopada do lutego to szczyt sezonu w Tajlandii, właśnie ze względu na przyjazną temperaturę. Ujemnym aspektem są ogromne tłumy turystów w największych atrakcjach stolicy. Ale lepsze to niż monsun bądź upały powyżej 40 stopni Celsjusza występujące tutaj latem. Z resztą wśród rzeszy turystów często można usłyszeć mowę ojczystą, co potwierdza duże zainteresowanie od kilku lat Tajlandią wsród Rodaków.

Miasto z resztą nie musi mieć turystów, by sprawiać wrażenie mocno zatłoczonego – prawie 10 mln mieszkańców i aż 5,5 mln zarejestrowanych w mieście samochodów(!) czyni metropolię nawigacyjnie trudną, o czym przekonaliśmy się już kilkakrotnie. Częściowym rozwiązaniem tego problemu jest komunikacja rzeczna. Bangkok leży zaledwie 2 m powyżej poziomu Zatoki Tajlandzkiej, czego wynikiem jest gęsta sieć kanałów zwanych tu klongami. Klongi podobnie jak klasyczne arterie miasta są niezwykle ruchliwym miejscem, ale biorąc pod uwagę fantazję tutejszych konstruktorów łódek - przejażdżka łódką po rzece Menam przepływającej przez Bangkok jest fajną przygodą.

Główną architektoniczną atrakcją miasta jest Pałac Królewski. I zgodnie z pełną nazwą Bangkoku jest ogromny i niebiańsko piękny. Wybudowany w XVIII wieku służył jako rezydencja królewska, a w XX wieku został przeminowy na pałac. Centralną część kompleksu stanowi świątynia Szmaragdowego Buddy. My niestety do środka nie mogliśmy wejść, bo akurat odbywała się rytualna danina złożona z...999 jaj kurzych, choć lokalny przewodnik twierdził, że światynię zamknięto przed nami, bo nie przechodziliśmy nad progami innych świątyń, tylko na nie stąpali... Nawet bez tej wizyty kompleks jest absolutnie godny polecenia, a swoim pięknem, wedle uczestników niedawnej wycieczki do Japonii, przerasta nawet cuda sakralne Nipponu.

Budda stanowi o atrakcyjności dwóch innych światyń Bangkoku: Traimit z 3 metrowym posągiem Buddy ze złota o wadze...5,5 tony oraz Pho z ogromnym Leżącym Buddą.

Innymi atrakcjami naszego pobytu była wizyta na Pływającym Targu, gdzie dopłynęliśmy łódką z silnikiem robiącym hałas jak Air Boats na Florydzie. Sam bazar obfituje co prawda w turystyczną tandetę, ale na pewno warte spóbowania są różne owoce, takoż egzotycznie wyglądające jak i wybornie smakujące.

Symbolem Tajlandii jest słoń, więc nie mogło obyć się bez epizodu z tym zwierzęciem. Najpierw pojeździliśmy na ich grzebietach, a potem byliśmy świadkami świetnego show, podczas którego słonie tańczyły, grały w piłkę i uczestniczyły w walce. Aż trudno było uwierzyć z jaką gracją poruszały się te, przecież niekoniecznie wiotkiej konstrukcji, zwierzęta. Jeszcze bardziej w napięciu trzymał kolejny show - z udziałem krokodyli. Doszliśmy do wniosku, że każdy z nas ma dobrą pracę, gdy uświadomiliśmy sobie, że krokodylowi szołmeni zarabiają na życie wkładając kilkakrotnie na dzień ręce, ale i głowę do paszczy krokodyla!

Doskonałym antidotum na zmęczenie całodziennym zwiedzaniem są bardzo powszechne studia masażu. Najbadziej popularny jest masaż tajski, ale są także masaże z użyciem olejków czy fish spa - czyli moczenie nóg w zbiorniku z małymi rybki, które „obskubują” stopy. Nie są to na szczęście piranie. Ceny takich zabiegów są bardzo niskie w porównaniu ze standartami kanadyjskimi – za godzinny masaż płaci się w dobrym spa niespełna 10 dolarów.

Opuszczamy Tajlandię, by jeszcze do niej przed wyjazdem powrócić. Teraz kierunek: Kambodża!

wietnam15 listopada 2010 - Bangkok

Przyzwyczailiśmy się w tym roku, że Tokio jest miejscem docelowym kolejnych wycieczek. Tym razem jednak po wypiciu słynnej japońskiej herbaty z automatu i spędzeniu 3 godzin na lotnisku Narita czekało nas 6,5 h lotu do Bangkoku. Na lotnisku przywitała nas Vassana z lokalnego biura z girlandami kwiatów dla każdego i napisem: Witamy w Tajlandii - Grupa Pawła". To już taka tradycja, że w różnych zakątkach świata witają nas zaproszenia w języku ojczystym. Kilka osób z naszej wycieczki przyleciało już wcześniej do Bangkoku i czekało na nas w hotelu. Atmosfera w mieście, mimo, że przyjechaliśmy nocą - a może właśnie dlatego - gorąca. I to nie tylko dlatego, że o północy termometr wskazuje 28 stopni C, ale pewnie też dlatego, że nasz pięciogwiazdkowy hotel Presidential Palace zlokalizowany jest w środku jednej z dzielnic rozrywkowych Bangkoku. Pokusy nocnego życia przegrały jednak dziś ze zmęczeniem, po 23 godzinach w podróży należy się odpoczynek! Jutro zwiedzamy prawdziwy Palace i pozostałe atrakcje City of Angel.

Strona 1 z 2